Klasyka z Filmawką: „Fortepian” (1993) | Timeless Film Festival Warsaw 2025
Fortepian Jane Campion przez wielu uznawany jest za jedno z najważniejszych dzieł kina lat 90. XX wieku. Film przyniósł reżyserce między innymi Złotą Palmę w Cannes (pierwszy raz nagrodę za film pełnometrażowy zdobyła wówczas kobieta), a także trzy Oscary: za scenariusz oryginalny oraz kreacje Holly Hunter i Anny Paquin. Dzieło spotkało się z uznaniem zarówno krytyków, jak i szerokiej widowni, a zapamiętano je jako poruszającą i przepełnioną sugestywną symboliką opowieść o przemocy doświadczanej przez kobiety w patriarchalnej rzeczywistości. Klasyk ten przez lata zdobił moją kupkę wstydu, lecz nareszcie postanowiłem to zmienić. Podczas seansu obyło się bez łez wzruszenia – zamiast tego od złości piekła mnie twarz.
Główna bohaterka Fortepianu, Ada McGrath (Holly Hunter) jest trzydziestoletnią Szwedką i samotną matką. Urodzona w epoce wiktoriańskiej, jako sześciolatka z nieznanych powodów przestała mówić. Od tamtej pory swoje uczucia wyraża głównie poprzez grę na ukochanym fortepianie. Choć milczenie symbolizuje w filmie opresję kobiet, cecha ta sprawiła, że Ady – nomen omen – nie postrzegam jako postaci biernej. Mimo że nieznane są okoliczności, w których wypowiedziała ostatnie słowa, poetycka narracja filmu nakłania do szukania przyczyny. Być może było to wynikiem nieuświadomionego (lub nawet całkiem świadomego) aktu rebelii – buntu organizmu przeciwko światu zdominowanego przez męskie słowa i czyny. Może bohaterka postanowiła uciszyć się sama, zanim zrobił to ktoś inny? Milczenie miało źródło w niej samej. Stanowi dystans, chroniący przed rzeczywistością, w której nie chce funkcjonować.
Akcja Fortepianu rozpoczyna się, gdy ojciec Ady sprzedaje ją mężczyźnie z Nowej Zelandii (słowo „sprzedaż” można tu wedle uznania zamienić na „aranżowane małżeństwo”). Nowym mężem bohaterki okazuje się Alisdair Stewart (Sam Neill) – Anglik, kolonizator nowozelandzkich terenów, któremu sprzyjać miało milczenie partnerki. Kobieta cicha to przecież kobieta uległa, przynajmniej w ramach świata, w którym biały cis facet może zagrabić sobie wszystko, na czym spocznie jego dłoń. Niemałym zaskoczeniem okazuje się jego pierwsza konfrontacją z Adą. Bohaterka łypie na męża wrogim, zawziętym spojrzeniem – w tym momencie mężczyzna zauważa, że nie będzie jego popychadłem i definiuje ją jako „upośledzoną”.
Alisdair zabiera z plaży swoje nowe przybytki – żonę, jej córkę i bagaże. Mimo oporu Ady, nie zgadza się na transport jej ukochanego fortepianu. To scena, której wizualia wżerają się w umysł: wielki instrument (wówczas symbol cywilizacji) pozostawiony na opustoszałej plaży, oblewany przez wzburzone fale oceanu. Czy można wyobrazić sobie wizję bardziej malarską?! Nie dziwi fakt, że Campion, która studiowała malarstwo i sztuki wizualne, przenosi swoje romantyczne wizje na obraz filmowy. Sentymentalny widok osamotnionego fortepianu odzwierciedla stan ducha rozdzielonej z instrumentem bohaterki – nie może ona wykonywać jedynej czynności, dzięki której może się wyrażać.

Alisdair postanawia sprzedać fortepian. Wtem pojawia się wybawiciel – George Baines (Harvey Keitel). Panowie dobijają targu: Ada nauczy Bainesa grać, a ten odstąpi od kawałka ziemi, na którym mieszka. Kobieta może do niego przychodzić i grać do woli. Wkrótce ów wybawiciel składa na ręce protagonistki kolejną propozycję: odda jej fortepian, klawisz po klawiszu, jeśli kobieta pozwoli mu na intymne zbliżenia. Najpierw tylko na nią patrzy, później dotyka dłoni, masuje nogę przez dziurkę w rajstopie, następnie się przed nią rozbiera. Posuwa się coraz dalej, a każda z czynności kosztuje go jeden klawisz (warto zaznaczyć, że łącznie mamy ich aż 88!). Dla instrumentu bohaterka jest w stanie zrobić wszystko, a jej wyporność zostaje wykorzystana w okrutny sposób. I tak przez większość filmu obserwujemy rozwój relacji opartej na przemocy i nierówności sił.
Z perspektywy widowni wszystko byłoby w porządku – mimo złości i bezsilności wobec dokonywanych na ekranie nadużyć – gdyby nie fakt, że Baines odgrywa tu rolę wspomnianego wybawiciela. Po licznych scenach nadużyć, Ada odnajduje w relacji przyjemność. Zgadza się na bliskość mężczyzny i zostaje oralnie zaspokojona (feminizm na pełnej) – czy jest to wystarczający powód, by uwierzyć w dobre intencje bohatera, który wykorzystywał ją seksualnie? Widzę tu analogię do serii 365 dni Blanki Lipińskiej, w której bohaterka wybaczyła swojemu oprawcy porwanie i gwałt, by kilka scen później odnaleźć w nim prawdziwą miłość. Gdzie kończy się portret kobiety uwięzionej w patriarchacie, a zaczyna romantyzowanie relacji opartej na patriarchalnym spojrzeniu? W Fortepianie granica ta szybko się rozmywa.
Osadzenie akcji filmu w Nowej Zelandii w połowie XVIII wieku służy między innymi porównaniu kolonializmu do patriarchatu – w końcu zjawiska te łączy zestaw podobnych cech, z wykorzystywaniem siły i kontroli na czele. Na zauważeniu tego porównania się kończy, ponieważ kolonialna rzeczywistość stanowi jedynie tło dla fabuły, a szerszy kontekst nie został tu zarysowany. Kolonialny lejtmotyw pomaga także w podkreślaniu roli Alisdaira jako oprawcy (którym z całą pewnością jest) oraz Bainesa, w kontraście, jako wybawiciela. Pierwszy z nich kolonizuje tereny rdzennych mieszkańców, natomiast drugi zasymilował się z Maorysami, a jego twarz zdobią nawet tradycyjne tatuaże tā moko. Choć w obsadzie znaleźli się Maorysi, ich postacie zostały przedstawione jako bezimienny monolit. Co więcej, rdzenni mieszkańcy wydają się zadowoleni z obecności kolonizatorów! Służą im z uśmiechami na twarzach, prężąc swoje półnagie, pokryte tatuażami ciała i mimikując zachowania białych w „humorystycznych” scenach.

W pierwszym zdaniu filmu Ada tłumaczy nam z offu: „Głos, który słyszycie, nie jest moim prawdziwym głosem, lecz głosem mojego umysłu”. Jeśli uznamy, że w momencie tym bohaterce została nadana cała moc kreacyjna, możemy przyjąć, że to właśnie ją powinniśmy obciążyć odpowiedzialnością za kolonialne spojrzenie. Biała kobieta przybywa na daleki, tajemniczy ląd i patrzy na tamtejszych w kategoriach egzotycznych Innych. Byłoby to jednak myślenie życzeniowe i nadmiernie sprzyjające Jane Campion.
Rdzenni mieszkańcy mają jeszcze jedną funkcję – stanowią tło dla miejsca akcji filmu, które postrzegać mamy jako dziką krainę. Większość czasu spędzamy z bohaterami w środku lasu, wśród wysokich drzew i wszechobecnego błota. Suknie bohaterek grzęzną w zawiesinie i brudzą się. Zwały materiału, uniemożliwiające swobodne poruszanie, wyrażają trudność kobiet w funkcjonowaniu w męskim świecie, nieprzystosowanym do ich potrzeb. Pod warstwami sukni kryją się natomiast gorsety, symbolizujące kobiecą opresję i subordynację. Campion wyraża sprzeciw patriarchatowi za pomocą wielu trafnych środków wyrazu, tym bardziej brakuje mi w jej filmie większego pochylenia się nad równolegle prowadzonym wątkiem.
Fortepian to także wybitna rola Holly Hunter – w ograniczeniu, jakie stanowi brak wypowiadanych słów, wybrzmiała moc jej kreacji. Aktorka hipnotyzuje swoją rolą, w której za pomocą tak samo subtelnych, jak sugestywnych gestów, ekspresji mimicznych i spojrzeń, zbudowała postać pełną sprzeczności i wewnętrznej walki. Kreacja ta okazała się dla niej zarówno triumfem, jak i klątwą – po filmie Jane Campion zagrała wiele ról, lecz żadna z nich nie powtórzyła rozmiaru ani sukcesu Ady McGrath.
Wiem, że Fortepian dla wielu miłośników i miłośniczek kina stanowił ważny, wręcz formatywny seans. Z pewnością na długo zapamiętam jego wizualia – piękno i mrok gwałtownego oceanu, fortepianu na plaży czy gęstego błota na sukni Ady. Zapamiętam także świetną kreację Hunter oraz małej Anny Paquin – nieznośnego dziecka, które z urokiem irytowało mnie przez większość filmu. W końcu, w mojej pamięci zapisze się kolonialne spojrzenie twórczyni oraz przemocowa relacja usilnie ubierana w ubłocone fatałaszki love story.
korekta: Anna Czerwińska
Tekst powstał w ramach patronatu medialnego nad Timeless Film Festival Warsaw, który odbywa się w Warszawie w dniach 7-14.04.2025 r.
Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.
