FilmyKinoRecenzje

„Civil War” – Czy tak wygląda przyszłość USA?

Jakub Nowociński
„Civil War” / Materiały prasowe Best Film i Monolith Films

Alex Garland to jeden z najciekawszych współczesnych twórców filmowych. Jego filmy są zawsze arthouse’owe, przesiąknięte symbolizmem i opowiadają o ludzkiej naturze: w zetknięciu ze sztuczną inteligencją w Ex Machinie, podczas zagłady kosmicznego porządku w Anihilacji czy rozprawiając się z toksyczną męskością i seksizmem w Men. Reżyser ponownie zaskakuje i sięga po zupełnie nową dla siebie tematykę: w swoim nowym dziele opowiada o wojnie domowej w Stanach Zjednoczonych, a film określono pierwszym blockbusterem od studia A24. Wielu przewidywało, że czeka nas opowiadający się po jednej stronie komentarz społeczny na temat obecnej sytuacji politycznej USA, w której dobrzy Demokraci i imigranci z południa walczą ze złymi Republikanami. U Garlanda nic nie jest jednak takie, jakie wydaje się na początku.

Druga wojna secesyjna. Amerykański rząd walczy z Siłami Zachodu na czele z Teksasem i Kalifornią. Czworo dziennikarzy przemierza kraj w drodze do Waszyngtonu, by przeprowadzić ostatni wywiad z prezydentem przed jego rychłą śmiercią. Lee (Kirsten Dunst) to doświadczona i uznana reporterka wojenna, Joel (Wagner Moura) – jej charyzmatyczny partner w zbrodni, Sammy (Stephen McKinley Henderson) – mentor i dziennikarz upadłego New York Times, a Jessie (Cailee Spaeny) – młoda, ambitna fotografka, która znajduje sposób, by podstępnie dołączyć do ekipy starszych kolegów.

Choć Civil War rozpoczyna się przebitkami strzelanin i eksplozji, nie powinno podchodzić się do niego jak do typowego filmu wojennego. Mimo że elementy tego gatunku są trzonem fabuły, Garland proponuje nam zupełnie inne doświadczenie. To dystopijna opowieść, w której kino akcji spotyka się z mięsistym thrillerem oraz – przede wszystkim – z filmem drogi.  Czas z bohaterami spędzamy głównie w podróży do Kapitolu; jedziemy z nimi samochodem, przez szyby spoglądając na zniszczone wojną Stany Zjednoczone. Podczas przejażdżki pojawia się przestrzeń na upragnioną chwilę oddechu, zanim akcja ponownie nabierze tempa przy najbliższym przystanku. Za każdym razem, gdy opuszczamy auto, czujemy podskórne napięcie, że gdzieś za rogiem czyha zło w postaci ekstremistów, nacjonalistów czy innych nieprzewidywalnych ludzi pochłoniętych horrorem wojny. Reżyserowi udało się genialne zbudować suspens za pomocą obrazu i dźwięku, dzięki czemu elementy dreszczowca trzymają na krawędzi fotela i wyostrzają zmysły.

fot. „Civil War”
„Civil War” / Materiały prasowe Best Film i Monolith Films

Zdjęcia Roba Hardy’ego, stałego współpracownika Garlanda, są absolutnie zachwycające. Każdy pojedynczy kadr został bardzo dokładnie przemyślany i uwydatnia doskonały warsztat operatorski, co momentami wręcz nie godzi się z okrucieństwem, które widzimy na ekranie. Estetyczne zdjęcia spotykają się z szalenie brutalnymi widokami, piękno flirtuje z gore. Kontrast ten koresponduje z jednym z głównych tematów filmu, czyli zobojętnieniem wobec zła. Na głównych bohaterach, reporterach wojennych, widok umierającego człowieka czy martwego ciała nie robi już wrażenia; to ich praca, codzienność, oddech. Efekt ten jest zbudowany na tyle silnie, że na początku seansu sam zadałem sobie pytanie – czy widok tego rodzaju przemocy może mnie w filmie jeszcze zaszokować? Czy media nie znieczuliły mnie już na cierpienie i ból? Na szczęście prędko okazało się, że nie do końca tak jest i dałem się emocjonalnie pochłonąć Garlandowi. Szczególnie, że w centrum postawił on wewnętrzne rozterki i skonfliktowane emocje człowieka w sytuacji kryzysowej.

Przeczytaj również:  TOP 10 najbardziej oczekiwanych filmów na Timeless Film Festival Warsaw 2024 [ZESTAWIENIE]

Efekt pozornego formalnego niedopasowania komplementuje soundtrack, gdy drastycznym obrazom towarzyszy spokojna, eksperymentalna muzyka skompletowana przez Geoffreya Paula Barrowa, instrumentalistę Portishead, który przemycił do filmu triphopowe brzmienie zespołu. Znakomite udźwiękowienie także zbudowane jest na kontrastach i odgrywa równie istotną rolę, co obraz. Igra się tu z gęstą ciszą, w której narasta napięcie, a zaraz po niej następuje okrutny hałas wystrzału karabinu, jadącego czołgu czy przedzierającego się przez powietrze helikoptera. Immersyjny odbiór potęguje IMAX, pod który Civil War zostało skrojone. W tym epickim widowisku ze scenami wybuchów, strzelanin i szturmowania Białego Domu nie ma jednak miejsca na zbędne efekciarstwo. Za sprawą precyzyjnej reżyserii każdy aspekt opowiada tu historię, w tym scenografia przedstawiająca kraj w ruinie i efekty specjalne, na które studio filmowe A24 przeznaczyło swój dotychczas rekordowy budżet, bo aż 70 milionów dolarów.

„Civil War”
„Civil War” / Materiały prasowe Best Film i Monolith Films

Scenariusz Garlanda podejmuje przede wszystkim dylematy związane z reporterstwem wojennym – czy w sytuacji bezprawia jest miejsce na kodeks etyczny? Na ile usprawiedliwione może być fotografowanie umierającego człowieka? Lee wierzyła, że obiektyw jej aparatu jest bronią („shoot” może oznaczać jednocześnie „strzelać” i „robić zdjęcie, kręcić”); fotografie – ruchem oporu. Gdy mimo wszelkich starań zło zdaje się pęcznieć, pojawiają się mechanizmy obronne, które pozwalają usnąć w nocy i odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Joel szuka w swoim zawodzie adrenaliny, u Lee pojawiła się znieczulica i nadmierna racjonalizacja. Naprzeciw niej postawiono postać zupełnie przeciwstawną – ambitną i pełną młodzieńczej werwy Jesse, która na krzywdę ludzką reaguje emocjonalnie. Bohaterki wzajemnie na siebie oddziałują – starsza mentorka uczy, jak zachować zimną krew niezależnie od okoliczności, a druga – jak dostrzegać piękno świata mimo wszechobecnej tragedii. Gdy jako widzowie jesteśmy świadkami przemiany Jessie, pojawia się pytanie: czy aby przetrwać, trzeba wyzbyć się części człowieczeństwa?

Kreacje aktorskie to kolejny z doskonałych elementów Civil War. W zasadzie wszyscy z czwórki głównych bohaterów prezentują Oscar-worthy role, które zapisują się jako jedne z najlepszych w ich karierach. Na pierwszym planie mamy oczywiście Kirsten Dunst, na której twarzy malują się znój i zmęczenie osoby, która swoje ostatnie lata spędziła na bezustannej walce. Wagner Moura prezentuje postać niezwykle ludzką, która przechodzi na ekranie przez najwięcej różnorodnych stanów emocjonalnych, wzlotów i upadków, szczęścia, smutku i gniewu. Najbardziej obnaża się w widzowi sytuacjach absolutnego strachu, gdy śmierć zagląda mu przez ramię, podobnie jak bohaterka Cailee Spaeny. Młoda aktorka nie tylko wspaniale kontrastuje z Dunst, lecz tworzy indywidualnie pełnoprawną, zniuansowaną postać i po raz kolejny udowadnia, jak wspaniale potrafi grać twarzą. Postać Stephena McKinleya Hendersona wprowadza do filmu humor, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Wyróżnia się także Jesse Plemons, który pojawia się tu na zaledwie jedną scenę, lecz zostaje w głowie na znacznie dłużej. To niezwykła umiejętność, by jednym, pozornie błahym zdaniem, tak mocno przyspieszyć oddech i wywołać ciarki na plecach.

Przeczytaj również:  „Zarządca Sansho” – pułapki przeszłości [Timeless Film Festival Warsaw 2024]
„Civil War”
„Civil War” / Materiały prasowe Best Film i Monolith Films

Sytuacja polityczna bohaterów filmu to dystopijna wizja przyszłości; bardziej czarnowidztwo niż faktyczny komentarz obecnej sytuacji politycznej USA. Mamy tu prezydenta zamordystę oraz skrajnie spolaryzowane społeczeństwo, którego członkowie nie dzielą się już na demokratów i republikanów, lecz na dobrych i złych Amerykanów. Nie mówi się, dlaczego wojna amerykańsko-amerykańska wybuchła. Nie skupiamy się na poglądach i ideologiach, które rządzą każdą ze stron, w zasadzie nie wiemy nawet, o co walczą. Możemy sobie to jedynie dopowiadać, co doprowadziło do dezintegracji narodu, lecz w filmie (oprócz prezydenta, zarysowanego na wyraźnego antagonistę, który występuje jednak w zaledwie dwóch scenach) mamy do czynienia po prostu z ludźmi, którzy mierzą się z koszmarem wojny. „Kto wydaje wam rozkazy?” – w jednej ze scen Joel zadaje pytanie celującym z karabinu żołnierzom. „Nikt nie wydaje nam rozkazów. Oni chcą zabić nas, więc my próbujemy zabić ich” – odpowiada jeden z nich, podkreślając banalność wydarzającego się zła. Kat staje się ofiarą, a ofiara katem. Nie ma wygranych tej sytuacji. W  tej jednej wymianie zdań wybrzmiewa wielka, uniwersalna prawda o bezsensie wojny.

Jeśli Lee jako reporterka wojenna chciała wysyłać sygnał: „nigdy więcej”, Alex Garland czyni swoim filmem dokładnie to samo. Wybrzmiewa jego pacyfistyczny protest, nawet jeśli dobrze wiadomo, że zło będzie wydarzać się dalej. Civil War pod płaszczem filmu wojennego skrywa przede wszystkim humanistyczne spojrzenie na człowieka w sytuacji zagrożenia. To kino, które silnie oddziałuje emocjonalnie (tak długo, jak nie pojawi się w nas znieczulica na krzywdę), jednocześnie jest bardzo inteligentne. Nie jest to film szalenie arthouse’owy, który staje się nieczytelny, lecz proponuje kilka bardzo trafnych, wręcz poetyckich metafor. To artystyczne kino środka; dzieło kompletne, intensywne przeżycie filmowe, które wżera się w mózg, boli pod żebrami i zachwyca audiowizualnie.

Korekta: Piotr Ponewczyński

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.