48. Festiwal Polskich Filmów FabularnychAktualnościWywiady

“Mówili, że jestem nienormalna”. Rozmawiamy z Leną Górą

Jakub Nowociński
Gala zakończenia 48. FPFF w Gdyni / fot. Anna Bobrowska

Z Leną Górą rozmawiałem ostatniego dnia 48. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Gdyni. Wszyscy obejrzeli już konkursowe produkcje i obstawiali przyszłych laureatów statuetek (choć naturalnie dyskusje te trwały już od poniedziałku). Kilka godzin później rozpoczęła się wielka, uroczysta gala, a aktorka stanęła na scenie Teatru Muzycznego dwukrotnie: najpierw, by odebrać nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą, a następnie Srebrnego Lwa za Imago.

Górze film ten jest niezwykle bliski: zagrała w nim główną rolę, wraz z Olgą Chajdas (również reżyserką) napisała do niego scenariusz, a opowieść została zainspirowana… życiem jej matki. Historia rozpoczyna się w późnych latach osiemdziesiątych. Rewolucja zbliżała się wielkimi krokami, lecz Polskę nadal spowijały mroczne odcienie PRL-u. Lena “Malwina” Góra była młodą kobietą, która w tej szarej rzeczywistości poszukiwała barw; pragnęła żyć na własnych warunkach. Przez wielu uważana była przez to za niesubordynowaną, wręcz obłąkaną, lecz udało jej się odnaleźć ludzi podobnych do siebie – buntowników, outsiderów, anarchistów. Grała w zespole Pancerne Rowery, który współtworzył trójmiejską scenę alternatywną. Imago to postpunkowy dramat psychologiczny, opowiadający o głodzie wolności, więzi matki i córki, artystycznym wyzwoleniu i cielesności.


Jakub Nowociński: W Imago wcielasz się w Elę, postać stworzoną na podstawie życia Twojej matki. Jakie emocje i wyzwania wiązały się z tą rolą?

Lena Góra: Chyba nie da się na to odpowiedzieć. Bo tak szczerze to sama nie wiem. Jest to do tego stopnia niesamowite, psychodeliczne, wielowymiarowe wydarzenie, że sama do końca nie wiem. Może kiedyś zrozumiem, co to było i co się w ogóle wydarzyło.

Twój ojciec jest malarzem, mama współtworzyła trójmiejską scenę artystyczna. Jak to jest być dzieckiem z tak artystycznego domu?

TAK artystycznego! ( śmiech) Nie wiem, to na pewno ma swoje plusy i minusy. Ważna jest wolność, którą artyści niezwykle cenią, a także dają. Wychowałam się praktycznie śpiąc na obrazach mojego ojca, w jego studiach. W naszym domu cały czas byli ludzie, pili wino, rozkminiali. Dużo czytało się też książek, słuchało muzyki, rozmawiało. To spowodowało, że pewnie miałam szeroki zakres inspiracji. Oczywiście były też tego minusy, takie jak niestabilność, brak bezpieczeństwa, chaos, za dużo imprez. Artyści często są nieogarnięci.

fot. „Imago”
fot. „Imago” / mat. prasowe FPFF w Gdyni

Powiedziałaś o wolności, którą dostałaś. Czy w pisaniu scenariusza do Imago miałaś totalną wolność artystyczną czy była w tym jakaś ingerencja Twojej mamy? W końcu to jej historia, ale też wasza wspólna.

Wolność, oczywiście. Inaczej bym tego nie robiła. Nie jestem zainteresowana głaskaniem kogokolwiek, a zwłaszcza siebie. Po co to komu? W filmie nie ma żadnej laurki. Nie próbowałam nikogo gloryfikować, ani obrazić, chciałam tylko mówić prawdę. Autentyczność jest dla mnie cholernie ważna.

A chciałaś jakoś skonfrontować się ze swoimi rodzicami, rozliczyć się z przeszłością?

Właśnie totalnie nie chodzi o rozliczenie się. Ani o mnie w ogóle. Od tego jest terapia. Użyczyłam swojej historii jako platformy. Czuję się ogromną szczęściarą, że mam tak mądrą i świadomą rodzinę, która mi tego nie zabroniła. A ta platforma musiała być autentyczna, żeby zadziałać, zaprosić widza do zrobienia czegoś podobnego, czyli spojrzenia na nowo na siebie, na swoją rodzinę, być może wybaczenia. Spojrzenia na swojego ojca i na swoją matkę jako na osoby, na ludzi, a nie jako “funkcja mama”, “funkcja tata”. Jeśli to zrobimy, być może nagle okaże się, że możemy im wybaczyć i uwolnić się od wieloletniej traumy oraz wytykania im palcami wszystkiego, co zrobili źle.

Jednak odbijamy się w jakiś sposób w naszych rodzicach. Widzisz to na co dzień w pracy artystycznej? Widzisz w sobie tą alternatywną punkówkę?

Alternatywną punkówkę? Boże, jakie to groteskowe. Chciałabym, żeby bycie otwartym, ciekawym świata, nieoceniającym innych i wolnym nie było już alternatywą. W tym momencie niestety coś tak oczywistego wydaje się rebelią… Jako społeczeństwo mamy jeszcze w sobie bardzo dużo blokad, stresów, wstydu, strachu. Tylko my stoimy sobie na drodze do radości, miłości i wolności. Do lepszej zabawy w to życie. A my tak bardzo boimy się oceny publicznej i sami oceniamy. Uważam, że jest to kretyńskie i faktycznie swoją postawą chcę zachęcać ludzi do tego, żeby przestali się bać tego, co ktoś o nich powie, jak wypowiedzą się za głośno albo powiedzą coś, na co nie wszyscy są gotowi.

Ela Góra / Materiały archiwalne z kolekcji Leny Góry

Ten film ma niezwykle feministyczny wydźwięk, dekonstruuje rolę kobiety jako matki.

Dekonstruuje rolę kobiety jako matki, kobiety jako kochanki, kobiety jako szaleńca, kobiety jako artystki. Pokaż mi choć jedną kobietę, która jest perfekcyjna tak jak chciałoby tego społeczeństwo i tak jak często kino to niestety przedstawia. Kobiety są bardzo różne: psychodeliczne, trudne, dziwne, mocne, dzikie, też zagubione. I to jest właśnie najpiękniejsze, perfekcyjne.

Myślę, że przez to wiele osób będzie oceniało ten film jako krytykę Twojej matki, a tak nie jest. To po prostu kompleksowa postać, człowiek z krwi i kości ze wszystkimi wadami i zaletami.

Niech sobie oceniają. I siedzą w swoim strachu i ocenie innych i się na pewno świetnie bawią. I jedzą czipsy pisząc komentarze na fejsie. Pozdrawiam ich serdecznie i zapraszam do zabawy w życie, a nie ocenianie.

Nie przeszkadza Ci to?

Jedna osoba nazwie ją szaloną, a druga genialną. Z Olgą [Chajdas, reżyserką filmu – przyp. red.] pokazujemy ludzką wrażliwość i różne grupy społeczne, które się spotykają i orbitują niczym planety dookoła Eli, tej kosmicznej matki. To bardzo różne grupy: od punków i innych artystów po bardzo prostą katolicką rodzinę, z której pochodzi. Każdy w bardzo inny sposób orbituje i z różną wrażliwością może spojrzeć na ten sam temat. To jest również film właśnie o ludzkiej wrażliwości.

Przeczytaj również:  „Rave” to ich wizja na pojednanie społeczeństwa. Rozmawiamy z Dawidem Nickelem i Łukaszem Rondudą

Wrócę do tematu umieszczania kobiet w różnych rolach i funkcjach. Spotykasz się z tym na co dzień? Jest ci to bliskie doświadczenie?

No pewnie. I kobiet, i mężczyzn. Mężczyzna przecież musi być silny, niezłomny i zawsze twardy! Ech. Mnie próbowano zaszufladkować, od kiedy pamiętam. Mówili, że jestem nienormalna. Nienormalna, czyli szalona. Zawsze zastanawiam się, co to znaczy normalna? Normalna mama, tata, dzieci, rodzina, biały płot, obiad o piętnastej i wieczorne wspólne oglądanie telewizji, a później spać. To jest normalna rodzina?

Lena Góra i Ela Góra / Materiały archiwalne z kolekcji Leny Góry

Wsadzamy się w te wszystkie nazewnictwa i szufladki, a później się w tym dusimy. Jak myślisz, skąd się to bierze?

Z potrzeby bezpieczeństwa. Kiedy społeczeństwo nazwie sobie te normy, to w tym normach może poczuć się bezpiecznie. Jesteśmy bezpieczni, bo nie jesteśmy dziwni, nigdzie się nie wychylamy, jesteśmy w grupie. A jak nagle jedna osoba wychyla się z tej grupy, to staje się nienormalna, czyli dziwna, być może po prostu bardziej otwarta, przebudzona, świadoma, albo po prostu INNA. My się boimy innych. Na granicy to w ogóle są inni i widzimy, co się na tych granicach dzieje. To się wszystko bierze stąd, że boimy się inności. To strach przed obcym.

Czy w Twojej karierze aktorskiej ważna była przynależność do grupy?

Nie wiem, ja nie przynależę do żadnej grupy. Od kiedy w szkole byłam bardzo mocno gnojona przez koleżanki, takie mean girls, w gimnazjum koszykarskim tutaj, w Sopocie. Od tego czasu stwierdziłam, że w grupie mnie nie chcą. I dzięki Bogu, że mnie tak zgnoiły, bo chwilę później zadarłam kiecę i pojechałam dalej. Może nie bezpośrednio przez nie, ale od tego czasu już nie przynależę do żadnej zbiorowości.

No właśnie, wyprowadziłaś się za granicę. Najpierw był Londyn, później Nowy Jork i Los Angeles. Jak życie tam ukształtowało Twoja drogę artystyczną?

Pewnie bardzo. Ktoś się mnie zapytał czy bardziej czuje się Amerykanką czy Polką. Ostatnio uświadomiłam sobie, że tak samo nie czuje się ani Amerykanką, ani Polką. Nawet to że niby jestem „ziemianką” jest dla mnie raczej absurdalne. Ameryka mi bardzo dużo dała, opiekowała się mną. Mam amerykański paszport, zainspirowali mnie amerykańscy twórcy, czułam tę amerykańską wolność i siłę. Z kolei kiedy przyjeżdżam do Polski, czuję się jak w domu. Może to jakaś odpowiedz na to pytanie.

fot. “Roving Woman” / mat. prasowe Galapagos Films

Jakie były różnice między pracą nad Imago a Roving Woman?

Przede wszystkich Roving Woman było bardzo małą produkcją, ja też ten film produkowałam. Razem z reżyserem Michałem Chmielewskim stworzyliśmy razem scenariusz. Kręciliśmy na amerykańskiej pustyni. Cała polska ekipa przyjechała do mnie do Stanów, na moją ziemię, a ja prowadziłem ten statek. Opowiadaliśmy coś, co sama chciałam opowiedzieć, co swoimi oczami oglądałam przez lata, kiedy tam mieszkałam. Jeździłam samochodem po kalifornijskiej pustyni i marzyłam o nakręceniu tego filmu. Ten plan był spełnieniem marzeń. A Imago to zupełnie inna historia – profesjonalny, duży plan, o poważnym budżecie, koprodukcja trzech krajów [polska, czeska i holenderska – przyp.red]. Zupełnie inny sposób tworzenia.

Jak to jest stanąć na tej gdyńskiej scenie Teatru Muzycznego, kiedy dostajesz od widowni owacje przed filmem? Czy jest to dla Ciebie zwieńczenie swojej drogi, podróży życia?

Tak. Ta Gdynia to nie jest tylko Imago. To jest też Roving Woman, to jest też Król. Gdynia jest dla mnie tym wszystkim, co było dla mnie ważne od jakiegoś czasu, tak naprawdę od czasu, kiedy Piotr Bartuszek [reżyser obsady Króla – przyp. red.], Aurum, producenci, Jan Matuszyński zaprosili mnie do tego serialu. Po raz pierwszy od dawna przyjechałam wtedy do Polski, było to jakieś sześć lat temu. Wydaje mi się, że teraz ten festiwal jest zwieńczeniem tej całej mojej drogi. Czuję. że to jakiś taki festiwal-wigilia. Taka ostatnia scena w amerykańskim filmie, w której wszyscy się zjeżdżają i przytulają. Czuję, że to koniec pewnego etapu i początek nowego. I ogromnie jestem za to wdzięczna. Sobie i wszystkim, którzy mnie do tej pory wsparli.

korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.