FestiwaleMillennium Docs Against Gravity 2024Recenzje

Jestem echem murów. „Matka Vera” | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Jakub Nowociński
Kadr z filmu „Matka Vera”
Kadr z filmu „Matka Vera” / Mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Matka Vera jest filmem, który liczbę słów ogranicza do minimum. Cecile Embleton i Alys Tomlinson opowiadają ciszą i obrazem. A jest to obraz zrealizowany mistrzowsko.

Wizualnej uczty można było spodziewać się po nazwisku Tomlinson, laureatki Sony World Photography. Jej zwycięski zbiór zdjęć, zatytułowany Ex-voto, pokazywał wielu bohaterów, ale to fotografia Olgi najbardziej wżarła się w pamięć widzów. W jej oczach uwydatnia się chęć wyrażenia siebie, pragnienie opowiedzenia światu swojej historii. Pod habitem siostry zakonnej kryje się wewnętrzna walka, trwająca od dwudziestu lat, czyli od czasu wstąpienia do klasztoru. W monasterze pomaga mężczyznom, którzy zmagają się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, a w ich twarzach, jako była heroinistka, dostrzega lustrzane odbicie . To właśnie od tego zdjęcia wyszła opowieść, której możemy doświadczyć w filmie dokumentalnym Matka Vera.

W Oldze, lub Matce Verze, buzuje od trudnych doświadczeń, które domagają się wyzwolenia. Zamknięte w jej ciele i umyśle przez niemal dwie dekady, nigdy nie miały szans zostać wysłuchane i wybrzmieć. Nic dziwnego, w końcu życie duchowe kojarzy się z posługą i ciszą, która potrzebna jest do osiągnięcia metafizycznej syntezy czy integracji wykraczającej poza stan świadomości. Kontemplacja, medytacja, wsłuchiwanie się w siebie i wewnętrzny dialog z bogiem wypełniają codzienność siostry zakonnej. Dzięki zastosowanej w narracji oszczędności w słowach, widz staje się jednością z klasztorem, jego przestrzenią i pustką, echem odbijanym przez jego surowe mury oraz wychodzącej z nich refleksją.

Kadr z filmu „Matka Vera”
Kadr z filmu „Matka Vera” / Mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Życie Olgi nie zawsze jest jednak ciche. Embleton i Tomlinson zainteresowała nie tylko główna bohaterka, lecz cała społeczność klasztoru, jego rezydenci. W scenach ich spotkań do ekranu wlewa się niespodziewany szum, gwar, w którym poznajemy ich fascynujący mikrokosmos. To społeczność zupełnie osobna od reszty świata, posiadająca swoje własne reguły i folklor, dzięki czemu jako widz wkraczamy do czegoś kompletnie egzotycznego. Skąd w takim razie ta cisza? Może stąd, że los Olgi polega raczej na wysłuchiwaniu, niż na rozmowie. Przez dokładnie połowę swojego życia kolekcjonowała ludzkie traumy, a w obiektywie kamery nareszcie ma okazję opowiedzieć nam o swoich. Czyni to, odczytując swoje wspomnienia z offu.

Przeczytaj również:  „Trzeba zabić w sobie poczucie cringe'u” rozmawiamy z Pauliną Pecio, autorką komiksów i ilustratorką

Jej słowa są zdawkowe, ubrane w poetyckie porównania, lecz tną jak brzytwa. Nie jest to historia, której spodziewamy się usłyszeć od siostry zakonnej. W końcu dla przeciętnego człowieka życie sióstr jest kompletnie zmitologizowane, zawieszone gdzieś w niebycie pomiędzy sacrum i profanum. Zwierzenia bohaterki tworzą dysonans i malują zaskakujący portret osoby niewidzialnej, skrzętnie upchniętej pod mniszymi szatami.

Owa cisza może przeszkadzać znacznej części widzów. Spędzamy w niej ponad półtorej godziny, co okaże się nieznośne dla osób wymagających wielości bodźców i seansu wypełnionego dialogiem. Matka Vera wymaga od odbiorcy, aby pobyć z każdym słowem wypowiedzianym przez Olgę i odczuć jego wagę.


II

Zima. Czarno-biały obraz wydobywa z pory roku cały jej chłód, surowość krajobrazu, potrzebę schowania się do środka i poszukiwania ciepła. Melancholia istnienia obecna jest tu głównie w wizualiach, które są z pewnością największą siłą filmu. Kamera zabiera nas do zakamarków klasztoru, lecz mróz zdaje się przenikać przez jego mury i tworzyć nieprzyjemną atmosferę. Odskocznią od ponurych obrazów są chwile, w których Olga spaceruje po lesie, spędza czas ze swoją rodziną lub – przede wszystkim – z końmi. Na jej twarzy widzimy jednak nieustające oznaki podróży w głąb duszy.

Kadr z filmu „Matka Vera”
Kadr z filmu „Matka Vera” / Mat. prasowe Millennium Docs Against Gravity

Embleton i Tomlinson opowiadają historię obrazem, a także skupiają się na jego intensywnej estetyzacji. Mamy tu masę przybliżeń, obiektyw namiętnie skupia się na detalach i długo na nich zawisa. Podobnie, jak dźwięk (lub jego brak) daje widzowi przestrzeń do medytacji. Sunie niespiesznie, wpisując film w nurt slow cinema. Widzimy kunszt i poświęcony filmowi czas – mamy tu cały zbiór wyjątkowych kadrów, powstałych jako wynik długiego oczekiwania na jeden doskonały moment. Szczególnie zapadają w pamięć sceny ze zwierzętami, przyłapanymi w zabawnych sytuacjach, które wprowadzają do filmu zbawienną dawkę humoru.

Przeczytaj również:  Nasze ulubione filmy queerowe | Zestawienie z okazji Pride Month

Choć wybór czerni i bieli mógł wydać się pójściem na łatwiznę, by dodatkowo zestetyzować oraz skontrastować zdjęcia (kontrast między życiem zakonnym a poczuciem wyobcowania i kryzysem egzystencjalnym), pod koniec seansu okazuje się, że od początku miało to jasny cel: w pewnym momencie obraz staje się kolorowy. Jest to punkt zwrotny filmu, o którym nie mogę napisać, by nie zepsuć Wam seansu.

Z pewnością Matka Vera nie jest filmem, który spodoba się wszystkim. Składa się na to kilka czynników: niespieszność fabuły, ilość dialogów ograniczona do absolutnego minimum czy brak szerszego kontekstu i poznania backgroundu bohaterki. Rozkodowanie tak enigmatycznej, złożonej, a na dodatek małomównej postaci, okazuje się bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Nie musimy jednak jej rozumieć. Całość zbudowana jest na niedopowiedzeniach, a reżyserki zdają się mówić: po prostu patrz i czuj. Stań się jednością z echem klasztornych murów.

Korekta: Anna Czerwińska

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.