FilmyKinoRecenzje

Chalamet jako Wonka. Czy do twarzy mu w czekoladowym cylindrze? [RECENZJA]

Jakub Nowociński
Materiały prasowe Warner Bros. Polska

Komponując kolejną interpretację opowieści o najsłynniejszym mistrzu czekolady, Paul King musiał przygotować się na prawdziwą konfrontację. Brwi krytyków zastygły w złowieszczym kształcie, gotowe do punktowania każdego mankamentu i potknięcia. Najpierw kultowa adaptacja Mela Stuarta, a następnie film Tima Burtona stworzyły obraz Willy’ego Wonki, który kurczowo przywarł do naszych umysłów. Już po pojawieniu się pierwszych zdjęć z planu zdjęciowego powątpiewający komentowali: „Ale po co to? Klasyki się nie rusza”. Wtem Timothée Chalamet rozpoczyna film musicalowym numerem, którym zaprasza nas w podróż do świata czystej wyobraźni. Choć jego welurowy, burgundowy frak i nieco przyniszczony cylinder z czekolady przypominają nam o kreacjach Wildera i Deppa, młody aktor od pierwszych scen wprawi w osłupienie każdego, kto wątpił, czy jest w stanie udźwignąć tą rolę. 

Przez lata przemierzał świat przez morza i oceany, a w międzyczasie udoskonalał swoje wyrobnicze umiejętności. Bez grosza przy duszy, z kiszkami grającymi marsza, wraca na ląd, by otworzyć swoje wymarzone czekoladowe imperium. Drogę do amerykańskiego snu przyświeca mu mgliste wspomnienie zmarłej matki (portretowanej przez Sally Hawkins). Melancholijny, pełen tęsknoty błysk w oku dodaje mu głębi, która sprawia, że nowy Wonka to coś więcej niż niepoprawny romantyk czy bujający w obłokach marzyciel. Chalamet czaruje, kokietuje widza i prezentuje postać, którą trudno porównywać z bohaterami stworzonymi wcześniej przez jego starszych kolegów. 

Wonka zostaje ofiarą bezwzględnej pani Scrubbit – wspaniała, przerysowana do granic możliwości Olivia Colman bawi się w najlepsze rolą właścicielki pensjonatu, która w zamian za nocleg zaprzęga Wonkę do niewolniczej pracy w pralni. Tam bohater poznaje Noodle, uwięzioną dziewczynkę, która prędko okazuje się jego bratnią duszą (w tej roli Calah Lane, której nutka fałszu zagrała zaledwie raz czy dwa). Jedną z kluczowych postaci filmu jest również Umpa Lumpa, w którego wciela się bezbłędny Hugh Grant. Mały, pomarańczowy ludzik z zielonymi włosami podąża za protagonistą i kradnie mu czekoladowe kulki w zemście za kakaowce, niegdyś zabrane przez niego z Umpalandu. 

Materiały prasowe Warner Bros. Polska

By wyzwolić siebie oraz towarzyszkę z udręki, Wonka musi spłacić dług, a tego dokonać może jedynie poprzez sprzedawanie czekolady. Na szczęście, dzięki swoim magicznym umiejętnościom oraz bezgranicznej zawartości cylindra ma przy sobie wszystko, co potrzebne do wytworzenia smakołyku. Problem w tym, że przemysł czekoladowy zdominowany jest przez trzech biznesmenów: Slugwortha, Fickelgrubera i Prodenose’a, którzy dla wzajemnego dobra interesów zawiązali biznesowy sojusz. To kreskówkowo przerysowani złoczyńcy, którzy nie pozwolą Wonce, by postawił krzyżyk na ich wieloletniej dominacji w branży. Pomagają im w tym miejscowi komendant i biskup, których łatwo przekupić czekoladowymi łakociami, co w pozornie błahej filmowej narracji nakreśla nienachalny przytyk w stronę skorumpowanych służb oraz kleru, a także bezlitosną krytykę łakomstwa. 

Dlaczego stare wygi tak bardzo boją się Wonki? Rzecz w tym, że Willy tworzy najlepszą czekoladę na świecie. Jej skosztowanie maluje uśmiech na twarzy i namawia kończyny do radosnego tańca. Poza tym główny bohater pichci swoje słodycze z domieszką magicznych sekretnych składników. Dodaje do nich chociażby miks porywistej burzy ze słonecznym dniem, włosy yeti czy mucholotki, dzięki którym każdy łakomczuch w mig wznosi się w powietrze. Paul King (odpowiedzialny wcześniej za obie części pociesznego Paddingtona) stworzył szalenie barwny, disneyowski świat, w którym za pomocą świetnie zrealizowanych efektów specjalnych niemożliwe staje się możliwe. I tak, tańczymy na dachu wieży, unoszeni przez pęk kolorowych balonów, wparadowujemy do zoo, by w pośpiechu wydoić żyrafę Adelajdę czy budujemy baśniową fabrykę, w której między rzędami japońskiej wiśni płynie rwąca, czekoladowa rzeka. 

Wonka, którego poznajemy w tym filmie, jest jeszcze naiwnym młodzieńcem, pełnym wiary w dobro ludzi i cieszącym się każdą chwilą dnia. To postać zupełnie inna, niż ta, którą poznaliśmy chociażby w filmie Tima Burtona. Dzięki temu nie popadamy w mroczne tony; choć bohater napotyka na swojej drodze wiele przeszkód, idzie naprzód tanecznym krokiem z melodią na ustach. Dosłownie. Wonka to mariaż familijnej obyczajówki, fantasy i musicalu, w którym już pierwsze dźwięki piosenki sprawiają, że wszyscy bohaterowie zaczynają wspólnie podśpiewywać i skakać w opanowanym do perfekcji układzie tanecznym. Przoduje oczywiście Chalamet, który absolutnie skradł moje serce. Aktor po raz kolejny udowodnił, że niestraszna mu żadna rola – ze swoją niezwykłą charyzmą sprawdza się zarówno dramatycznie, jak i komediowo, a w kapeluszu i zawiadackim uśmieszku Willy’ego Wonki zdecydowanie mu do twarzy.

Materiały prasowe Warner Bros. Polska

Oprócz realizacji świata filmowego, disneyowska jest tu również struktura. Mamy protagonistę, który chce tworzyć świat lepszym; antagonistów, którzy bezwzględnie chcą mu w tym przeszkodzić. Skrzydeł dodają Willy’emu wspomnienia o utraconym rodzicu, a ciężar tych emocji, być może zbyt przygniatający dla najmłodszego widza, starannie przełamywany jest humorem. Obsada filmu bazuje na absurdzie i żarcie fizycznym, dzięki czemu byłem w stanie wybaczyć scenarzystom kilka nieudanych dowcipów. Wszystko zmierza w kierunku ostatecznej, widowiskowej konfrontacji dobra ze złem, ukaraniu złoczyńców i nieco przydługiego zakończenia, a wszystko to jest hermetycznie zapakowane w burgundowo-złociste, błyszczące się pazłotko. 

Seans Wonki jest jak niecierpliwe odpakowywanie czekoladowego smakołyku z papierka. Jego zawartość może nieco przesłodzić, lecz nadal delektujemy się każdym poszczególnym składnikiem. Słony karmel – brawurowe realizatorskie widowisko. Wiśnie – cała masa fantazji i odrobina magii. I klucz do sukcesu, czyli czekolada najlepszej jakości – obsada, na czele z Timothéem Chalametem, mający na swoim koncie kolejną rolę, która przejdzie do historii jako kultowa. Po wyjściu z kina na usta cisnęło mi się jedno kluczowe słowo: uroczy. Ten film jest po prostu uroczy.

Korekta: Piotr Ponewczyński

Ocena

6.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.