“Ptaki Nocy: Wielkie łowy” – superbohaterki w wielkim mieście [RECENZJA]
Gdy półtora roku temu Egmont Polska postanowił odkurzyć zeszyty serii Birds of Prey sprzed blisko dwudziestu lat i przedstawić je rodzimym czytelnikom w formie albumu pt. Tajemnice i morderstwa, nie było to ani zaskakujące, ani nieuzasadnione posunięcie.
Publikacja komiksu zgrywała się bowiem wówczas z kinowymi pokazami filmu Ptaki Nocy z Margot Robbie w roli głównej. Także dobór materiału świadczył o tym, że wydawnictwo, zamiast chwycić po pierwszy lepszy tom z udziałem najsłynniejszej drużyny superbohaterek, uważniej przyjrzało się portfolio DC. Run Gail Simone, mimo że rozpoczął się w momencie, w którym periodyk dobił już do ponad pięćdziesięciu numerów, zgodnie uważany jest za esencjonalny dla tych postaci i zwyczajnie najważniejszy. Szereg jej następców nie zdołał zmienić tego stanu rzeczy.
Fakt, że Egmont sięgnął po kontynuację, wypada jednak rozpatrywać w kategoriach pewnej niespodzianki. Zarówno film, jak i komiks, spotkały się raczej z mieszanym przyjęciem, a co za tym idzie — niewielu domagało się ich dalszego ciągu. Mnie samemu, choć bawiłem się przy lekturze tamtego albumu całkiem dobrze, od razu towarzyszyło przeświadczenie, że Ptaki Nocy w ofercie wydawcy to jednorazowy wyskok motywowany chwilową popularnością grupy. Długi czas wszystko zresztą na to wskazywało – w późniejszych zapowiedziach brakowało informacji odnośnie do kolejnych tomów. Te pojawiły się ni stąd, ni zowąd dopiero po przeszło roku. Premiery Tajemnic i morderstw oraz Wielkich łowów dzieliło ostatecznie aż dziewiętnaście miesięcy. Aby trochę nie za dużo jak na tak mało reprezentatywny tytuł?

Ptaki Nocy Simone to komiks sprzeczności, w którym niczym w znanej przypowieści o zamieszkujących każdego człowieka wilkach, zdają się ścierać dwa wykluczające się fronty. Jeden wilk (a w zasadzie wilczyca) to scenarzystka, która wkrótce stanie się dla swojej branży ikoną feminizmu i ważnym głosem w dyskusji o reprezentacji kobiet w tymże medium – tu nadal na początku kariery, nieśmiało starająca się wprowadzać do serii ducha „girl power”. Drugi to rysownik, Ed Benes (a po części zapewne również i ówcześni włodarze DC), którego kreska stanowi niepodważalny dowód na to, że seksualizacja heroin istnieje i miewa wręcz znamiona absurdu.
Simone jeszcze nie zdradza na kartach Wielkich łowów ambicji ku temu, by implementować do historii wyraźnie feministyczne wątki, ale dzięki niezłym dialogom, udaje jej się uczynić z Oracle, Huntress i Black Canary bohaterki z krwi i kości. Sporo z nich dotyczy facetów, a panie otwarcie wypowiadają się w kwestiach seksu, co w innych okolicznościach nadawałoby całości śmielszego, obyczajowego charakteru rodem z dobiegającego wtedy powoli końca Seksu w wielkim mieście. Naprawdę. Barbara, Helena, Dinah i Zinda (nowa członkini grupy, znana pod pseudonimem Lady Blackfire) niekiedy mówią tu o kolegach po fachu w sposób przypominający rozmowy Carrie Bradshaw z przyjaciółkami. Odświeżający luz i brak nadęcia nigdy nie wysuwają się jednak na pierwszy plan, bo non stop przysłaniają je ogromne dekolty, ciągłe ass-shoty i obcisłe, uwyplukające wszystkie kobiece kształty kostiumy. Benes, jak i dołączający do niego gościnni artyści, nie znają umiaru, przez co potrafią miejscami zniesmaczyć. Nie odpuszczają nawet przy okazji scen prostych pogawędek.
Ten sam problem doskwierał także Tajemnicom i morderstwom, więc i tutaj ani za specjalnie nie dziwi, ani już tak nie oburza. W Wielkich łowach dominującą wadą staje się w efekcie coś, czego nieidealnemu tomowi pierwszemu nie dało się zarzucić – mianowicie chaotyczna, dziurawa budowa. Ja, jako odbiorca oswojony ze specyfiką komiksowych eventów oraz crossoverów, umiem rozpoznać, w którym punkcie historii brakuje powiązanego fabularnie zeszytu innej serii, i rozumiem, skąd bierze się ta wyrwa (prawdopodobnie z powodu zauważalnie mniejszej roli „Ptaszyn”), ale dla bardziej niedzielnych czytelników, liczących na to, że sięgają po zamkniętą, konkretną lekturę, druga część Ptaków Nocy będzie nieznośnie konfundująca.

Zbiór otwiera lekki zeszyt nawiązujący do wydarzeń z poprzedniego tomu. Następnie Simone sprawnie przechodzi do rzeczy, wysyłając Huntress na misję, która zakłada zinfiltrowanie tajemniczej, działającej na prowincji sekty. To, co dzieje się później, można nazwać wypadnięciem z torów. Nagle dostajemy odarte z szerszego kontekstu przebitki z crossovera pt. War Games (to samo popsuło niegdyś polską edycję Catwoman Eda Brubakera), który rozgrywał się trochę obok drużyny Oracle, ale którego konsekwencje mimo to mocno ją dotknęły – bezpośrednio skutkuje porzuceniem dotychczasowej siedziby, a pośrednio poszerzeniem zespołu mścicielek. Wszystkie te zmiany zachodzą raptownie i w zasadzie do końca nie wiadomo… dlaczego. Finałowe, maksymalnie rozstrzelone tematycznie fabuły sprawiają przez to wrażenie niezbyt angażującego okresu przejściowego.
Czy finalnie Ptaki Nocy bronią się na tyle, by nie zatonąć w zalewie rozmaitych superbohaterskich tytułów? Mam wątpliwości. To seria skierowana stricte do zadeklarowanych fanów postaci i uniwersum DC – daleka od bycia sztandarową, obowiązkową pozycją, ale wciąż mieszcząca się w granicach solidnej rozrywki. Dla koneserów przepuszczających ofertę Egmontu przez sito to będzie za mało, ale już dla kogoś, kto przeczytał w swoim życiu niejedną historię o Batmanie i teraz szuka drobnej odmiany, to może być komiksowy odpowiednik wygodnych, ciepłych kapci.
Swój czas stara się dzielić równomiernie na pisanie opowiadań i recenzji, czytanie komiksów i książek oraz oglądanie seriali i filmów. Kocha kino za to, jak różne potrafi przybierać twarze – niekiedy teledyskowych komedii gangsterskich Guya Ritchie’ego, czasem krzepiącej serii o Rockym, a jeszcze innym razem nastrojowych brytyjskich horrorów z lat 50. i 60. Z wykształcenia dziennikarz.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Wonder Woman Grega Rucki, Batman: Hush, Catwoman Eda Brubakera
