Advertisement
FilmyKinoRecenzje

Trudna choreografia scenariopisarstwa – „Houria” [RECENZJA]

Jakub Nowociński
Houria / Materiały prasowe Best Film

Dobry scenariusz potrafi wybronić niemalże wszystko, ale słabego – nie uratuje już nic. Mounia Meddour, reżyserka i scenarzystka Hourii, popełniła film nie tylko chaotyczny i nieumiejętnie poprowadzony dramaturgicznie, ale przede wszystkim traktujący widza jak nierównego sobie. 

Tytułowa bohaterka Hourii jest młodą baletnicą z Algierii, starającą się o rolę w inscenizacji Jeziora Łabędziego, która może być dla niej drzwiami do spełnienia marzeń. Chwilę przed występem, który ma zadecydować o jej dalszych losach, zostaje napadnięta i dotkliwie pobita, przez co traci sprawność fizyczną. W wyniku traumatycznego przeżycia przestaje mówić. Podczas rehabilitacji odnajduje „wspólny język” z kobietami z mutyzmem, głuchoniemotą czy w spektrum autyzmu, które również doświadczyły przemocy; dzięki tym relacjom zaczyna na nowo odnajdywać swój cel w życiu i utracony sens istnienia. 

Imię „Houria” oznacza w języku arabskim „wolność”; i tak, główna bohaterka filmu stara się odzyskać prawo do decydowania nad swoim ciałem i losem. Dzieje się to na tle powidoków wojny domowej między islamskimi fundamentalistami a autorytarnym algierskim rządem, która zakończyła się ponad dwadzieścia lat temu, ale jej widmo dalej nawiedza mieszkańców kraju. Miniony konflikt przypomina o kruchości pokoju i krzywdzie, jaką ludzie są w stanie sobie wzajemnie wyrządzić. Pozostawił rany, które się nie zabliźniły, a spuścizna przemocy potrafi dalej zbierać żniwa nawet w czasach amnestii. Kontekst społeczny uzupełnia uniwersalne problemy podejmowane w filmie. Znacząco wpływa to nie tylko na losy bohaterki, która poszukuje sprawiedliwości i zadośćuczynienia w świecie pogrążonym w cieniu swojej przeszłości, ale także jej najlepszej przyjaciółki planującej ucieczkę z kraju. 

Wyróżniającym się elementem filmu są sceny tańca – pełne symboliki choreografie, oddające aktualne stany emocjonalne Hourii. Jednak nic z tego nie miałoby szansy wybrzmieć, gdyby nie Lyna Khoudri, wcielająca się w postać tytułowej bohaterki. Algierska aktorka okazała się najjaśniejszym punktem produkcji. Wykonała na planie imponującą pracę, świadomie i niezwykle precyzyjnie posługując się przez znaczną część filmu jedynie językiem ciała; ruchem, natężoną mimiką, ekspresyjnymi gestami. 

Houria / Materiały prasowe Best Film

Khoudri nie była jednak w stanie wybronić swoją grą i charyzmą każdego potknięcia scenarzystki. Meddour używa w filmie wyświechtanych środków; próbuje opowiedzieć nam całą historię oraz jej konteksty w sposób łopatologiczny i nad wyraz bezpośredni, przez co dialogom brakuje naturalności oraz pojawia się nieodparte wrażenie, że scenarzystka nie wierzy w inteligencję swojego widza. Nie zostawia mu żadnego pola do domysłu, czy wysnucia własnych wniosków z toku fabuły. A wszystko to w filmie, który, według samej reżyserki, wyraża chęć ekspresji za pomocą ciała, a nie słów. Nawet tak ciekawe tematy, jak algierskie społeczeństwo po wojnie domowej, skorumpowana policja czy kultura szkół baletowych, zostały hermetycznie zapakowane i przyozdobione scenariuszowymi „łopatami”. 

Hourii nie brakuje kłujących w oczy absurdów. Sentymentalizm i dramaturgia, na których zależało reżyserce, są zniekształcone przez groteskowe nonsensy napisanego przez nią tekstu. Scena ucieczki Hourii przed jej oprawcą, prosto z tłumu do opustoszałego, ciemnego zaułku, przypomina scenę rodem z horroru klasy B. Policja, z którą rozmawia bohaterka, jest nie tyle niekompetentna, co karykaturalna; brak tu jakiegokolwiek niuansowania i naturalizmu. W innej scenie, w zależności od panującego nastroju, zmienia się nawet pogoda. Meddour dopuściła się także kilku sporych scenariuszowych dziur, a rozpoczęte przez nią wątki (przypominam, że było ich sporo) w żaden sposób nie wybrzmiewają i nie odnajdują swojej puenty. Chaotyczność filmu podkreślają dynamiczne zdjęcia Leo Lefevre’a, skrupulatnie śledzące aktorów i kręcone głównie z ręki.

Houria jest historią, która miała potencjał, została jednak nieumiejętnie poprowadzona. W całym tym zawirowaniu kryje się w końcu poruszająca opowieść o celebrowaniu życia i wspólnocie silnych kobiet, okraszona pięknymi scenami tańca. Wszystko to przepadło jednak w galimatiasie sztamp i niedorzeczności. Mounia Meddour pogubiła się i pomyliła kilka kluczowych kroków w skomplikowanej choreografii scenariopisarstwa.

Przeczytaj również:  „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” – Rozbrojony [RECENZJA]

 

Korekta: Piotr Ponewczyński
+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.