Advertisement
FilmyRecenzje

Sinéad O’Connor, no one compares to you [RECENZJA]

Jakub Nowociński
"Nothing Compares" / Materiały prasowe

Świat obiegła wstrząsająca wiadomość. W wieku 56 lat opuściła nas Sinéad O’Connor – postać nieustraszona, która przez całe życie poświęcała się różnego rodzaju walkom. Żyła i zmarła niezrozumiana. Między innymi z tego powodu, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, warto pochylić się nad jej poruszającą historią. Pomocny w tym może być dokument Nothing Compares w reżyserii Kathryn Ferguson, który w Polsce miał swoją premierę podczas zeszłorocznej edycji Millenium Docs Against Gravity (oraz otrzymał na tym festiwalu nagrodę Nos Chopina, czyli dla najlepszego filmu w tematyce muzycznej).

Narratorką filmu dokumentalnego Nothing Compares jest przede wszystkim sama Sinéad oraz najbliższe jej osoby. Nie widzimy ich, słyszymy jedynie głosy z offu, dzięki czemu rezygnujemy z paradokumentalnych tonów. Obraz, który śledzimy, złożony jest z precyzyjnie wyselekcjonowanych materiałów archiwalnych, wywiadów, występów telewizyjnych, zapisków z koncertów, teledysków, a także materiałów dogranych z dramaturgicznych potrzeb filmu.

Oglądając dokument, nie mamy wrażenia, że wchodzimy z butami w życie artystki. Herstorię śledzimy w chronologicznym porządku, skupiając się głównie na ścieżce muzycznej w wykonaniu Sinéad. Podglądamy rozwój kariery, a także poznajemy idee, które były dla O’Connor fundamentalne i naznaczyły jej dalsze losy. Intymne, osobiste historie, często składające się z głębokich traum, są jedynie dopełnieniem narracji. Te jednak niosą ze sobą największy emocjonalny ciężar. Mam poczucie, że O’Connor starannie wybierała, przez które drzwi chce wpuścić nas do swojego życia.

Przez ponad połowę filmu koncentrujemy się na początkach jej kariery i wkraczaniu w dorosłość. Dowiadujemy się, że muzyka była dla Sinéad formą terapii; szukała w niej katharsis, uleczenia duszy z doświadczonych traum. Jak mówiła i udowadniała na każdym kroku, nie weszła do przemysłu muzycznego, aby zostać gwiazdą pop – chciała po prostu krzyczeć. Oczekiwano od niej piosenek, które nie będą dla słuchacza żadnym wyzwaniem. Jednak sztuka dla O’Connor była jednoznaczna z protestem; w końcu, jak zaznaczała, pochodziła z ojczyzny przesiąkniętej buntem – Irlandii.

W wieku 20 lat urodziła syna oraz wydała debiutancki album – The Lion and The Cobra. Na każdym kroku sprzeciwiała się wytwórni, aby pozostać autentyczną sobie i nie poddać się patriarchalnym oczekiwaniom społeczeństwa. Gdy chciano, by zaczęła nosić buty na obcasie, krótkie spódnice, staniki z push-upem i zapuściła długie włosy – została przy swoich jeansach, glanach i ogoliła się na łyso. Jej pozbawiona włosów głowa była osobistym symbolem nonkonformizmu, który później bardzo dawał jej się we znaki.

„Nothing Compares” / Materiały prasowe

Leitmotivem filmu jest wątek Irlandii Północnej, w której urodziła i wychowała się Sinéad. Jej późniejsze życie i sztuka były przesiąknięte tym miejscem – przede wszystkim jej gniewem wobec patriarchatu, tak silnie zakorzenionego i zinstytucjonalizowanego w tym kraju. Artystka zabierała głos w debacie na temat praw do aborcji, seksualnej wolności oraz generalnego samostanowienia kobiet. 

Być może Sinéad urodziła się w nieodpowiednim czasie. Jej poglądy oraz wizerunek zdecydowanie wyprzedzały czasy; O’Connor bawiła się normami społecznymi, rolami płciowymi i oczekiwaniami wobec kobiet. Wtedy, w Stanach Zjednoczonych zdjęcie krzyczącej kobiety na okładce albumu było całkowicie nieakceptowalne, natomiast łysa głowa (a już szczególnie w połączeniu z ciążowym brzuchem) kojarzyła się z szaleństwem, agresją i zagrożeniem. 

Dokument może okazać się dla laików dyskografii Sinéad doskonałym sposobem, by przybliżyć sobie jej twórczość. Piosenki takie jak Jackie, Mandkinka czy Black Boys on Mopeds wybrzmiewają w filmie nadzwyczaj emocjonalnie i eksplicytnie. Dzięki temu dowiadujemy się o przejmującej historii z dzieciństwa, z którą związane jest letnie siedzenie w wysokiej trawie, o czym artystka śpiewa w Troy. Myślę, że od tej pory każdemu odsłuchowi tego utworu będą mi towarzyszyć ciarki i kłucie w klatce piersiowej.

Druga połowa filmu skupia się na trzech głównych wątkach, dotyczących błyskawicznego wspięcia się na szczyt oraz równie błyskawicznego upadku. Gdy kariera piosenkarki nabiera tempa, to samo dzieje się z tempem dokumentu. Po wydaniu Nothing Compares 2 U oraz drugiego albumu – I Do Not Want What I Haven’t Got – wszystko działo się szybko i intensywnie. Okładki magazynów, gale, prestiżowe nagrody, występy telewizyjne, wywiady, zapełnianie całych aren, a później nawet stadionów. Rolling Stone nazwał ją artystką roku. To był czysty high

Ów High był jednak efemeryczny. Punktem zwrotnym była sytuacja, gdy Sinéad nie chciała, aby przed jej koncertem w Stanach Zjednoczonych, zgodnie z amerykańską tradycją, wybrzmiał hymn narodowy. Tą decyzją, jako pacyfistka i osoba walcząca z rasizmem, sprzeciwiała się wojnie, a także cenzurze, nakładanej przez amerykańskie media na czarnych artystów. Ta argumentacja nie przemówiła jednak do rozwścieczonych amerykańskich patriotów, a stacje radiowe ostentacyjnie przestały grać muzykę O’Connor.

Film zbliża się powoli ku końcowi, gdy bierze pod lupę słynną aferę ze zdjęciem Jana Pawła II, które piosenkarka rozdarła podczas swojego występu w Saturday Night Live. Program był transmitowany na żywo, a Sinéad zaśpiewała acapella piosenkę War Boba Marleya, której słowa o nierówności, niewolnictwie i wyzysku wybrzmiały z ogromną mocą. Zdjęcie papieża, zwrócone ku kamerze, było jedną z dwóch pamiątek po zmarłej matce. Po rozdarciu fotografii na kawałki, artystka krzyczy: “Walczcie z prawdziwym wrogiem!”. Widać w jej oczach oraz słychać w głosie wstrząsającą, rozbrajającą prawdę.

Przeczytaj również:  „Bez końca” – Ktokolwiek widział | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

Po tym wydarzeniu świat miał jeden cel: zniszczyć Sinéad O’Connor. Dokument dynamicznie, ale z odpowiednią starannością, przedstawiana nam skalę skutków pamiętnego występu. Bardziej od buldożerów przejeżdżających po płytach artystki, wstrząsnęły mną wypowiedzi osób, które za wszelką cenę starały się ośmieszyć i poniżyć dwudziestoparoletnią dziewczynę. Nie wspominając o braku empatii i świadomości, jak bardzo słowa potrafią krzywdzić. Co ciekawe, jedną z tych osób był słynny aktor, na którego już chyba nigdy nie spojrzę tak samo. Sinéad przez całe życie, od najmłodszych lat, zmagała się z odrzuceniem, a tym razem odrzucił ją cały świat. Wszystko przez to, że zwróciła uwagę na problemy, które dzisiaj zaczynają wychodzić na światło dzienne – pedofilię w kościele, ukrywaną przez duchownych. Jak możecie się domyślać, Sinéad nie doczekała się przeprosin.

„Nothing Compares” / Materiały prasowe

Tak, jak wspomniałem, O’Connor wprowadziła nas jedynie do tej części swojego życia, z którą czuła się komfortowo. Po historii występu w SNL czeka nas już jedynie epilog – kolejne 30 lat życia artystki podsumowane jest w ostatnich dziesięciu minutach dokumentu. I jest to piękne dziesięć minut, ze wzruszającym świadectwem, wyrecytowanym przez artystkę dojrzałym, zachrypniętym głosem. Następnie widzimy przebitki, pokazujące, jak w ciągu ostatnich trzech dekad zmienił się świat, w kontekście tego, o co Sinéad walczyła przez całe życie. Niektóre walki zostały już wygrane, inne dalej trwają. Irlandia Północna uzyskała między innymi prawo do aborcji oraz do zawierania małżeństw przez pary jednopłciowe. Z drugiej strony, w Polsce dalej walczymy o te rzeczy – w dokumencie widzimy nawet warszawskie ulice podczas Piekła Kobiet. To prawdziwie słodko-gorzki widok. 

Dokument uzupełnia klamra kompozycyjna, która potrafi doprowadzić do łez – łez smutku, frustracji, związanych z poczuciem niesprawiedliwości. Chciałbym tą klamrę opisać – podzielić się nią i związanymi z nią uczuciami – jednak jest to zbyt istotny element seansu, by zdradzać go w recenzji. Te sceny niosą ze sobą ogromną moc; są doskonałym wstępem, jak i podsumowaniem historii.. 

Film kończy się występem O’Connor z piosenką Thank You For Hearing Me. Nie jest już tą młodą dziewczyną przed trzydziestką. To pierwsza i jedyna scena, która pokazuje artystkę w ciągu ostatnich kilku lat. Śpiewa anielskim, delikatnym głosem utwór, przypominający modlitwę lub hymn, w którym powtarza mantrę: “Dziękuję, że mnie wysłuchaliście / dziękuję, że mnie nie zostawiliście”. Ten moment niesie ze sobą magię. Jeśli nie wysłuchaliście jeszcze Sinéad, dajcie jej szansę na opowiedzenie swojej historii. Pozwólcie sobie na to przeżycie, które odczujecie całym ciałem.

“Żałuję, że ludzi traktowali mnie jak gówno. Żałuję, że byłam już na tyle zraniona, że to naprawdę mnie zabiło. Myśleli, że mogą ze mnie drwić za zmarnowanie mojej kariery. Nigdy nie miałam być gwiazdą pop, to mi nie pasowało, więc nie zmarnowałam żadnej kariery. Nie zmienili mojego nastawienia, za nic nie przepraszałam i niczego nie żałowałam. To rzecz, z której byłam najbardziej dumna jako artystka. Złamali moje serce i mnie zabili, ale nie umarłam. Chcieli mnie pochować, ale nie wiedzieli, że jestem nasionem”.

Korekta: Magda Wołowska
+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.