„Femme” – W potrzasku homofobii [RECENZJA]
Jules (Nathan Stewart-Jarrett) mieszka w Londynie, ma grupę wspaniałych przyjaciół, a wieczorami spełnia się scenicznie w roli drag queen. Jako pełna seksapilu femme fatale nosi wdzięczne imię Aphrodite Banks i wprawia tłum queerowego klubu w istny zachwyt. Pewnej nocy, po kolejnym udanym występie, wybiera się do pobliskiego sklepu po paczkę papierosów. Gdy do sklepu wchodzi kilku groźnie wyglądających mężczyzn, na twarzy Jules, całej w dragu, momentalnie maluje się przerażenie. Narasta w niej lęk – zaciśnięta klatka piersiowa, coraz szybsze bicie serca i mięśnie napięte jak u zwierzęcia gotowego do ucieczki przed drapieżnikiem. Dobrze wiemy, co za chwilę się wydarzy.
To odwieczne pytanie osób, które znajdują się w sytuacji podobnej do Jules. Czy odpowiedzieć na homofobiczne zaczepki, aktywnie bronić się przed upokorzeniem? Chronić swoją godność, jednocześnie narażając się na jeszcze większą agresję? A może lepiej po prostu spuścić głowę i zignorować przemocowca? Bohater Femme odpowiada, wspominając choćby o tym, że widział już wcześniej Prestona (bo tak nazywa się postać grana przez George’a MacKaya), który obczajał go pod klubem, a także rzuca niewybredny żart o jego domniemanym mikropenisie. W wyniku pyskówki kruche męskie ego agresora zostaje urażone ciętą ripostą. Okazuje się, że Jules trafił na nieodpowiednią osobę, o czym dotkliwie przekonuje się na własnej skórze.
Gdy Preston celuje kolejne kopnięcia i ciosy w twarz bohatera, wydaje się, że w krótką chwilę jest w stanie zatracić całe swoje człowieczeństwo. Grozi ofierze nożem, a jego kumple odciągają go, bojąc się, że dojdzie do zabójstwa. Zostawia przerażonego Julesa, zwijającego się na chodniku z bólu. Narracja będzie skupiać się przede wszystkim na jego perspektywie, jednak warto zaznaczyć, że reżyserzy spędzają również wiele czasu na skrupulatnym nakreślaniu portretu psychologicznego Prestona. Właśnie to zatrważająco realistyczne i wiarygodne studium postaci jest clou filmu.

Szybko potwierdzają się nasze domniemania, że Preston również jest gejem. Pewnego razu spotyka Jules w gejowskiej saunie, jednak nie poznaje ofiary swojego ataku bez peruki sięgającej niemal ziemi i mocno wykonturowanej twarzy. Nawet tam przyjmuje maskę wiecznie najeżonego heteroseksualnego samca alfa, zupełnie jakby znalazł się w tym miejscu całkowicie przez przypadek. Rozpoznajemy w nim osobę, która dopracowała do perfekcji grę podyktowaną zinternalizowaną homofobią. Groźna mina, znajomi gangsterzy, odsiadka w więzieniu, przeszłość nacechowana przemocą – a wszystko to przez brak samoakceptacji i niezadowolenie z własnego życia uczuciowego. Standard.
Fabuła zmierza w kierunku kina zemsty, gdy Jules wpada na plan, by uwieść Prestona i zdemaskować go przed światem. Femme, za który odpowiedzialny jest duet Sam H. Freeman i Ng Choon Ping (nota bene wyreżyserowali oni wcześniej krótki metraż o tym samym tytule) to sto minut bezkompromisowej, trzymającej w ciągłym napięciu intrygi. Twórcy z precyzją zegarmistrza operują zwrotami akcji, które przyspieszają tętno i przyprawiają o ciarki. Jednocześnie wnikliwie portretują bohaterów, formułując przy tym komentarzem społecznym na temat uwewnętrznionej homofobii oraz toksycznej męskości. Thriller i melodramat idą ze sobą w parze z niezwykłą płynnością i lekkością.
Nathan Stewart-Jarrett, znany z Candymana, prezentuje na ekranie swój niewątpliwy talent. Jego Jules nie tylko kontestuje archetyp płci, ale przechodzi przez całe spektrum emocji, wewnętrznych zmian i kryzysu tożsamościowego na skutek traumatycznego przeżycia. Odnajduje się więc zarówno w momentach dogłębnej wrażliwości, jak również jako skąpana w światłach reflektorów Afrodyta – usosobienie jego nieustraszonego, niezłomnego oblicza. Również George MacKay, do którego mam nieskrywaną słabość od czasów roli w 1917 Sama Mendesa, sprawdza się doskonale w swojej roli groźnego chuligana, który snuje się w półmrokach zaułków i próbuje za wszelką cenę ukryć swoją prawdziwą tożsamość.
Julesa i Prestona pozornie niewiele łączy. Ten drugi wydaje się być bezwzględnym czarnym charakterem. I choć twórcy w żaden sposób nie starają się usprawiedliwić jego niewybaczalnych czynów, to podchodzą do niego z odpowiednią dozą empatii. W końcu on też jest ofiarą: uprzedzeń, odrzucenia i stygmatyzacji w społeczeństwie, z którymi nie potrafi sobie poradzić, więc przekazuje je dalej.

Nie poznajemy dokładnego backgroundu Prestona – Freeman i Ping oszczędzają nam retrospekcji z dzieciństwa lub młodości, które łopatologicznie tłumaczyłyby przyczyny psychologicznego stanu bohatera. W domyśle pozostaje nam dopisać sobie jego drogę do agresji, którą emanuje wobec innych i samego siebie. Klarowne jest jednak, że osobą najbardziej cierpiącą przez homofobię jest on sam, dla którego wyswobodzenie się ze spirali samodestrukcji i samonienawiści wydaje się niemożliwe.
Jules także jest postacią wielowymiarową, a źródła jego motywów nie są jednoznaczne, przez co twórcy, portretując go, nieraz grają widzowi na nosie. Bohater zatraca swoją tożsamość; wskutek pobicia rezygnuje ze wcielania się w Afrodytę, która, jak sam mówi, jest najbardziej autentycznym obliczem jego osobowości (co, przy okazji, jest ciekawym elementem eksplorowania własnej odmieńczości). Sympatyzujemy z nim i mu współczujemy, jednak nie mamy wątpliwości, że podejmowane przez niego decyzje nie są właściwe moralnie. W pewnym momencie on również zaczyna nakręcać błędne koło nienawiści. Na początku kierują nim proste pobudki – chęć czystej zemsty i zrujnowania życia oprawcy. W toku fabuły rodzą się jednak liczne pytania. Na ile jego słodka, niewinna uległość jest upozorowana na potrzeby odwetu – a na ile jest prawdziwa? W jakim stopniu Jules kontroluje poddawanie się Prestonowi, a w jakim zdaje się tę kontrolę utracać?
W pewnym momencie między głównymi bohaterami następuje zaskakująca zamiana ról i restrukturyzacja władzy. Nic w ich relacji nie jest oczywiste. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek widział w kinie tak dogłębnie podjęty temat zinternalizowanej homofobii; dodatkowo, pokazany z takim samym zrozumieniem zarówno wobec opresora, jak i ofiary. Jules i Preston to szalenie kompleksowe postaci, ze skomplikowanymi rysami psychologicznymi, w których trudne sytuacje wyzwalają nieraz prymitywne impulsy. Napięcie w filmie budują podejmowane przez nich decyzje, w konsekwencji których mogą zostać odkryte wszystkie możliwe karty.
Korekta: Kamil Walczak
Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.
