Millennium Docs Against Gravity 2024RecenzjeWywiady

„Rave” to ich wizja na pojednanie społeczeństwa. Rozmawiamy z Dawidem Nickelem i Łukaszem Rondudą

Jakub Nowociński
Dawid Nickel i Łukasz Ronduda na planie „Rave”
Dawid Nickel i Łukasz Ronduda / fot. Michał Pukowiec

Dawid Nickel (Ostatni Komers, BringBackAlice) i Łukasz Ronduda (Serce miłości, Wszystkie nasze strachy) poznali się na imprezie kolektywu Muzyka Nieheteronormatywna, a niedługo później uznali, że muszą stworzyć coś razem. Na 20. edycji Festiwalu Millenium Docs Against Gravity miał właśnie premierę ich film dokumentalny – Rave. Z reżyserami spotkałem się na kilka dni przed pierwszym oficjalnym pokazem filmu. Porozmawialiśmy o ich relacji z kulturą techno, pracą nad filmem, poszukiwaniu idealnych bohaterów oraz niezwykłych historiach, które usłyszeli podczas jego tworzenia.


Jakub Nowociński: Jaki był najlepszy rave w waszym życiu? 

Łukasz Ronduda: Ja mam taki jeden, ale niestety nie powiem (śmiech).

Dawid Nickel: Ja też mam, ale nie chcę o nim powiedzieć (śmiech).

ŁR: Myślę, że to jest bardzo ciekawe, że mamy takie, ale nie jest to publiczna opowieść. To były bardzo ważne, intymne, głębokie doświadczenia. Z tym właśnie kojarzą mi się rejwy.

DN: U mnie było dokładnie tak samo. Intymne, głębokie doświadczenie, które odbyło się na rejwowym festiwalu muzycznym. Choć nie jestem osobą romantyczną, to doświadczenie było bardzo romantyczne. Wychodzi na to, że miłość wygrywa.

Jak zaczęła się Wasza historia z kulturą rave, kulturą techno? 

DN: Początek na pewno był w latach nastoletnich, gdy chodziłem na imprezy rejwowe w swoim rodzinnym Kędzierzynie-Koźlu. Był to lokalny klub Kaskada, chodziliśmy tam ze znajomymi z gimnazjum. Tak jak w filmie, jeździliśmy do klubów autobusami. Kędzierzyn to małe miasto, więc żeby iść do klubu, trzeba było pójść na wynajęty autokar. Jeździłem po miejscowych klubach, trochę takich jak Ekwador Manieczki. U nas nazywało się to Discoplex A4. Nie byłem wtedy bardzo aktywnym imprezowiczem ani odbiorcą kultury rave, raczej jeździłem tam z ciekawości. Później wyjechałem do Katowic. W filmie mówimy o drugiej fali popularności techno, ja też zacząłem w tym świecie funkcjonować. To było już techno bardziej wysublimowane, miejskie. Katowice lubiły o sobie myśleć jak o drugim Berlinie, katowickie imprezy kopiowały te berlińskie. Ja też uczestniczyłem w tej kulturze, ale w moim sercu nadal było to, co zostawiłem w Kędzierzynie. To nie było jednak miło przyjmowane, było określane mianem złego techno, złego rejwu, złego sposobu imprezowania. Później wyprowadziłem się do Warszawy. Idąc bulwarami, natknąłem się na Wixapol. Wtedy odkryłem, że istnieje miejsce, łączące wszystkie gatunki, które się mi podobają i które mnie inspirują. Odpowiadał mi ten klimat wiejskich klubów z moich czasów nastoletnich, a jednocześnie imprezy miejskiej. Totalnie wszedłem w ten fenomen.

Kadr z filmu „Rave“
Kadr z filmu „Rave“ / mat. prasowe Millenium Docs Against Gravity

ŁR: Też jestem z małego miasta i miałem doświadczenie wiejskich rejwów, ale to nie było bardzo świadome. Po prostu woleliśmy chodzić na techno niż na disco polo. Tylko w tym znaczeniu te imprezy wydawały się interesujące (śmiech). Później na przełomie lat 90. i 2000 poszedłem na studia do Łodzi. Tam bardzo chciałem szybko awansować, zmienić swój status. Zapomnieć o moim prowincjonalnym pochodzeniu. Studiowałem historię sztuki, pracowałem w muzeum sztuki. Zachłysnąłem się wysoką kulturą, zacząłem się zajmować awangardą. W Łodzi jest bardzo duża tradycja sztuki awangardowej, pierwszej awangardy konstruktywistycznej, awangardy geometrycznej. Odnalazłem przedsięwzięcia artystów, którzy zajmowali się techno, rave’em, ale starali się to łączyć z tradycją sztuki współczesnej. Traktowali to jako nową abstrakcję, nową awangardę. Techno miało być przedłużeniem długiej tradycji sztuki awangardowej, obecnej tam od czasów konstruktywistów, od Malewicza. Był przy tym taki posmak, że na moich oczach rodzi się kolejny nurt awangardowy. To były podstawowe barwy, podstawowe doznania zmysłowe, tak jak pierwsza awangarda lat 20. Bardzo mnie to jarało. Wcześniej tylko czytałem i fantazjowałem o tych wszystkich konstruktywistach, surrealistach, a tu na moich oczach awangarda naprawdę wchodzi do życia.

To były działania artystów, o których opowiadamy w filmie – Marcela Zammenhoffa, CUKT-u, Józefa Robakowskiego, Wspólnoty Leżeć, Jarosława Flicińskiego. Oni myśleli, że rave’y będą nową formą sztuki i że to będzie bardziej wartościowe niż to, co działo się wtedy na Paradzie Wolności. Bardzo chcieli odróżnić się od tych białych rękawiczek i gwizdków, które pojawiły się na ulicach. Opowiadamy w filmie o ludziach, którzy wiązali z tą kulturą artystyczne nadzieje. Byłem na imprezie sylwestrowej, na której Marcello Zammenhoff pokazał swój manifest, pracę o swoim głębokim rozczarowaniu.

Wtedy nie byłem jeszcze świadomy klasizmu, który wiązał się z wyrafinowanymi działaniami awangardowymi. Awangarda, czyli straż przednia, wyznaczająca kierunki, za którą wszyscy mają podążać. Awangarda jest lepsza, ma lepszy gust, wie więcej. Później, gdy w 2016 roku zetknąłem się z Wixapolem, urzekło mnie to, że też był tworzony przez artystów, ale oni już w ogóle nie chcieli tego wiązać z awangardą, która uważała się za lepszą. Na zupełnie innych zasadach łączyli sztukę z techno, zupełnie odwrotny niż to pierwsze pokolenie techno w Polsce. Łączyli Techno, z wypartymi wartościami, z Manieczkami, z ekscentrycznymi latami 90. To, co wtedy wydawało się poważną sztuką, Wixapol przywoływał jako coś śmiesznego, zabawnego, ludycznego.

Przeczytaj również:  „Kolacja pożegnalna” – pożegnanie pandemii? [RECENZJA]

Dawidzie, przez pięć lat byłeś DJ-em w kolektywie Muzyka Nieheteronormatywna. Czy to doświadczenie pomogło Ci podczas pracy nad filmem?

DN: Tak, byłem DJ-em, tworzyłem kolektyw m.in. z Dominiką Sitnicką, która jest narratorką w naszym filmie. Traktowałem to hobbystycznie. Chciałem dołożyć swoją cegiełkę do queerowych imprez w Warszawie, bo miałem poczucie, że jest ich bardzo mało. Ubogacić i urozmaicić nasze queerowe środowisko o bezpieczną przestrzeń do zabawy. To doświadczenie na pewno pomogło tak, że na imprezie Kolektywu spotkaliśmy się z Łukaszem Rondudą. Zapoznaliśmy się i doszliśmy do tego, że chcemy stworzyć razem film.

Kadr z filmu „Rave“
Kadr z filmu „Rave“ / mat. prasowe Millenium Docs Against Gravity

Łukaszu, w swoich filmach opowiadałeś dotychczas o sztuce i ludziach sztuki. Dawidzie, Ty z kolei specjalizujesz się w historiach o młodych ludziach, generacji Z. Jak to, co Was najbardziej inspiruje, połączyło się w tym filmie? Był jakiś moment, że chcieliście opowiedzieć dwie różne historie czy może Wasze wizje składały się w idealną całość?

DN: Moja historia i historia Łukasza, to, czym się interesujemy w filmie, idealnie się połączyło. Ten film jest pod tym kątem perfekcyjnie opowiedziany. Okazało się, że Łukasz ma podobny background. Oczywiście jest ode mnie kilka lat starszy i bardziej wyedukowany w dziedzinie sztuki współczesnej. Gdy zapraszał mnie do filmu, dostarczył mi dysk twardy z materiałami archiwalnymi. Nagle mogłem zetknąć się z potężną wiedzą na temat tego, czego częścią jestem. Byłem totalnie zafascynowany tym, że mogę tą historię zobaczyć już nie tylko przez pryzmat Dawida, który mając 15 lat jeździł na wiejskie dyskoteki czy później bawiącego się w Katowicach. Dzięki Łukaszowi mogłem odkryć to w sposób bardziej intelektualny, nie tylko poprzez doświadczenie imprezy.

Łukasz zaprosił mnie do wspólnego filmu, gdy realizowałem Ostatni komers, który też czerpał z kultury wixapolowej. Zauważył, że młodzi bohaterowie mnie interesują. To połączenie jest perfekcyjne – łączy młodość, którą reprezentuję, a także świat artystyczny, reprezentowany przez Łukasza. Tak samo Marcello Zammenhoff łączy się z Marysią i Januszem. Film jest dzięki temu wykładem, ale też bardzo ciekawą obserwacją. Łukasz zrealizował już film dokumentalny Lot, a ja krótkometrażowego Filipka. Wydaje mi się, że idealnie się dobraliśmy. Nie baliśmy się, że to będą dwa różne filmy. Nie było między nami żadnych sporów, jeśli chodzi o opowieść. Jedyne, czego się obawialiśmy, to połączenia materiałów archiwalnych z obserwacjami, ale to wyzwanie sporo nas nauczyło.

ŁR: Pięknie to opisałeś, Dawid. Jesteśmy przede wszystkim reżyserami i wiemy, że każdy film musi znaleźć swój własny język, swoje DNA. Każdy film, który chce być oryginalny, powiedzieć o czymś ciekawym, być wypowiedzią artystyczną. Razem szukaliśmy tego specyficznego języka naszego filmu. Rave opowiada o wspólnocie, także na poziomie realizacyjnym i reżyserskim, ponieważ byliśmy z Dawidem wzorową wspólnotą. Stworzyliśmy film w dialogu twórczym, przez co czuć w nim dobrą energię. Ma w sobie jakąś jasność.

DN: Film był też w bardzo długim etapie developmentu. Byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby powstał, nawet jeśli były problemy finansowe. Mobilizowały nas wszystkie kłody, rzucane nam pod nogi. Przez to tym bardziej nie chcieliśmy się boksować. Może nasze filmy są inne, ale mamy z Łukaszem podobne poczucie stylu, gust, interesują nas podobne rzeczy.. Czasami, gdy dobieramy się z reżyserem, nawet w dialogu, w rozmowie, od razu czujesz, że ta osoba jest z innego świata i to nigdzie nie doprowadzi. My z Łukaszem mimo wszystko jesteśmy z tego samego świata. Mieliśmy jeden i ten sam cel. Nasze zdania mogły się różnić, ale cel był jasny i konkretny. Zastanawialiśmy się, jak to najlepiej opowiedzieć, wspieraliśmy się. Oczywiście były różne emocje, ale emocje twórcze.

Dawid Nickel, Łukasz Ronduda na planie filmu „Rave”
Dawid, Ryska, Janusz i Łukasz / fot. Michał Pukowiec

Na pewno widać to w filmie – jednocześnie zauważalna jest dychotomia różnych zainteresowań i inspiracji, ale to się składa w piękną całość, jest bardzo spójne. Wspaniałe jest to, że poznaliście się na rejwie. Podobnie było z resztą z Januszem i Ryską. Jak wyglądało to pierwsze spotkanie? Jak to się stało, że stali się Waszymi głównymi bohaterami?

DN: Ja uwielbiam siedzieć na Instagramie (śmiech). Scrollowałem Instagrama i gdy widziałem jakichś ciekawych ludzi, wysyłałem screeny ich profili Łukaszowi. Wymienialiśmy się tymi screenami, aż w końcu trafiliśmy na Wixapol w Łodzi. Znałem już wcześniej Janusza, jeszcze zanim skończył 18 lat. Był łysym dresikiem z Łodzi Bałuty, podobnym do postaci z moich fabularnych opowieści, więc od razu mnie zainteresował. Dzięki niemu trafiliśmy na after. Była tam grupa młodych ludzi, 18-letnich, 20-letnich. Zapytaliśmy się, czy możemy włączyć kamerę. Porozmawialiśmy z nimi i wszystko zarejestrowaliśmy. Później mieliśmy z Łukaszem przerwę, zbieraliśmy dofinansowanie, robiliśmy swoje rzeczy. To było rozłożone w czasie, tak naprawdę trwało kilka lat.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Planeta skarbów” (2002)

Po jakimś czasie włączyliśmy obserwację z tego afteru i wsłuchaliśmy się w to, co ci ludzie mają do powiedzenia. Urzekła nas Marysia, która siedziała sobie grzecznie w rogu. Opowiedziała historię swojej mamy, która chodziła na rejwy w latach 90. i zapoznała ją z tą muzyką. W dodatku była DJ-ką, więc uznaliśmy, że może połączymy się z nią na Zoomie i zapytamy, co u niej. Okazało się, że była w Niemczech, zbierała pieniądze, żeby kupić sobie sprzęt. Pojechaliśmy do niej, poznaliśmy się, rozmawialiśmy. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak najlepiej opowiedzieć tą historię. Włączyliśmy kamerę i zaczęliśmy to kręcić. Później na stole montażowym układaliśmy to wszystko wraz z materiałami archiwalnymi, co było jednym wielkim hardkorem.

ŁR: Ten długi proces jest ważny. Nie było gotowości, by ten film powstał w polskiej kulturze, wśród decydentów, którzy przeznaczają pieniądze na produkcję. Dla nich był to nieważny temat, nie było w nim ciekawego bohatera. Polski film dokumentalny ma obsesję na punkcie bohatera, jego obserwacji, emocji, bycia z nim blisko. Ludziom, którzy odrzucali ten projekt w różnych komisjach wydawało się, że bohaterowie chodzący na techno są powierzchowni, hedonistyczni, że tam są tylko narkotyki. Punktem odniesienia dla nich był film Czekając na sobotę, który pokazywał techno na wsi jako coś w rodzaju patologii. Dla nas to było straszne, jak ten film pokazywał ludzi, bardzo stereotypowo, którzy tylko czekają, aby się stać ciekawymi podczas imprezy i że tylko to daje im sens życia. Niestety ten stereotyp sprawił, że projekt był kilka razy odrzucany. Decydenci mówili: „przecież powstał już film o techno nas wsi”.

Wcześniej mieliśmy nakręcone dość sporo materiału z innymi osobami. Ten proces był potrzebny, żeby znaleźć właściwych bohaterów, Janusza i Marysię. Wiedzieliśmy, że chcemy to opowiedzieć w perspektywie społecznej, o nierównościach, o różnicach między różnymi światami techno, hierarchii, klasowości. Te tematy interesują nas z Dawidem ze względu na nasze pochodzenie. Marysia i Janusz to nie są uprzywilejowane dzieciaki. Marysia pracuje w fabryce serków, Janusz na linach. Urzekł nas ich autentyzm, to, jak się zmagają z rzeczywistością, cały czas walczą. Rave, Manieczki, to wszystko łączy się z tym, kim są w autentyczną całość. Są to osoby, które noszą w sobie jakąś zmianę – zmianę wartości, zmianę społeczną.

DN: To niezwykłe osoby, a zarazem bardzo zwykłe. Interesowała nas ta niezwykła zwykłość.

Kadr z filmu „Rave“
Kadr z filmu „Rave” / mat. prasowe Millenium Docs Against Gravity

Niezwykłe są też historie, które opowiadają. Fascynujące są opowieści o kulturze rave’u w kontekście transformacji systemowej, PGR-ów czy oświeceniowego ducha Józefa Wybickiego, to jest po prostu kosmos. Która z opowieści, którą usłyszeliście w trakcie tworzenia filmu, jest Waszą ulubioną?

DN: Moja to zdecydowanie ta o Wybickim.

ŁR: Dla mnie też, totalnie number one (śmiech).

DN: Tak, to jest w naszym filmie taka wisienka na torcie. Pojawia się, gdy Rave już prawie się kończy, a widz myśli, co tu się jeszcze wydarzy. Nie będę teraz spoilerował, ale to jest naprawdę kosmos. Naprawdę nie ma przypadków. Wszystko łączy się we wszechświecie w jakąś idealną całość. Wybicki był właścicielem ziem, na których później powstał klub i tam po prostu czuć jego obecność, jak ładnie opowiedział nam Gregor Różański.

ŁR: Tak, to jest niezwykłe. Nie ma przypadków. Uświadomiłem sobie dzisiaj, że Wybicki stworzył utwór muzyczny, hymn polski, który miał budować wspólnotę. Wokół muzyki, wokół tego hymnu, organizuje się wspólnota narodowa. Dokładnie o tym jest nasz film. To film o muzyce, wokół której organizuje się wspólnota. Uderzyło mnie dzisiaj, jakie to niesamowite.

DN: Ciekawe było w tym procesie, że na początku mieliśmy bardzo ogólny scenariusz, ale cały czas pracowaliśmy nad tym tekstem. Cały czas odkrywaliśmy temat, rozmawaliśmy z ludźmi. Współpracowaliśmy z Gregorem Różańskim. Odkrywaliśmy cały czas coś nowego, co otwierało nam oczy. Ta historia z Wybickim jest prawdziwą wisienką na torcie.

Rave zadebiutuje na 20. edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Czy wiadomo już co dalej z filmem? Gdzie z nim jeszcze pojedziecie, kiedy dystrybucja?

DN: Z dystrybucją okaże się po festiwalu. Nie mamy dalszych planów festiwalowych, ale mam nadzieję, że lato będzie należeć do Rave’u. Jest to bardzo polski film, opowiada o polskiej kulturze. Mam nadzieję, że wszyscy w Polsce go zobaczą i się zjednoczymy. Zrobiliśmy z  Łukaszem coś naprawdę ciepłego i mądrego na poziomie humanistycznym. Jest to nasza wizja na pojednanie spolaryzowanego społeczeństwa.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.