Advertisement
KomiksKultura

“Amazing Spider-Man Epic Collection. Inferno” – stan wyjątkowy [RECENZJA]

Maurycy Janota
Amazing Spider-Man Epic Collection Inferno
Fragment okładki tomu "Amazing Spider-Man Epic Collection. Inferno" / fot. materiały prasowe

Liczba “1989” na grzbiecie trzeciego tomu Spider-Mana z linii Epic Collection oddaje jego charakter i informuje o tym, czego można się po nim spodziewać znacznie lepiej od podtytułów Assassin Nation (pod takim ukazał się oryginalnie) czy Inferno (na taki zdecydował się Egmont Polska). Stanowi bowiem jasną zapowiedź lat dziewięćdziesiątych i nadchodzące zmiany w sposobie snucia superbohaterskiej narracji.

O ile w przypadku komiksów Marvela ósma dekada XX wieku graficznie ciągle nie przynosiła gwałtownego przeskoku (co prawda artyści mieli więcej przestrzeni do zabawy z formą, ale dalej na pierwszym planie stawiali spójność z dziełami poprzedników), tak fabularnie coraz śmielej otwierała się na trudniejsze, niewygodne tematy. W efekcie pozostawiła po sobie sporo niepozornych, ale zaskakująco ambitnych i niegłupich historii (jak np. Daredevil: Born Again, Squadron Supreme, X-Men: God Loves, Man Kills bądź… Kraven’s Last Hunt z pierwszego wydanego po polsku Epic Spider-Mana). Dziewiąta wypracowała zaś swoją na tyle charakterystyczną estetykę, że to ilustracje nadawały mroczniejszym scenariuszom tempa, odzierając je często z subtelności i wyczucia. W Inferno widać, że już w 1989 (bo to komiksy z tego roku zbiera recenzowany album) coś wisiało w powietrzu.

Amazing Spider-Man Epic Collection Inferno
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Inferno” / fot. materiały prasowe

Znajdziemy tu nie tylko rysunki Todda McFarlane’a (którego debiut w serii o Pająku prezentował poprzedni tom, pt. Venom), ale także Erika Larsena oraz Roba Liefelda, a zatem trójki artystów, którzy wkrótce wyrobili sobie tak duże nazwiska, że wspólnie z kilkoma innymi kolegami po fachu wystartowali własne wydawnictwo, Image Comics. Ich podobne do siebie style są ekspresyjne, niemalże krzykliwe, a komponowane przez nich kadry wypełnia maksimum treści – wyraźnymi pociągnięciami ołówka kreślą każdy miesięń, każdą rysę twarzy, każdą cegłę w murze i każdą nić pajęczej sieci. Przytłaczające? Pozbawione oddechu? Trochę, ale wciąż nie odmawiałbym im pewnej spektakularności i energii.

Przeczytaj również:  David Bowie. Między kampem, dandyzmem a sztuką życia

Skąd wspomniana w pierwszym akapicie zmiana w porównaniu do analogicznego wydania amerykańskiego. Czemu Inferno, a nie Assassin Nation? Być może znaczenie miały uniwersalność i brak potrzeby eksperymentowania z tłumaczeniem? Możliwe również, że rozstrzygające okazały się kwestie marketingowe? Wykorzystany ostatecznie przez Egmont tytuł odnosi się w końcu do głośnego – niedostępnego jeszcze po polsku, ale myślę, że kojarzonego przez grupę docelową – eventu z X-Men w rolach głównych. Eventu, w którym zarówno Spider-Man, jak i czytelnik tego tomu, poniekąd uczestniczy na zasadzie zagubionego widza. W  rozpoczynających album tie-inach do Inferno Peter Parker nie spotyka żadnych mutantów. Bardziej stara się sprzątać na bieżąco ich bałagan – walczy z rozmaitymi potworami (m.in. odmienionym Jaszczurem) i ratuje ludzi przed ożywionymi przez demony przedmiotami. Jeśli liczycie na to, że poznacie tutaj przyczyny chaosu, muszę was rozczarować – dziwne rzeczy w Nowym Jorku zaczynają dziać się nagle i tak samo się kończą.

Amazing Spider-Man Epic Collection Inferno
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Inferno” / fot. materiały prasowe

Po tym konfundującym wstępie seria wraca na właściwe, sprawdzone tory. Scenarzysta David Michelinie stawia naprzeciwko Pająka znajomych mu złoczyńców – Mysterio, Hobgoblina, Zielonego Goblina, Scorpiona i Venoma. Są to raczej krótkie, płytkie fabułki, w których sceny akcji służą za przerywniki dla prywatnych problemów Petera i Mary Jane. Obyczajową warstwę, jak to w komiksach o Spider-Manie bywa, nadal cechuje urok, ale superbohaterskim wstawkom brakuje podbudowy i napięcia (zawodzi zwłaszcza story arc z Goblinem/Harrym – J.M. DeMatteis w Spectacularze… od Mucha Comics pokazał ile można wycisnąć z tej postaci). Progres zalicza jedynie Venom – szybko pokonany i pożegnany w swoim pierwszym występie (w Amazing Spider-Man Epic Collection. Venom), tu powraca jako silniejszy i bardziej wymagający rywal, a sceneria jego walki z Parkerem dodaje temu nieprzyjemnego, horrorowego klimatu.

Przeczytaj również:  "Maska" - Wielki Łeb zawitał do Polski [RECENZJA]

Drugą połowę tomu zajmują dwie skrajnie różne historie. Sześciozeszytowa Assassin Nation (jej rozpiętość tłumaczy czemu to właśnie tym tytułem nazwano w oryginale cały zbiór), w której na potrzeby tajnej misji Pajęczarz łączy siły z Kapitanem Ameryką, Silver Sable i najemnikiem Paladinem – stawką jest dobre imię Stanów Zjednoczonych i… ewentualna wojna; oraz materiał z Marvel Graphic Novel, samodzielna opowieść pt. Parallel Lives, za którą odpowiada Gerry Conway, jeden z najważniejszych scenarzystów w dziejach przyjaznego herosa z sąsiedztwa. Tak jak Assassin Nation to typowy, najntisowy akcyjniak, powierzchownie poruszający temat patriotyzmu; tak wieńcząca album, formalnie dość konserwatywna powieść graficzna z dużą czułością przygląda się rozwojowi związku Petera i MJ, co stanowi naprawdę miłą odmianę w stosunku do prac Micheliniego.

Amazing Spider-Man Epic Collection Inferno
Przykładowa plansza z “Amazing Spider-Man Epic Collection. Inferno” / fot. materiały prasowe

Otóż wiele zeszytów zebranych w Inferno przypomina twory zapalonego nastoletniego fana, który zaczytywał się za młodu w Spider-Manie, ale z czasem zapragnął zobaczyć go w brutalniejszych, w jego mniemaniu doroślejszych fabułach i sam sięgnął po pióro, by napisać scenariusz. Niezłego z plastyki, umiejącego rysować atrakcyjne dziewczyny kumpla zaangażował z kolei do przygotowania oprawy graficznej. Ich komiksy skierowane są przez to do bardzo wąskiej grupki teoretycznych “rówieśników” – zbyt ekstremalne i niepokojące dla najmłodszych, ale jednocześnie za infantylne dla dorosłego odbiorcy. Spróbujcie się nie zaśmiać, czytając wewnętrzny, czysto ekspozycyjny i potraktowany w pełni na poważnie monolog kobiety o tym, jak przeobrażanie się jej męża w wielkiego gada rozbiło ich małżeństwo.

Jak po trzech tomach oceniać decyzję Egmontu o publikacji Spider-Mana w formacie Epic Collection? Dość jednoznacznie – jako poszerzenie oferty z myślą o wiernych fanach, pamiętających jeszcze kupowanie komiksów o Pająku w kioskach i wspominających z nostalgią kreskę McFarlane’a czy Larsena. Jeżeli ktoś ma się dobrze bawić przy Inferno, to właśnie oni.

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Amazing Spider-Man Epic Collection. Venom, Spider-Man Todda McFarlane'a, X-Men Jima Lee

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.