AktualnościWywiady

“Powinniśmy porzucić stereotyp polskiego filmu”. Rozmawiamy z Hubertem Miłkowskim.

Jakub Nowociński
fot. Łukasz Saturczak

Kreacją w filmie Braty zadebiutował na ekranach kin w głównej roli. Kilka miesięcy później dostał za nią nominację do prestiżowej nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, co roku przyznawanej młodemu aktorowi lub młodej aktorce, wyróżniającym się wyjątkowym talentem i wybitną indywidualnością. Hubert Miłkowski dopiero się rozkręca. W tym roku zakończył edukację na łódzkiej filmówce, pojawił się w nowym sezonie Belfra, a niedługo do polskich kin wejdzie norwesko-polsko-niemiecka koprodukcja, w której również gra postać pierwszoplanową – Norwegian Dream. Z tej okazji spotkaliśmy się, by porozmawiać o jego projektach, sposobie pracy, oczekiwaniach do polskiego kina oraz o tym, komu w branży filmowej najbardziej zazdrości.


Jakub Nowociński: Środowiskowym tłem zmagań bohaterów filmu Braty jest kultura skejterska. Jak wyglądały twoje przygotowania z deskorolką przed wejściem na plan zdjęciowy?

Hubert Miłkowski: Fatalnie (śmiech). To był sprint, bo tego czasu było naprawdę mało, a deska jest czymś takim, co wchodzi dopiero po czasie, trzeba nabrać płynności. Po chodzeniu na nią codziennie przez kilkanaście dni wyrobiłem jakieś podstawy, żeby przeszło, że mój bohater jest mega początkującym skejtem. Ta ostatnia sekwencja, w której już trochę więcej jeździmy i robię shove-ita, była na szczęście kręcona w ostatnich dniach zdjęciowych, więc w ciągu miesiąca zdjęć zdążyłem się trochę wyrobić.

Obala to mit o amerykańskich przygotowaniach do roli; na przykład Bradleya Coopera, który 6 lat trenował do 6-minutowej roli w Maestro. Było intensywnie, ale miałem zapewnionego trenera, Kaszkieta, czyli Mateusza Kałużnego, który mi dużo pomógł. Trochę chodziłem sam na skatepark, co traktuję bardziej jako research środowiskowy. To był mini szok kulturowy, bo nie znałem tego środowiska. Starałem się nadrobić kilka tytułów filmów, związanych z deską, ale dopiero jak zobaczysz, jak bardzo to środowisko jest inkluzywne, jak każdy zbija z tobą pionę i nikt cię nie ocenia, to naprawdę do ciebie dociera. Trenowałem różne sporty wcześniej i miałem zakodowane, że jak się czegoś nie umie, to inni patrzą na ciebie z przymrużeniem oka lub się z ciebie podśmiewają. Tam każdy trzyma za ciebie kciuki, żebyś zrobił progres.

Trenowałeś wcześniej różne sporty, ważną częścią twojego życia były sztuki walki. Jak doświadczenie sportowe pomaga ci w aktorstwie?

Na pewno pomaga w dyscyplinowaniu siebie. Jesteś w stanie narzucić sobie jakiś rygor. Lubię traktować pracę filmową jak interwały – miewasz całe miesiące bez pracy, ale gdy pojawia się projekt, to jest to bardzo intensywny czas, w który wchodzisz całym sobą. 

Trenowany przez kilkanaście lat sport daje niesamowitą świadomość ciała, co jest jednym z głównych narzędzi w aktorstwie. Staram się wymyślić, w jaki sposób bohater się porusza, jakie ma ciało, jak ono warunkuje to, jak się czuje i jak się zachowuje. To nadaje rodzaj gry w statusy między różnymi postaciami – inaczej się zachowujesz, gdy jesteś od kogoś mniejszy, a inaczej, gdy jesteś dwa razy większy. Czasem wystarczy odnaleźć punkt ciała, w którym osadzony jest punkt ciężkości twojego bohatera i to od razu ustawia jakiś rodzaj zachowania; czy to jest bohater, który zagarnia przestrzeń i rozsiada się w niej całym ciałem, czy też ktoś, kto stara się zajmować jak najmniej miejsca. 

Cieszę się z tych doświadczeń. Dzięki temu szybciej mi idzie, gdy do roli trzeba nauczyć się nowych umiejętności sportowych, bo mam jakiś poziom koordynacji. Nie muszę uczyć się tego od zera, tylko przerzucić na jakąś nową umiejętność.

Kadr z filmu “Braty” / Canal Plus

Ile zazwyczaj zajmuje ci przygotowywanie się do roli?

Ile dadzą. Mam dużo doświadczeń z bardzo krótkim przygotowaniem do roli. W głębi lasu było ekstremalną sytuacją, gdzie od wygrania castingu do wejścia na plan miałem jakieś osiem dni, gdzie to był mój pierwszy duży projekt i miałem mieć ponad dwadzieścia dni zdjęciowych. Najpierw ucieszyłem się, że wygrałem casting; chwilę później, gdy dowiedziałem się, kiedy wchodzę na plan, zbladłem i myślałem, że zemdleję. W przypadku Bratów to było kilkanaście dni, więc też bardzo mało. 

W Hiacyncie mój bohater był studentem germanistyki i w którejś wersji scenariusza dużo mówił o książkach, więc robiłem research, chcąc poznać literacki świat tej postaci; co go inspiruje i jara. Miałem na to sporo czasu, ale mniej na próby z samym tekstem i Tomkiem Ziętkiem. Sobociński kończył Wesele, Domalewski kończył Sexify, Ziętek – Żeby nie było śladów, a ja Braty. Gdy każdy z nas skończył swój projekt okazało się, że do wejścia na plan mamy niezbyt dużo czasu. 

Norwegian Dream był pierwszym projektem, gdzie miałem dane dwa miesiące na przygotowanie i uważam, że to jest już bliżej optymalnego czasu. Przez ten czas byłem w stanie zarówno zrobić research książkowo-filmowo-środowiskowy, jak i pojechać do Białegostoku, bo wymyśliliśmy, że stamtąd pochodzi mój bohater. Nigdy tam wcześniej nie byłem, a nie chciałem myśleć o tym mieście tylko przez pryzmat tego, że ktoś tam dostał wpierdol na marszu. W dwa miesiące można schudnąć, przytyć, odbyć dużo rozmów, zrobić próby. Jeśli chodzi o dużą rolę to najlepiej, żeby byłoby to kilka miesięcy, trzy lub cztery.

Na przygotowanie do Bratów mieliście zaledwie kilkanaście dni, ale znaleźliście czas, by zamieszkać na kilka dni pod jednym dachem z Sebastianem Delą, by przygotować się do roli.

Tak. Tylko ja dołączyłem do tego projektu tak późno, reszta ekipy przygotowywała się dłużej. Reżyser, Marcin Filipowicz, zrobił nam mini obóz przygotowawczy. Wysłał swoją rodzinę na wakację i zaprosił do swojego domu mnie, Sebastiana i Martę Stalmierską. Wpadał do nas też Czarek Łukasiewicz. To był czas, by się poznać. 

Praca nad filmem od strony scenariuszowej czy przebiegu dramaturgicznego była trochę inna niż ta, z którymi zazwyczaj mam do czynienia, zwłaszcza, że Marcin lubi adramaturgiczne struktury. Kino, które go jara jest bardziej slow, coś na wzór amerykańskiego indie, np. starszych projektów Jarmuscha. Nie jest to film, w którym bohater przechodzi drogę od zera do bohatera. Nie do końca jest tak, że Filip jest nieśmiałym skejtem, a na końcu robi kick-flipa i wygrywa jakiś konkurs. 

Choć zakończenie jest pełne nadziei, gdy Filip zapoznaje osoby, które zdają się go totalnie rozumieć.

Tak, ale to o wiele bardziej historia o siedemnastoletnim chłopaku, który stawia sobie za cel sklejenie swojej rodziny lub wypełnienie luki po matce, lecz nie udaje mu się tego zrobić. W rozczarowaniu swoimi bliskimi odkrywa, że może znaleźć sobie rodzinę poza domem. Właśnie tym jest środowisko, z którym buja się w epilogu filmu. 

Mieszkając razem, pracowaliśmy na zapoznaniu się, na nabraniu chemii, na poczuciu się komfortowo w swoim towarzystwie, żeby otworzyć się na siebie i przełożyć te relacje na język filmu. To było bardzo fajne. To coś innego niż umówić się na próbę, usiąść na stołku i tylko o tym gadać. Trochę dyskutowaliśmy, trochę oglądaliśmy filmy do inspiracji, które pokazywał nam Marcin, a trochę chodziliśmy na boisko pokopać w piłkę. Przychodziła Marta, szliśmy razem na obiad, gotowaliśmy, myliśmy razem zęby. Nabraliśmy zupełnie innego rodzaju zgrania, co było ważne, bo wchodziliśmy na plan zagrać osoby, które żyją ze sobą na co dzień. 

W tym filmie musieliśmy się naprawdę na siebie otworzyć. To też kwestia dobrego castingu, bo z Martą i Sebastianem miałem świetny przelot. W ogóle czuję się bardzo pozytywnie związany z ekipą Bratów i każde spotkanie wiąże się z poczuciem ogromnego ciepła. 

Kadr z filmu “Braty” / mat. prasowe Studio Munka

Skąd czerpałeś narzędzia do pokazania emocji Filipa?

Przeczytaj również:  „Tworzymy opowieść o kinie”. Rozmowa z Patrycją Muchą, dyrektorką artystyczną Timeless Film Festival Warsaw 2024

Wydaje mi się, że jeszcze nie miałem narzędzi – jedynym była moja wrażliwość, otwarcie się na partnera i chęć, by sytuacje, które odtwarzaliśmy na planie, coś we mnie otwierały. Nie myślę o emocjach, które bohater ma przeżyć w danej scenie; nie planuję, jak ma się czuć. Myślę o tym, co się tam dzieje i co on o tym myśli. Przykładowo, w sytuacji stresowej myślę, czy jest to człowiek, który będzie od niej uciekał, czy w niej zostanie. Znając tego bohatera, będąc w tej sytuacji oraz odbierając, co robi i mówi druga osoba zaczynam się czuć w odpowiedni sposób. Otwieram się na to. Nie myślę sobie: „super byłoby się popłakać w tej scenie, szybko, teraz akcja, bo zaraz popłynie mi łezka”. 

Marcin był reżyserem, który wymagał konkretnego rodzaju ekspresji. Mówił dużo o tym, co go interesuje w kinie. Wiele z tych filmów, które oglądaliśmy podczas przygotowań, to były dokumenty. Nie chciał aktorstwa na zasadzie naddatku w ekspresji, silenia się na jakieś emocje czy jakiejkolwiek teatralizacji sytuacji. W scenie, gdy Filip siedzi z ojcem na łódce i mówi do niego, że woda zaczęła się wlewać do środka, faktycznie rozpoczęła się burza. Usłyszałem grzmot, gdy siedzieliśmy na wodzie. Marcin był zachwycony tym, że naprawdę się przestraszyłem. Cały dzień mówił o tym dublu, na którym udało uchwycić się moje prawdziwe emocje. 

Jaką masz zazwyczaj relację ze swoimi bohaterami? Z tego, co wiem, do method actingu jest ci bardzo daleko. 

Robert Pattinson powiedział, że ludzie wykorzystują method acting tylko, gdy mają zagrać dupka i bardzo się z tym zgadzam (śmiech). Jest coś takiego, że dużo wygodniej jest w to wejść, gdy usprawiedliwia to twoje zachowanie. Media kreują method acting na siedzenie w piwnicy przez miesiąc, by zagrać osobę, która boi się światła. Te sytuacje, jak Jared Leto wysyłający szczury reszcie obsady, są bardzo gloryfikowane. Media na to polują, by napisać: „Ale się przygotowywał do zagrania wariata!”. W założeniu aktorstwa metodycznego to nie do końca jest to. 

Aktorstwo jest osadzone gdzieś pomiędzy świadomością i jej brakiem, ale tej świadomości musi być dużo. Muszę wiedzieć, gdzie jestem, jakie są warunki. Nie mogę wyjść z kadru, bo jeśli kamera nie będzie mnie widziała lub nie złapie światła, to spalę dubel. Wolę zrozumieć tego bohatera przed wejściem na plan, a na miejscu dać się ewentualnie czymś zaskoczyć.

Jeśli chodzi o nieświadomość, to ma ona związek z brakiem silenia się na pewne emocje, czyli puszczenia się w scenie i pozwolenia na jakiś rodzaj otwarcia się na siebie z partnerem. Trzeba przekonać się, co pobudza w tobie ta osoba. Może się nagle okazać, że masz ochotę się rozpłakać, ale jest pytanie: czy bohater wszedłby w te emocje i pozwolił sobie popłakać czy próbowałby się powstrzymać? Chcę być bardzo świadomy na planie, by uczestniczyć w filmie, a nie być wypuszczonym z klatki dzikim stworem lub kulką energii. Nie wszystko da się jednak kontrolować. W bezpiecznych warunkach trzeba pozwolić się sobie puścić. 

Bardzo wcześnie zacząłeś grać. Rola w serialu W głębi lasu pojawiła się niedługo po rozpoczęciu nauki w szkole aktorskiej. Czy na łódzkiej filmówce pojawia się zazdrość i niezdrowa rywalizacja, gdy ktoś dostaje „duży” angaż?

Nie odczułem tego. Nie miałem czasu wsłuchiwać się w komentarze. Moi znajomi podchodzili do tego w mega fajny sposób i mnie wspierali. Jako taka zazdrość jest zdrowa i motywująca, często bywam zazdrosny. Gorzej, kiedy przeradza się w zawiść. Toksyczności tej atmosfery nie odczułem.

Kadr z serialu “W głębi lasu” / Netflix

A którym aktorom i twórcom filmowym zdarza ci się zazdrościć?

Nie wiem, czy mam konkretną osobę, którą śledzę i za każdym razem, jak coś robi to mówię: „No nie, znowu mu się udało! A to mogłem być ja” (śmiech). Zazdroszczę osobom, które w dobry sposób łączą pracę na poziomie komercyjnym i artystycznym. Też bym tak chciał. W Polsce trzeba pracować w komercyjnych produkcjach, bo ten rynek nie jest na tyle duży, by dać radę się utrzymać jedynie z niszy. To też daje większy zasięg do wchodzenia w projekty, na które masz ochotę; nie trzeba się o nie tak bardzo „szarpać”. To motywująca zazdrość, że ktoś zrobi coś świetnego, więc też muszę się za coś wziąć. Jeśli ktoś łączy pracę filmową z teatralną lub muzyczną to myślę sobie: „Wow, ale super, że da się robić jedno i drugie. Może ja też tak powinienem”. 

Gdybym zaczął wymieniać takie osoby to byłoby ich bardzo wiele, nawet patrząc na osoby współnominowane do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. To jest świetny moment dla polskiego kina, gdy na konferencji dwie z pięciu nominowanych osób (Tomasz Włosok i Mateusz Więcławek – przyp. red) słyszą pytanie: „Wpadliście na siebie na tegorocznej Wenecji? W końcu pokazywaliście tam swoje konkursowe filmy”. Zazdroszczę tego, bo też kiedyś chciałbym pojechać z filmem na festiwal najwyższej klasy. To bardzo motywujące i trzymam za nich kciuki. 

Myślisz, że więcej nauczyłeś się w szkole aktorskiej czy w pracy?

Chyba w pracy. Zaczynałem studia przed aferą związaną z filmówkami, gdzie było jeszcze dużo starszej narracji i straszenie, że teraz mamy dobrze, a jak się skończy szkoła to będzie gorzej. Jako, że szybko zacząłem pracować poza szkołą, to mogłem to weryfikować. Często hierarchiczność i komunikacja w pracy na planie jest dużo bardziej progresywna niż ta, o której ktoś tłumaczył nam w szkole. Widziałem pęknięcie między tą narracją i rzeczywistością zawodową. 

Moja szkoła wypadła w pechowym czasie. Miałem trzy semestry, później wybuchła pandemia, która trwała dwa lub trzy. Mieliśmy tryb hybrydowo-warsztatowy, który nie do końca się udawał. Później był już rok dyplomowy, który dla mnie się bardziej wiązał z pracą poza szkołą niż w ramach spektakli dyplomowych, bo grałem wtedy w teatrze w Poznaniu. Siłą rzeczy uczyłem się bardzo często już w pracy, co było fajne. Czerpałem ze spotkań z osobami, które na co dzień funkcjonują w zawodzie. 

Z drugiej strony odczuwam nadal jakiś rodzaj głodu i braków warsztatowych. Mam poczucie, że bardzo dużo chciałbym się jeszcze nauczyć. Ale to nie tak, że gdyby tej pandemii nie było to wyszedłbym ze szkoły ze wszystkimi możliwymi narzędziami. Bardzo dużo przychodzi z czasem. Cillian Murphy powiedział raz, że aby stać się aktorem potrzebujesz dziesięciu lat. Ileś lat tej praktyki sprawia, że masz pewną płynność. Już po tych czterech latach pewne rzeczy przychodzą mi łatwiej. Wiem, na czym mam się skupić przy pracy. 

Czego brakuje ci w polskim kinie, a czego uważasz, że jest za dużo? W jakich projektach chciałbyś grać w przyszłości?

Przeczytaj również:  Sztuka plus młodość równa się... „Rave” | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Polskie kino jest w momencie, gdy otwiera się na gatunkowość. Repertuar się poszerza, co mnie cieszy.

fot. Filip Klimaszewski

Braty jest chyba pierwszym polskim filmem skejterskim, a to też podgatunek. 

Jak najbardziej, choć w Bratach deska jest tłem środowiskowym, a głównym tematem jest żałoba. Nawet jeśli chodzi o kino coming-of-age, to w Polsce nie powstaje zbyt dużo takich produkcji. Powiewem świeżości jest wszystko, co przełamuje dominację kryminału/komedii romantycznej/biopicu. Najbardziej brakuje mi kogoś, kto wypełniłby lukę polskiego Mike’a Millsa lub Noah Baumbacha.

Obyczajówek?

Obyczajówki u nas są, ale jeśli myśli się o komedii to idzie się w stronę mega-komercyjnej produkcji z żartami spod pachy, która ma na siebie zarobić. Chodzi mi o zabawne filmy, z inteligentnym dialogiem, w których żarty nie są głupie, a poczucie humoru opierają na jakimś rodzaju ciepła i czułości do bohatera. Coś w stylu Debiutantów Mike’a Millsa.

Nie można natomiast powiedzieć, że w polskim kinie brakuje filmów artystycznych, bo powstaje ich masa. Jest cały natłok filmów na festiwalach międzynarodowych. Ostatnio byliśmy z Norwegian Dream na walijskim festiwalu, na którym przyznawana jest najwyższa na świecie nagroda dla shorta queerowego. Zjechali się ludzie ze Stanów, z Australii, z Tajwanu. Zauważyłem tam, że ludzie naprawdę kojarzą polskie kino i o nim rozmawiają. Są konkretni twórcy, których dobrze znają i darzą szacunkiem.

Czasem brakuje mi zainteresowania polskim kinem. Powinniśmy porzucić stereotyp polskiego filmu jako czegoś, na co do kina się nie idzie. Na box officie nie ma szału; teraz jest inaczej, ale Chłopów można traktować jako pewien ewenement, a Zieloną granicę jako temat kontrowersyjny.

No tak, zanim te dwa filmy weszły do kin spodziewano się najgorszego box office’a dla polskich produkcji od lat.

Dokładnie. To wyjątki, potwierdzające regułę. 

A uważasz, że kino queerowe jest u nas w dobrej kondycji? W końcu grałeś w Hiacyncie oraz w Norwegian Dream, na którego polską dystrybucję cały czas czekamy.

Na pewno można powiedzieć, że polskie kino queerowe jest bardzo młode. Ma do przerobienia pewne etapy, które światowe kino queerowe ma już za sobą. Płynące wieżowce były jednym z pierwszych filmów queerowych i był to film, w którym homoseksualny bohater musi cierpieć, a na koniec filmu umrzeć; dla osób nienormatywnych nie ma happy endu. Pojawił się motyw wiktymizacji, czyli pokazywania tych osób jako udręczonych. Sukces Heartstoppera polegał na tym, że można się cieszyć tym, że ludzie kochają się w nienormatywny sposób i jest to super. To pewnie coś, co nas jeszcze czeka.

Słoń, Hiacynt, Fanfik, Ostatni komers – to wszytko tytuły z ostatnich kilku lat. Następnym z nich będzie Norwegian Dream. Na pewno powstaje tych filmów więcej. Od Dawida Nickla przez wszystkie nowe, świeże nazwiska, które pojawiają się w środowisku. W obiegu jest więcej queerowych twórców, więc to kino na pewno będzie się prężnie rozwijać. 

Kadr z filmu “Norwegian Dream” / mat. prasowe Aura Films

Jakie były różnice w pracy nad norwesko-polsko-niemiecką koprodukcją od planem zdjęciowym filmu osadzonego typowo w Polsce?

Na pewno stricte rynkowe różnice. W Norwegii na planie pracuje się według standardu 8 godzin, a w Polsce 12. W ramach kompromisu koprodukcyjnego pracowaliśmy 10 godzin dziennie, co było sporą różnicą. Byłem przyzwyczajony do tego, że po zejściu z planu nie da się nic więcej zrobić ze swoim dniem. Ten czas liczy się u nas od momentu wejścia na plan do zejścia z planu. W Norwegii natomiast od wyjścia z hotelu do powrotu, więc to faktycznie było te 10 godzin, a kolejne 14 godzin z doby było całkowicie dla mnie. W ten czas można się wyspać i coś porobić, więc była to duża różnica w komforcie. Związki zawodowe w Polsce walczą, by plan trwał 11 godzin, co byłoby już krokiem milowym.

Ekipa była różnorodna. Leiv Igor Devold, reżyser filmu, wykorzystując jego żart, sam jest koprodukcją polsko-norweską, bo jest z mieszanej rodziny. On był tłumaczem na Wieży Babel, bo jedyny posługiwał się wszystkimi językami: angielskim, norweskim, niemieckim i polskim. Potrafił zmieniać język trzykrotnie w ciągu jednego zdania. Na planie nie było zbyt dużych mentalnych różnic. Jest stereotyp, że Norwegowie są bardziej wycofani i nie powiedzą ci, jeśli coś się im nie podoba. Czy ja to faktycznie odczułem? Na planie nie, bo tam każdy wie, że pracujemy ze sobą dwa kolejne miesiące, trzeba się na siebie szybciej otworzyć, dogadać. Spędzamy ten czas na intensywnych filmowych koloniach, a później rozchodzimy się do domów. Bardziej czułem to, gdy wychodziłem na miasto. 

Dużo jest uprzedzeń w związku z byciem Polakiem, które podejmujemy w filmie i które stały się tematem debaty publicznej w Norwegii. Przed rozpoczęciem zdjęć wyszła głośna książka Ewy Sapieżyńskiej pt. Nie jestem twoim Polakiem. Opowiada w niej o doświadczeniach bycia Polakiem w Norwegii; wschodnioeuropejczykiem w kulturze zachodu. Gdy mówiłem, że jestem z Polski, niektórzy mieli odruch mówienia: „o, załatwić ci pracę?”. Gdybym powiedział na mieście, że jestem z Francji pewnie zapytaliby się: „co udało ci się zwiedzić?”, a nie: „tam jest budowa, może poszedłbyś ponosić deski, bo dobrze płacą i można na czarno”. 

Chciałbyś więcej pracować za granicą?

Na pewno. Chciałbym pracować dalej w Polsce. Nie myślę o tym, że trzeba stąd uciekać. To rynek i kultura, które traktuję jako domyślne. Praca za granicą jest jednak innym spotkaniem, z ludźmi, którzy często pracują inaczej. To inna kultura pracy, inne spojrzenie na sztukę filmową. W ogóle to coś kapitalnego, jeśli można podróżować w ramach pracy. Ja lubię podróżować i lubię swoją pracę, więc kiedy mogę to łączyć, to jest to wspaniałe. To daje więcej niż krótki wypad na zagraniczny festiwal. W Norwegii spędziłem łącznie 2-3 miesiące. W żadnym innym kraju nie spędziłem tak dużo czasu poza Polską, więc jest to taki aktorski Erasmus (śmiech).

Czym jest dla ciebie nominacja do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego?

Wyróżnieniem dla całego filmu. Naprawdę mnie ucieszyło, że to nagroda za rolę w Bratach. To mój debiut i film, z którym czuję się bardzo związany, a miał dość trudną drogę na ekrany. Najpierw pandemia, później problemy z dystrybucją, to wszystko się mocno przeciągało. Dystrybucja była bardzo skromna, co wynikało z braku promocji. Bardzo różnie odebrano ten film. Jeśli chodzi o moje projekty, to jeden z najbardziej nierównych odbiorów. Również dla osób, z którymi nad nim pracowałem, był jednym z pierwszych razów. Jest to film, który ma swoje miejsce w moim serduszku, więc bardzo mnie to cieszy.

Najbardziej chciałbym, by ta nominacja popchnęła mnie dalej, by pracować i robić kolejne rzeczy. Bardziej niż zbieranie wyróżnień cieszy mnie kolejny projekt, kolejne spotkania oraz możliwość, by później znowu dać coś komuś pole do dyskusji. Chodzi o wymianę energii; o to, by rozmawiać, słuchać wrażeń innych osób. Po to się to robi.

Korekta: Daniel Łojko

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.