KinoRecenzje

“Bracia ze stali” – O klątwie rodziny von Erich [RECENZJA]

Jakub Nowociński
fot. "Bracia ze stali" / mat. prasowe Gutek Film

Los nie był łaskawy wobec członków rodziny Von Erich. Choć zapisali się na kartach historii jako legendy świata wrestlingu, od zawsze naznaczeni byli klątwą. Na początku podchodzili do niej sceptycznie, wierząc, że okaże się jedynie zabobonem. Z czasem przekleństwo zaczęło zatruwać ich umysły, zanieczyszczać system immunologiczny, wprowadzać do życia mrok. Czym tak naprawdę była rodzinna klątwa?

Teksas, lata siedemdziesiąte. Fritz Von Erich nigdy nie zdobył upragnionego mistrzowskiego pasa. Czasy jego świetności bezpowrotnie przeminęły, a swoje niespełnione ambicje postanawia zrealizować dzięki synom. Zaprzęga ich do katorżniczej pracy, a z ogniska domowego tworzy prawdziwą korporację – poprzez przykładny trening oraz dobre sprawowanie można w niej awansować lub spaść o kilka szczebli niżej. Ojciec prowadzi nawet ranking swoich synów. Zapewnia przy tym, że kolejność w zestawieniu w każdym momencie się zmienić – zależy to jedynie od nich samych. Kevin jest najstarszym z braci i zdaje się, że to właśnie on ma szansę na największą karierę wrestlingową. Kerry przygotowuje się do udziału w igrzyskach olimpijskich, David nieco blednie w cieniu zdolnych starszaków, a najmłodszy Mike to prawdziwa czarna owca –  trzyma się z daleka od bitek, a w jego duszy gra muzyka. Korporacją rodziny Erichów rządzą dwie religie: wrestling oraz katolicyzm, narzucony przez Doris, matkę chłopców. Komplementują się, nie walczą ze sobą, lecz wszyscy wiedzą, która wiara jest sztandarem.

Wyznania Erichów mają swoje insygnia: krzyżyk, wiszący na ścianie w salonie, oraz ring. Ujęciem na ten drugi rozpoczyna się film. Obserwujemy go gdzieś z odległego miejsca na trybunie, w czerni i bieli, gdy powoli wyłania się z ciemności, kąpany w świetle reflektorów. Od razu wiadomo, że mamy w tym obrazie dostrzec cnotę większą niż życie, strefę zarówno profanum, jak i sacrum. To tu wszystko się rozpoczyna, ring inicjuje bieg wydarzeń i sytuacje życiowe naszych bohaterów. Już pierwsza walka, która się na nim odbywa, jest szalenie intensywna. Zdjęcia Mátyása Erdély’ego, operatora Syna Szawła czy Gniazda, poprzedniego filmu Durkina, bez efekciarskich zabiegów stawiają na funkcjonalne komplementowanie opowieści oraz wrestlerskich spektakli. Fizycznie niemal odczuwamy każdy cios pięści w szczękę, drgnienie mięśni, upadek na twardą posadzkę oraz litry potu lejące się z ciał zawodników. Finalnie jednak scen z choreografią walki nie ma w filmie tak dużo, jak się spodziewałem. Stanowią one jedynie tło dla fabuły, w której znacznie ważniejszą rolę gra to, co dzieje się w domowym zaciszu rodziny Erichów.

fot. “Bracia ze stali” / mat. prasowe Gutek Film

Absolutnie zakochałem się pierwszej połowie filmu, w której poznajemy bohaterów oraz zależności rządzące ich światem. Sean Durkin, który nie tylko wyreżyserował film, lecz napisał też jego scenariusz, rozpoczął swoją opowieść świetnym tempem i doskonałą kalkulacją dramaturgicznej ciężkości przeplatających się wątków. Opierają się one na kontraście między wydarzeniami na ringu i wiejskim życiem czwórki braci. Ich realiami rządzi dualizm: z jednej strony to świat krwi i potu (nigdy łez), z drugiej – świat pozornej sielanki i bezwarunkowej braterskiej miłości.

Przeczytaj również:  Nasze ulubione soundtracki do gier – zestawienie Filmawki

Każda ze scen w filmie ma swoje eksplicytne zastosowanie w budowaniu historii i przedstawianiu dynamiki rodzinnych relacji. Sens skrywa się często pod powierzchnią wydarzeń z pozoru błahych. Bohaterowie wydają się szczęśliwi spełniając zachcianki ojca, dziękują za każde z postawionych przez niego wyzwań. Nie wypominają mu narcyzmu czy obsesyjnej natury, nie sprzeciwiają się autorytaryzmowi. W swoim domu zostali nie tyle wychowani, co wytresowani. To po prostu ich rzeczywistość; bezgranicznie się wspierają, stanowią wzajemną motywację do przezwyciężania ograniczeń cielesności, a po treningach znajdują czas na zwyczajne, czułe braterskie przepychanki. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Biorąc pod uwagę twardą rękę ojca, momentami aż trudno uwierzyć w ich umiejętność wyrażania uczuć. Pozornie są drapieżnikami, maszynami do zabijania, w środku – bezradnymi chłopcami, których pozbawiono dzieciństwa.

Jeśli nie znacie historii wrestlingowej rodziny, nie zmieniajcie tego przed seansem, by dać zaskoczyć się kilku solidnym plot twistom. Przed obejrzeniem filmu nie wiedziałem nawet, jak wyglądają realni bracia Von Erich. Najlepszymi decyzjami castingowymi przez pryzmat fizycznego podobieństwa są zdecydowanie Harris Dickinson w roli Davida oraz Stanley Simons jako Mike. O tym drugim nieczęsto mówi się przy okazji promocji filmu czy nawet w jego opisach. To najmniej doświadczony aktor z gwiazdorskiej obsady, jego pomijanie wydaje mi się jednak totalnie nieodpowiednie. Postać Mike’a jest równie istotna, co reszty braci. Aktor ma w sobie odpowiednią lekkość i frywolność, dzięki którym doskonale sprawdza się w roli najmłodszego, nieco naiwnego brata, który ma jeszcze kilka ostatnich chwil, by patrzeć na świat przez różowe okulary. Zamiast ćwiczyć na prywatnym ringu ojca w ogrodzie, woli spędzać czas na garażowych próbach licealnego zespołu. Mimo że gra na kilku instrumentach i dostaje propozycję koncertu, to odmienne zainteresowanie postrzegane jest wyłącznie jako faza, która niedługo przeminie. Jedno słowo ojca i Mike przywdzieje trykot zapaśniczy.

Kerry, pierwszy w rankingu ojca, stanowi jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci, jednak kreacja Jeremy’ego Allena White’a nie zapada w pamięć. Brat wraca do domu pod koniec pierwszej połowy filmu, gdy jesteśmy już zżyci z pozostałą trójką; nie mamy szans poznać jego postaci tak dobrze, jak reszty. Znacznie wyraźniej wspominam Dickinsona, który do perfekcji opanował rolę przyjaznego quasi-patusa. Jestem świadomy, że ocenianie moralności zachowań bohaterów nie ma sensu, ponieważ cztery ściany dysfunkcyjnego świata, w którym żyją, są jedynymi, jakie znają. Aktorzy spisali się na medal, momentalnie zyskując naszą sympatię – ani na chwilę nie przestajemy im kibicować. Tworzą oni między sobą chemię, wzajemnie się uzupełniają, współpracują, a efektem tego teamworku jest niesamowicie naturalny portret rodzinny. Nikt nie próbuje tu nikogo przyćmić ani zagrabić sobie pełnej uwagi widza. Szarżuje jedynie Zac Efron w kreacji Kevina. Aktor na swoich barkach niesie emocjonalny ciężar filmu – w poruszających scenach mierzy się ze stratą, depresją, a nawet wykorzystuje morderczy trening jako formę samookaleczenia.

Przeczytaj również:  W mroku antologii – Detektyw: Kraina nocy [RECENZJA]
fot. “Bracia ze stali” / mat. prasowe Gutek Film

Funkcję antagonisty przyjmuje ojciec (Holt McCallany), którego jedyną formą komunikacji jest wygłaszanie patetycznych przemów motywacyjnych. Bardzo szybko zaczynają one irytować, osiągając tym samym swój cel. Obecność matki (Maura Tierney) w domu Erichów jest podobna do obecności Boga czy wiszącego na ścianie krzyżyka: zawsze jest gdzieś z boku, lecz nie ma istotnego wpływu na życie swoich synów. Nie wydaje się zahukana przez męża, nie pada ofiarą bezpośredniej przemocy, jest jednak ofiarą patriarchatu – już dawno poddała się w walce o miejsce w domowej hierarchii. Choć życie podporządkowuje karmieniu dzieci, nie jest typową figurą matki. Swoje rodzicielskie obowiązki wypełnia z chirurgiczną precyzją, używając białej rękawiczki, nie wiąże się z tym matczyna emocjonalność.

Mniej więcej po godzinie trwania filmu, na moment przed pierwszą tragedią, która spotyka rodzinę Erichów, zaczynamy odczuwać oddech pośpiechu osiadły na karku scenarzysty: płynność i staranność w budowaniu fabularnego wydźwięku każdej sceny zastępują dynamiczne montaże oraz przeskakiwanie z jednego wątku w drugi. Prawdziwą klątwą rodziny okazuje się oczywiście jej nestor. Sukcesy synów doprowadzają rodzinę do ruiny, a ich organizmy nie wytrzymują ojcowskiej eksploatacji. Złamane są ciała, złamane są charaktery. Interesująca jest zmiana w dynamice braterskich relacji: na początku sportowa rywalizacja między rodzeństwem opiera się na wzajemnym wsparciu, z czasem jednak każdy chce zgarnąć dla siebie jak największy kawałek tortu.

Po obejrzeniu zwiastuna filmu obawiałem się, że streszczono mi jego całą fabułę. Okazało się jednak, że skrywa znacznie bardziej rozbudowaną historię. To spory wycinek z życia rodziny Von Erich, pełnego wzlotów i upadków; trudno opowiedzieć go linearnie w dobrym tempie, co w pierwszej połowie udało się niemal bezbłędnie. Następnie scenariusz potyka się parę razy, by wrócić na odpowiedni tor dopiero w zakończeniu filmu. Mimo że próbuje ścisnąć widza za gardło i trzymać go w emocjonalnym uścisku, nigdy nie dociera do autentycznej głębi uczuć portretowanych postaci. Jest nieporadny w sentymentalnych tonach, posługuje się trącącymi kiczem środkami, o których nie mogę napisać wprost. Ich celem jest wywołanie w odbiorcy konkretnej reakcji – szkoda, że tak niesubtelnie. Nie lubię, gdy wprost mówi mi się, co mam czuć.

Widać tutaj serducho Durkina, wieloletniego fana wrestlingu, do dziejów rodziny Von Erich. Czasem działa to na korzyść filmu, innym razem okazuje się jego własną klątwą. Reżyser wydaje się zbyt związany z tą historią, by na chłodno ocenić, które jej elementy będą dla widza najbardziej interesujące. Często odwraca obiektyw kamery od najboleśniejszych momentów, nie zagłębia się w trudne emocje bohaterów, a jedynie buduje atmosferę wszechogarniającego smutku, która chwilami wydaje się pusta w środku. Znacznie lepiej Durkin porusza się w brawurowej pierwszej połowie opowieści, gdy pozwala sobie na dużo większą dawkę luzu.

Korekta: Zuzia Ledzion

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.