48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFestiwaleFilmyStreaming

„Freestyle”, czyli trochę bracia Safdie, trochę mumble rap [RECENZJA]

Jakub Nowociński
fot. "Freestyle" / mat. prasowe Netflix

W ostatnich latach Maciej Bochniak przoduje w tworzeniu polskiego kina gatunkowego, polaryzując przy tym widownię i krytyków jak niemalże nikt inny. Disco Polo eksperymentowało z formą, składając hołd oklepanym filmowym środkom wyrazu i miksując je z komedią opartą na autoironii i kiczu w trybie turbo. Magnezja była mariażem westernu z kinem gangsterskim, tkwiącym po uszy w slapsticku i pastiszu. Oba te tytuły znalazły swoich zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników, rodząc skrajne opinie. Czy podobnie będzie z kolejnym tytułem reżysera? Ponownie sięga on po nową dla siebie formę, tym razem w nurcie kina sensacyjnego – jak poradził sobie, opowiadając o ulicznym raperze, zamieszanym w mafię narkotykową? 

Diego (Maciej Musiałowski) niedawno wyszedł z odwyku i wraz ze swoim najlepszym kumplem, Mąką (Michał Sikorski), nagrywa debiutancką płytę. Pracy nie uda się jednak dokończyć bez sporej ilości gotówki. Żeby ją zdobyć, bohater sięga po najbardziej znane sobie źródło dochodów. Wiezie na granicę ze Słowacją dwa kilogramy kokainy, jednak transakcja kończy się totalną katastrofą. Rozpoczyna się seria niefortunnych zdarzeń i półtoragodzinna jazda bez trzymanki, mocno czerpiąca z biograficznej Ósmej mili i kina braci Safdie.

Sięgając po Freestyle, nie do końca wiedziałem, czego mam się spodziewać. Myślałem, że główną osią fabuły będzie niespełniony raper, który stawia pierwsze kroki w muzycznym świecie; artysta, poszukujący ujścia dla swoich inspiracji pomimo mrocznej przeszłości i licznych przeciwności losu. Prędko okazało się jednak, że rap jest tylko dla tłem opowieści gangsterskiej i wątkiem, którego jedyną istotną funkcją jest zainicjowanie biegu wydarzeń. W dalszej części filmu niekiedy jeszcze powraca, lecz generalnie osuwa się w cień na rzecz pędzącej na łeb na szyję akcji. Powrót na stare, dealerskie śmieci zwiastuje jedno brawurowy pościg, który już do końca seansu nie pozwala widzowi na choćby chwilę oddechu. 

fot. “Freestyle” / mat. prasowe Netflix

Filmowy świat jest starannie wykreowany. Kraków namalowano w zupełnie innej palecie barw niż ta, którą znamy z pocztówek ze smokiem wawelskim. To miasto, którym rządzą ludzie zdegenerowani, brutalni, źli do szpiku kości. Wszyscy porozumiewają się tu ulicznym żargonem, który o dziwo brzmi dość naturalnie, choć obawiałem się zażenowania gangusowo-raperskim slangiem. Trapowym, tłustym bitom co jakiś czas towarzyszy dźwięk łamanych palców i kopniaków wymierzonych w brzuch.

Zaglądamy z bohaterami na zaplecza meliniarskich klubów, do pralni pieniędzy lub do luksusowych willi mafijnych starych wyg. Wszystko jest tu zbudowane na nielegalnych fundamentach, a w powietrzu unosi się zapach zaschniętej krwi i koksu. W każdym momencie może wbić policja, a jeśli bohaterowie będą mieli nieco więcej szczęścia, to skończy się najwyżej na kulce w łeb, sprzedanej komuś przez przygłupiego bandziora. Ci są bowiem na wskroś stereotypowi kierują nimi osobiste motywy, nie mają nic do stracenia, a decyzje podejmują zawsze pochopnie i nie zważając na konsekwencje.

Dziwiło mnie, jak dobrze w tym drapieżnym świecie odnajduje się protagonista. Z jednej strony wydaje się zagubiony, z drugiej całkowicie przesiąknięty taką rzeczywistością. Twórcy próbują przekonać, że chce z nią skończyć raz na dobre, lecz on nieustannie się w niej zanurza. Jest od niej uzależniony, choć to nałóg zupełnie inny niż ten Mąki, od dragów i hazardu. To potrzeba skrajnych emocji, ekstremalnych przeżyć, życia na krawędzi. Diego może pozwolić sobie na wiele, bo gangsterkę wyssał z mlekiem matki. Momentami trudno było mi uwierzyć w nieograniczony respekt na dzielni, który pozwalał mu niczego się nie bać; immunitet, który przysługiwał mu po ojcu. I być może kupienie tej postaci nie byłoby tak łatwe, gdyby nie Maciej Musiałowski, który tchnął w nią pokłady lekkości i naturalności. Aktor wchłonął język bohatera jak gąbka i opanował go do perfekcji, nie pozwalając na wkradnięcie się choćby odrobiny fałszu.

W tym filmie nie ma sensu doszukiwać się głębi, ukrytej pod płaszczykiem akcyjniaka. Fabuła nie jest skomplikowana i często posiłkuje się uproszczeniami. To kino rozrywkowe, nastawione na efekciarstwo i prostą, dobrą zabawę, którą czuć po obu stronach kamery. To jasne, że Bochniak marzył o zrobieniu takiego filmu tak samo, jak jego bohater o wydaniu swojej pierwszej płyty. I jest to aspekt, którego nie mogę pominąć w ocenie reżyser nie boi się eksplorować nieznanych sobie gruntów, a jednocześnie nie przystaje na robienie tego na pół gwizdka. Jeśli wchodzi w świat gangsterki, to robi to pewnym krokiem, odrobiwszy lekcje. Potyka się parę razy na innych płaszczyznach, lecz nie można odmówić mu realizatorskiej spektakularności.

fot. “Freestyle” / mat. prasowe Netflix

We Freestyle nie pochylono się nad wewnętrznym stanem postaci. Gdyby miały być one rapowym kawałkiem, to w gatunku mumble rap ich motywy są płytkie i nieco niezrozumiałe, a na koniec dnia i tak nie ma to szczególnego znaczenia. Widz musi na siłę wyrywać skrawki informacji na ich temat w dialogach, zasłyszanych pomiędzy którąś z ucieczek, strzelanin czy bijatyk na gołe pięści. Nie zbliżamy się do nich, przez co heist movie nie niesie ze sobą emocjonalnego ładunku. Bez większych emocji obserwujemy, jak bohater w dynamicznym montażu pędzi ulicami Krakowa z jednego punktu do drugiego, próbując wyrwać się z labiryntu tarapatów. Wpadamy w wir akcji, relacje między stronami konfliktu zmieniają się, a czasem pojawia się nawet nadzieja na wyrwanie się z niedoli. Wtedy w lusterku samochodu pojawia się kolejny podejrzany samochód i pościg rozpoczyna się na nowo. 

Doceniam chęć do stworzenia w Polsce filmu sensacyjnego z prawdziwego zdarzenia. I choć widać, że ambicje były wysokie, twórcom nie udało się uniknąć kilku potknięć. Czy film spolaryzuje widownię? Być może w pewnym stopniu tak, ale to z pewnością bezpieczniejszy tytuł niż poprzednie dzieła reżysera. Jako kino akcji Freestyle radzi sobie dość dobrze i przywodzi na myśl filmy bracia Safdie, jednak w tym wszystkim brakuje emocjonalnej więzi z bohaterami. Bochniak po raz kolejny udowadnia, że samo serce nie wystarcza. żeby stworzyć dobre dzieło. 

Korekta: Kamil Walczak

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.