Advertisement
KomiksKultura

“Zegar Zagłady” – kto pilnuje Supermana? [RECENZJA]

Maurycy Janota
zegar zagłady recenzja
Grafika promująca "Doomsday Clock" / fot. materiały prasowe

Otwierająca plansza Zegara Zagłady od Egmontu, która przedstawia protestujący tłum z transparentem „THE END IS HERE”, pozwala myśleć, że Geoff Johns dostrzega wszechobecny chaos i trudną sytuację polityczną współczesnego świata. Że, tak jak Alan Moore w Strażnikach, chce wykorzystać superbohaterską konwencję do tego, by powiedzieć o nim jakąś bolesną prawdę. Kolejne strony brutalnie jednak weryfikują te nadzieje, a z kart komiksu zaczyna przebijać nieszczerość.

Wydany w Polsce pod koniec października album, zbierający wszystkie dwanaście zeszytów miniserii Doomsday Clock, miał być w teorii kulminacją „Odrodzenia” oraz odpowiedzią na najważniejsze z pytań, które namnożyły się przez rok ukazywania się tytułów DC opatrzonych szyldem tej inicjatywy. Wskutek olbrzymich opóźnień, wynikłych z przedłużających się prac Gary’ego Franka nad warstwą rysunkową, jego finałowy numer opublikowano dopiero dwanaście miesięcy po planowanym terminie. Ponieważ wydawnictwo nie mogło sobie pozwolić na zawieszenie w tym czasie swoich flagowych serii, koledzy Johnsa przestali się na niego oglądać, a Doomsday Clock straciło impet. Gdy dobiegło końca nie było już ani aktualne, ani oczekiwane…

Przykładowa plansza z “Zegara Zagłady” / fot. materiały prasowe

Zwłaszcza o to drugie można mieć pretensje do autorów, bo komiks budził początkowo spore zainteresowanie. Także za sprawą towarzyszących mu kontrowersji. Wszak to w nim miało dojść do pierwszego spotkania stworzonych przez Moore’a Strażników z bohaterami DC. Kultowi Watchmen, mimo że na przestrzeni lat dorobili się mniej lub bardziej udanych prequeli i adaptacji, nigdy dotąd nie zostali skonfrontowani z Batmanem i Supermanem. Pomysł nie każdemu musiał się spodobać, ale z czysto biznesowego punktu widzenia wydawał się majstersztykiem. Po kogo – po Darkseidzie, Monitorze i innych potężnych bytach – włodarze DC mieli sięgnąć na potrzeby kolejnego wielkiego wydarzenia, jak nie po Doctora Manhattana, by podbić stawkę i zaintrygować fanów?

Użycie tej właśnie istoty do wytłumaczenia szeregu niespójności w kontinuum było uzasadnione i względnie sensowne (naturalnie jak na standardy komiksów superbohaterskich). Niebieski heros o boskich mocach w końcu sam deklarował na łamach Strażników, że opuści ich świat na rzecz prostszego, w którym będzie mógł manipulować ludzkim życiem. Na dodatek Johns już raz wziął się za bary z klasykiem z lat 80. i wyszedł z tego obronną ręką. Jego Nieskończony Kryzys, bazujący na Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach, nie tylko okazał się wartościową kontynuacją monumentalnej opowieści sprzed dwóch dekad, ale także dołożył do niej ciekawy metatekstualny komentarz, a zatem coś, o co prosiło się również i w Doomsday Clock.

zegar zagłady egmont
Przykładowa plansza z “Zegara Zagłady” / fot. materiały prasowe

Tym, co jednak różniło oba te projekty, był charakter Watchmen. O ile zarówno jeden, jak i drugi Kryzys obracały się w klimacie epickiego eventu, o tyle tutaj Johns stanął przed zadaniem skrzyżowania esencji superhero (którą stanowią efektowne crossovery) z jego… dekonstrukcją (której najwybitniejszym reprezentantem jest komiks Moore’a). Na tej też płaszczyźnie poległ, pomimo wykonania mrówczej pracy nad powiązaniem ich na poziomie fabuły.

Przeczytaj również:  Studium czasu, czyli "Goliat" [RECENZJA]

W Zegarze Zagłady pojawienie się bohaterów ze świata Strażników w uniwersum DC zbiega się w czasie z masowymi protestami Amerykanów przeciw działalności zamaskowanych mścicieli. Do mediów przedostaje się teoria spiskowa, głosząca, że rząd tworzy broń masowego rażenia – armię złożoną z powstałych w wyniku eksperymentów metaludzi. Obywatele tracą zaufanie do Batmana i spółki, a jedynym herosem godnym służenia krajowi obwieszczają Supermana. Zepchnięty na margines Człowiek Nietoperz nie zamierza z tego powodu odwiesić peleryny do szafy. Niespodziewanie spotyka bowiem kogoś, kto może pomóc mu rozgryźć tajemnicę żółtej przypinki, którą znalazł niedawno w swojej jaskini.

zegar zagłady recenzja
Przykładowa plansza z “Zegara Zagłady” / fot. materiały prasowe

Scenariusz nie sprowadza się tylko do dwóch najbardziej eksploatowanych ikon wydawnictwa. Johns wplata w historię też zupełnie nowe postacie oraz odkurza kilka zapomnianych, których przywrócenia od lat domagali się czytelnicy. Ich obecność – choć dla wspomnianych fanów powinna być czymś ekscytującym – odbiorców, którzy nie śledzą serii DC na bieżąco, wyłącznie skonfunduje. Nie wiedząc, skąd wzięli się Rorschach czy Ozymandiasz, nie wychwytywało się szerszego kontekstu, ale nie wpływało to na lekturę Strażników. Nie wiedząc nic o Johnnym Thunderze albo o Saturn Girl, nie ma się zaś z nimi emocjonalnej więzi, potrzebnej do tego, by zaangażować się w ich losy. Bez niej to pozbawione własnych wątków i jakiejkolwiek motywacji pionki, które Johns stawia na pustych polach planszy.

Gdyby Zegar Zagłady powstał przede wszystkim dla nich, gdyby scenarzysta wykorzystał Manhattana tylko w celu wypełnienia luk i naprawienia pewnych nieścisłości, oceniałbym go w kategoriach typowego komiksu superbohaterskiego. Na tym tle wypadałby co najmniej przyzwoicie – niewiele na rynku tak fabularnie złożonych i graficznie doszlifowanych przedstawicieli tego gatunku. Niestety, Doomsday Clock udaje coś, czym nie jest i czym nigdy nie mogłoby być. Imponująca oprawa graficzna, forma dziewięciu kadrów na stronę, fragmenty fikcyjnych dokumentów i cytaty na końcu każdego rozdziału nie wynikają z historii, a są jedynie make-upem, używanym przez Johnsa, by upodobnić jego komiks do Watchmen.

Okładka “Zegara Zagłady” / fot. materiały prasowe

Finalnie komiksowi ciąży więc nie tyle to, że korzysta ze świata wykreowanego przez Moore’a, a to, że usilnie stara się odtworzyć jego formę, niejako dokładając sobie w ten sposób kolejne paralele, które wypadają na niekorzyść w zestawieniu z oryginałem. Większą wartość od imitacji miałoby przecież dzieło o takim kształcie, który odpowiada tematyce i fabule. Wolne od tego, co w Strażnikach było po prostu środkiem wyrazu, a co tutaj staje się ograniczeniem, sztuką dla sztuki. Z Zegarem Zagłady, znacznie bardziej generycznym dla gatunku superhero, wszelkie zabiegi upiększające zwyczajnie się gryzą.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Nieskończony Kryzys, Kryzys na Nieskończonych Ziemiach, Flashpoint: Punkt krytyczny

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.