„Wreszcie czułam się współtwórcą”. Rozmawiamy z aktorką Mają Pankiewicz
Z Mają Pankiewicz miałem przyjemność porozmawiać podczas 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Umówiliśmy się w Kinie Helios, chwilę przed kolejnym pokazem Innego końca nie będzie i spotkaniem z widzami. Już od dawna chciałem z nią porozmawiać. Kilka lat temu zobaczyłem ją po raz pierwszy w Easternie Piotra Adamskiego, później w kilku świetnych rolach w Teatrze Studio, a następnie w serialach Warszawianka i Morderczynie. Jej rola w poruszającym filmie Moniki Majorek, pokazywanym na festiwalu w Konkursie Perspektywy, okazała się doskonałą okazją do rozmowy.
Jakub Nowociński: Zawsze wiedziałaś, że będziesz aktorką?
Maja Pankiewicz: Dość wcześnie. To się zaczęło na kółkach teatralnych w podstawówce i gimnazjum. Wszystko dzięki dwóm szalonym polonistkom – śp. Magdzie Sroce i Iwonie Żmudzie. To one obudziły we mnie tę pasję. Gdyby nie one, nawet by mi to do głowy nie przyszło. I jak już skumałam, że to jest „to” – nie było żadnego planu B.
Łódzka filmówka była Twoim miejscem docelowym?
Zdawałam do wszystkich szkół i Łódź była jedną z nich. Dostałam się od razu po liceum.
Jak wspominasz naukę w tej szkole, między innymi pod okiem Gabrieli Muskały?
Gabrysia była super. Z resztą później debiutowałam u jej boku w Teatrze Jaracza w Łodzi w Ich Czworo. Najlepsze w tej szkole było to, że mieliśmy tuż obok wydział reżyserii i operatorki. Robiliśmy razem pierwsze filmy krótkometrażowe, uczyliśmy się od siebie. Zajebista sprawa. Teraz przecinamy się na profesjonalnych planach. Z niektórymi przyjaźnię się od tamtego czasu.
Poza tym mam mieszane uczucia co do szkoły, czy raczej wydziału. To były czasy przed rewolucją w sposobach nauczania studentów w szkołach aktorskich (w sumie tak mówię w ciemno, bardziej mam nadzieję, że to się zmieniło), przed listem Anny Paligi i call outami. Było dużo rzeczy, o które mogłabym się przyczepić. Było zdecydowanie za dużo stresu i presji. Straszenia nas przez profesorów. Mieliśmy taki rok, że byliśmy mocno trzymani w niepewności do samego końca, czy nas wyrzucą, czy nas nie wyrzucą. Ale były też mega inspirujące zajęcia. Właśnie u Gabrysi i Moniki Muskały, Marcina Wierzchowskiego, Wacka Mikłaszewskiego, Waldka Zawodzińskiego czy mojej przyszłej pani dyrektor – Małgosi Bogajewskiej.
Należysz do rodziny warszawskiego Teatru Studio. Jestem fanem sztuk, w których grasz, m.in. Bowie w Warszawie, The Employees, Piękny początek i Polowanie na osy. To Twoje miejsce komfortu czy przed kamerą czujesz się równie dobrze?
Lepiej czuję się przed kamerą ale to w teatrze mam większe doświadczenie. Najpierw byłam w Teatrze Ludowym przez cztery lata, później chwilę w Starym Teatrze w Krakowie. Ludowy mnie wychował, wykształcił i zawsze to będzie mój teatralny „dom”. W Starym pojawiłam się na chwilę, już wtedy wiedziałam, że chcę jechać do Warszawy.
W Studio chcę zostać na dłużej. Artystycznie i ludzko czuję, że wreszcie jestem na miejscu, u siebie. To wspaniały zespół, mega zdolny, otwarty, mądry. I mały, co oznacza, że wszyscy dużo gramy. Przez ostatnie dwa lata weszłam w prawie każdą premierę. Czuję, że się rozwijam i jestem za tę możliwość mega wdzięczna.
Czym dla Ciebie różni się proces przygotowywania do roli w teatrze a do filmu lub serialu?
W filmie czy serialu wszystko jest trochę na ostatnią chwilę. A szkoda. W ostatnim momencie dostaje się informację o dofinansowaniu, późno ruszają castingi, w ostatnim momencie ruszają zdjęcia i przygotowania. Aktorzy w okresie preprodukcji nie są opłacani. Próby aktorskie przed planem to rzadkość.
Zdarzają się też czasem wspólne czytania. Przy Innego końca nie będzie miałam wielki komfort, że dość wcześnie Monika [Majorek, reżyserka filmu – przyp. red.] przyszła do mnie ze scenariuszem Kiedy dostałam tę rolę, od razu zaczęłyśmy z Moniką się spotykać i gadać. To, co na tych spotkaniach się urodziło, do jakich wniosków wspólnie doszłyśmy i jak dobrze mogłyśmy się poznać – to wszystko nam potem pięknie zapracowało na planie. Czułam, że jesteśmy w tym razem, że się rozumiemy i wyczuwamy między słowami. Tych dni zdjęciowych przy fabule jest zazwyczaj dwadzieścia parę, tym bardziej przy debiucie, nie ma więc czasu na docieranie się między ujęciami. Trzeba wiedzieć, czego się chce i umieć ze sobą rozmawiać.

Teatr z kolei to wiele miesięcy pracy. Coraz częściej zdarza się, że reżyserzy przychodzą do teatru bez tekstu, bez scenariusza, nastawieni na pracę kolektywną – w moim odczuciu mocno eksploatującą osoby aktorskie. Mam do tego mieszany stosunek. Zależy kto, jak długo i na jakich warunkach. Potem rolę tworzy się miesiącami – najpierw są rozmowy stolikowe, potem improwizacje, potem dopiero wyłaniają się sceny. Kostiumy i scenografia w ostatnich dwóch tygodniach. Wszystko bardziej w slow motion. Jeśli o mnie chodzi, teatrze radykalnie skróciłabym ten okres prób do spektaklu, o połowę, a przy filmie bym go zdecydowanie wydłużyła.
Materia filmowa jest dla mnie dużo zdrowsza, bo jest jasny podział obowiązków, z czym jest duży problem w teatrze.
Monika bardzo chciała, żebyś to Ty zagrała główną rolę w jej filmie i pisała końcówkę scenariusza z myślą o Tobie. Jak czułaś się, kiedy przyszła do Ciebie z materiałem? Jak rzeźbiłaś w tym tekście?
Monika była bardzo otwarta na moje intuicje, niczego nigdy mi nie narzucała. Czułam się przez nią zaproszona do współtworzenia świata, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Tak samo było w pracy z Krisem Rusem nad Morderczyniami. W trójkę z Agnieszką Glińską, która była naszym aktorskim coachem, tworzyliśmy postać, zmienialiśmy dialogi, wymyślaliśmy nowe sceny. Kris pozwalał mi oglądać duble, dzięki niemu widziałam wstępną układkę serialu w trakcie montażu itd. Bardzo cenię takie podejście. Oparte na zaufaniu. Wreszcie czułam się współtwórcą, a nie odtwórcą.
W jaki sposób w pracy nad postacią Oli w Innego końca nie będzie oddziaływał na Ciebie fakt to, że to rola inspirowana życiem autorki?
Przede wszystkim, tak jak mówisz, to była inspiracja, a nie historia oparta na faktach z życia reżyserki. Na szczęście Monika miała też dystans i do siebie, i do opowiadanej historii. Ale faktycznie, kiedy pierwszy raz się spotkałyśmy i pokazała mi scenariusz, poczułam, że jesteśmy do siebie bardzo podobne pod wieloma względami. Czułam, że to jest dla niej osobiście ważna historia. Wiedziałam, że prawdopodobnie w jakimś procencie ją gram. Ale nigdy nie padło: „Ja bym tego tak nie zrobiła”. Pracując razem nad tą rolą, powoli oddalałyśmy się od pierwowzoru Oli. Przyszedł moment, w którym poczułam, że Monika mi ufa i oddaje Olę w moje ręce.
Na ekranie widać Wasz spokój i przygotowanie do pracy. Mnie ten film szalenie poruszył. Szczególnie Wasz szczery, autentyczny portret rodzeństwa. Mówisz, że w polskim kinie często brakuje czasu na prace przygotowawcze. Czy spędziliście z Klementyną Karnkowską i Sebastianem Delą trochę czasu, żeby poznać się i zbudować relację przed rozpoczęciem zdjęć?
Z Sebastianem zostaliśmy obsadzeni mniej więcej w tym samym czasie, więc często spotykaliśmy się na castingach do postaci Ajki, potem na spotkaniach z Moniką dotyczących scenariusza i na wspólnych czytaniach.
Mieliśmy jedną, długą improwizację na lokacji z rodzeństwem i rodzicami, Agatą Kuleszą i Bartkiem Topą. Naszym zadaniem było zrobienie obiadu. To był w ogóle Dzień Ojca. Naprawdę. Mieliśmy stworzyć takie wspólne, ostatnie wspomnienie: dzień przed wyjazdem Oli do Warszawy, czyli scenę spoza scenariusza. Ostatni wspólny obiad w domu. Improwizowaliśmy przez jakieś cztery godziny, ja w trakcie robiłam zdjęcia. To było coś niesamowitego, te relacje się tak zacieśniły. Wejście w improwizację, jeszcze jak tata był, to coś, do czego wielokrotnie odnosiłam się emocjonalnie na planie.
To był pomysł Moniki, żeby nas spotkać. Pamiętam, że ona w ogóle w to nie wkraczała, stała z boku. Patrzyła. Nic z tego nie było nagrane. To był dla nas prezent, żebyśmy się dotarli jako filmowa rodzina.

Podobno wykładaliście też razem tapetę na ścianie.
(Śmiech) Tak. Dostaliśmy od reżyserki drugie zadanie, żeby wytapetować pokój mojej postaci. Nikt z nas nigdy wcześniej tego nie robił. To było ekstra. Puściliśmy sobie muzę, dostaliśmy od Moni polaroida do robienia zdjęć i spędziliśmy pół dnia na tapetowaniu chaty. Bardzo nas to zbliżyło.
A jak pracowało Ci się z Agatą Kuleszą, która wcieliła się w Twoją mamę?
Marzyłam od dawna o tym spotkaniu. Jestem pod jej wielkim wrażeniem. Nie tylko ze względu na to, jaką jest wybitną aktorką, świetnym partnerem w pracy, ale przede wszystkim, jakim jest wspaniałym człowiekiem. Bałam się na początku, że ona mnie zje, zdominuje. W ogóle tak nie było! Czułam od niej mega wsparcie, ale takie na równi – partnerskie.
Agata gra na 100%, nawet gdy kamera jest przez pół dnia na kimś innym, a ona podrzuca teksty zza kadru. Bez cienia pretensji. Jest moim absolutnym aktorskim crushem. A na dodatek przypomina mi moją mamę, więc to jest game over dla mnie (śmiech).
Trudno było ci wyjść z tej rodziny?
Tak, byłam bardzo zżyta z tym projektem. On przyszedł do mnie na dwa lata przed rozpoczęciem planu. Później ten cały piękny proces skończył się dwudziestoma paroma dniami zdjęciowymi. Po zrobieniu kilku rzeczy w filmie dochodzę do wniosku, że najważniejsze są spotkania z ludźmi, nawiązywanie relacji, radość z tego tu i teraz. Banał, wiem. Ale pamiętam, byłam tak szczęśliwa na tym planie, że spijałam każdą chwilę, a kiedy kończył się dzień, myślałam sobie na przykład: „O nie, zostało jeszcze tylko szesnaście”.
W teatrze najbardziej wkurza mnie to, że jest taki ulotny. Nic z niego nie zostaje, tylko wspomnienia. Nie ma realnego dowodu na to, że coś się zdarzyło. To jednocześnie największe przekleństwo teatru i jego największe magic. Zostają z tego tylko odczucia, powidoki. Film jest z kolei namacalnym dowodem tego, że się spotkaliśmy.

Żywym wspomnieniem jest dla mnie Twoja rola w Bowie w Warszawie, a konkretnie pierwsza scena, gdy nagle wbiegasz na scenę, zatrzymujesz się na jej krawędzi i na niej balansujesz. Siedziałem wtedy w pierwszym rzędzie i wymieniliśmy się bardzo przenikliwym spojrzeniem. Nie wiedziałem, czy w ogóle jesteś tego świadoma, czy mnie widzisz, ale dla mnie to było ważne.
Rozumiem, o czym mówisz. Poczułam to na spektaklu Melodramat Anny Smolar. Anna Ilczuk zeszła ze sceny, paliła papierosa przy drzwiach ewakuacyjnych i złapała mnie wzrokiem. Stargetowała mnie jako widza. Paliła, patrząc się na mnie. Grała dla mnie. Miałam wrażenie, że to trwa pół godziny. Na chwilę Ania dała mi jakby dostęp do siebie. Czułam się jednocześnie zestresowana i wyróżniona, że jestem w tym z nią. Ona na pewno tego nawet nie pamięta. Ale to są super momenty w teatrze.
Czego szukasz w kinie i w teatrze?
Szukam światów, w które ktoś mnie tak przekonująco zabierze, że zapominam o rzeczywistości. Szukam emocji, bo najprzyjemniejsze to coś CZUĆ. Rzadko mi się zdarza w teatrze coś tak naprawdę przeżyć jako widzka, ostatni raz na Cząstkach kobiety Kornéla Mundruczó, które widziałam trzy razy. Wybitny spektakl, rozkładający na łopatki. Albo na Dlaczego nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję Mateusza Pakuły. Widziałam to w Kaliszu, gdzie byłam w jury na festiwalu sztuki aktorskiej. Po spektaklu całą widownią staliśmy pod teatrem, wszyscy płakaliśmy. To są niezapomniane przeżycia. Czasami chodzimy do kina czy teatru, żeby zobaczyć nową falę, jakąś rewolucję, inne spojrzenie, ale najpiękniejsze są te momenty, kiedy zaczynasz coś czuć i nie możesz nad tym panować.
Czujesz, że dalej musisz walczyć o rolę, czy jest Ci już łatwiej?
Totalnie nie jest łatwiej. Każdy casting to walka o rolę. Udaje mi się może dostawać poważniejsze propozycje, na przykład trafiać prosto na zdjęcia próbne, przeskoczyć kilka etapów. To jest przywilej tego, że zrobiłam już kilka projektów. Dalej są castingi z self-tape’ami. Są momenty, kiedy czuję się już pewniej, a później znów coś „wysadza mnie z kapci” i przestaje w siebie wierzyć. Dalej się boję, jestem niepewna. Nie wiem, czy coś umiem. Te pytania chyba nie znikną, taka moja natura. Ciągłe wątpliwości.
Jesteś zadowolona z roli w Innego końca nie będzie?
Na dzień dzisiejszy wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Patrzę i nie potrafię wzruszyć się na scenie, która ludzi porusza najbardziej. Patrzę i myślę sobie: „Kurde, był lepszy dubel.”
Mnie te scena ogromnie porusza. To wybitna roli, z której powinnaś być dumna. A masz jakieś wymarzone kreacje?
Nie mam wymarzonej roli. Moim największym marzeniem jest to, żeby już nie schodzić z planu.
Korekta: Krzysztof Kurdziej
Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.
