Advertisement
KulturaMuzykaPublicystykaRetrospektywy

Drives you crazy, getting old. 10 lat „Pure Heroine” Lorde [RETROSPEKTYWA]

Jakub Nowociński
lorde pure heroine muzyka pop
Okładka albumu "Pure Heroine"

Don’t you think that it’s boring how people talk? 

To pytanie Lorde zadaje słuchaczowi w pierwszym wersie swojego debiutanckiego albumu. Konwersacje zwykłych ludzi po prostu ją nudzą. Jest dla nich zbyt cool. Ubrana cała na czarno, z burzą długich, ciemnych loków oraz purpurową pomadką muśniętą na ustach. To dopiero nastolatka, ale do świata muzycznego wchodzi całkowicie na własnych zasadach. Nie bierze jeńców i rozpoczyna zupełnie nowe dyskusje. Trafia w czułe struny młodych słuchaczy, a wkrótce zostaje głosem swojej generacji. 

Ella Yelich-O’Connor urodziła się w Tapakunie, czyli na przedmieściach nowozelandzkiego Auckland. Populacja: kilka tysięcy mieszkańców. W wieku pięciu lat dołączyła do kółka teatralnego, rok później została zdiagnozowana jako gifted child – dziecko szczególnie uzdolnione, genialne. Niedługo później należała już do kilku zespołów, z którymi coverowała piosenki Pixie Lott czy Kings of Leon w lokalnych barach i klubokawiarniach. Jej ojciec nagrał jeden z ich występów podczas szkolnego talent show, a nagranie wysłał do wytwórni Universal Music Group. Młoda Ella przykuła uwagę łowców talentów, a kontrakt podpisała już w wieku dwunastu lat. Brzmi surrealistycznie? All work and no play / Never made me lose it / All business, all day / Keeps me up a level – śpiewa na longplayu, który wydała cztery lata później, jako szesnastolatka. 


I’ve never seen a diamond in the flesh 

Zanim jednak przyszedł czas na Pure Heroine, w serwisie Soundcloud pojawiła się EP-ka The Love Club, którą można było pobrać bezpłatnie. Pięć piosenek powstało w ciągu trzech tygodni, gdy Lorde zamknęła się studiu z Joelem Littlem, członkiem pop-punkowego zespołu. Utwory te w błyskawicznym tempie, bez jakiejkolwiek promocji, zostały pobrane przez 60 tysięcy słuchaczy, co zmobilizowało wytwórnię do komercyjnej premiery krążka. 

Na The Love Club znalazł się utwór, który na dobre rozpoczął karierę Lorde. Royals spędziło w czeluściach internetu rok zanim na dobre rozbrzmiało w rozgłośniach radiowych. Przepis na przebój roku: minimalistyczny, hip-hopowy beat, uzależniający dźwięk pstrykających palców, zmiksowany z mocnym basem oraz tekst, z którym mógł utożsamić się niemalże każdy. Jednocześnie utwór był całkowitym przełamaniem ówczesnych oczekiwań wobec młodej artystki pop. Lorde wyśmiewa chwalenie się bogactwem i luksusem. I’m not proud of my address / in a torn-up town, no post-code envy. Nigdy nie widziała na żywo diamentu, jachtu ani Maybacha i wcale jej to nie przeszkadza.

Krytyka mainstreamowej tematyki nieoczekiwanie sama wbiła się w mainstream. Piosenka została pierwszym singlem, zapowiadającym debiut artystki, jednocześnie zapoczątkowując wielką, przedmiejską odyseję. Póki co młoda Ella liczy drobniaki w pociągu, w drodze na imprezę, lecz już za chwilę zdobędzie dwie nagrody Grammy i spędzi dziewięć tygodni na szczycie listy Billboard Hot 100.

Artystka zorientowała się, jak bardzo jej życie momentalnie się zmieni. Na drugim singlu z płyty (wspomnianym w pierwszym akapicie Tennis Court) przewiduje: Pretty soon I’ll be getting on my first plane / I’ll see the veins of my city like they do in space. Nie wydaje się przejęta takim stanem rzeczy. Nieco znużonym, pełnym cynizmu głosem komentuje swoją rosnącą sławę w towarzystwie elektronicznego beatu. Jest w tym wszystkim niebywałym powiewem świeżości. Na listach przebojów królują kawałki o pieniądzach i niekończącej się zabawie, tymczasem na scenę wchodzi szesnastolatka, cała na biało, patrzy na to wszystko z dystansem i pyta się: How can I fuck with the fun again when I’m known? Ta osobliwość i odmienność sprawia, że Lorde zaczęły słuchać różnorodne grupy odbiorców – od słuchaczy radiowych przez tumblr girls aż po miłośników sceny alternatywnej. 

Kadr z teledysku „Team” (2013)

I’ve never felt more alone / It drives you crazy, getting old

Sercem albumu, zarówno według fanów, jak i samej artystki jest Ribs – piosenka, która z  największą precyzją obrazuje fenomen Lorde. I rozumie mnie zapewne każda osoba, która dorastała w jej akompaniamencie. To słodko-gorzki soundtrack coming-of-age; nastoletni lament nad nadciągającymi zmianami i paraliżującym strachem przed tym, co nieznane. Artystka napisała ją po domówce, którą zorganizowała w swoim domu pod nieobecność rodziców. To typ imprezy, podczas której ludzie rozgaszczają się w twojej lodówce i wyjadają wszystkie resztki. Gdy wychodzi słońce, znajdują wolny zakamarek podłogi, by położyć się spać, cierpliwie czekając na porannego kaca. Tego poranka Ella nie mogła jednak zasnąć. Zastanawiała się, czy jest już o krok bliżej dorosłości i zatraca obecne w sobie dziecko; czy jeśli się rozmyśli, będzie mogła jeszcze wrócić do swojej dziecięcej, niewinnej formy, która nie musiała brać za nic odpowiedzialności. 

Lorde mówi niezwykle uniwersalnym językiem, w którym łatwo ujrzeć swoje lustrzane odbicie. W końcu kto nie bał się dorastania? Kogo utrata rozkosznej niewinności nie napawała lękiem? W swoich egzystencjalnych pytaniach artystka nie ucieka się jednak do patosu; smutek i nostalgię miksuje z radością związaną ze wspomnieniami, które pozostaną na zawsze. Piosenka zaczyna się tajemniczo, początkowo śpiewana jest niskim wokalem, który wzrasta wraz z tempem i osiąga climax w refrenie: You’re the only friend I need / sharing beds like little kids / and laughing till our ribs get tough / but that will never be enough. 

Zawsze myślę o tej piosence jako hymnie dzieciaków z mojego pokolenia. Nie są to jednak emocje, z którymi spotyka się jedynie nastolatek. Obecnie utwór rezonuje ze mną równie mocno, co dziesięć lat temu, ponieważ niesie ze sobą emocjonalny ładunek, który sprawdza się na każdym etapie życia. Każdy z nich wiąże się w końcu ze zmianami. Dobrze jest zawrzeć z nimi pokój, by w kolejne urodziny uniknąć płaczu pod prysznicem w towarzystwie Ribs. No, chyba, że właśnie tego potrzebujecie.


I love those roads where the houses don’t change / where we can talk like there’s something to say

Drugą piosenką, która idealnie reprezentuje klimat całego krążka jest 400 Lux. Z dokładnością opisuje atmosferę nowozelandzkich ulic, na których wychowywała się piosenkarka. Pobudza wyobraźnię, by słuchacz mógł przenieść się do bezpośrednio na przedmieścia, gdzie każdy dom wygląda dokładnie tak samo. Spędzamy tam z Ellą dłuższą chwilę. Zabijamy czas, nic nie robimy. We’re never done with killing time / can I kill it with you / till our veins run red and blue? 

Codziennie jeździmy autem dobrze znanymi drogami i godzinami rozmawiamy o wszystkim, co złudnie wydaje się istotnie. Czasem wystawiamy głowę za szybę w akcie desperackiego poszukiwania doznań. Nocą przesiadujemy na parkingu nieopodal supermarketu, opróżniając kolejną butelkę alkoholu (tak, są to wspomnienia z czasów, gdy Lorde miała około czternastu lat). I być może to wszystko wkrótce nie będzie miało żadnego znaczenia, lecz teraz jest wszystkim, co mamy. 

Przeczytaj również:  Najlepsze filmy 2025 roku | Ranking TOP 20 redakcji Filmawki

To piękna w swojej prostocie kompozycja o tym, jak komfortowo możemy poczuć się w towarzystwie odpowiedniej osoby. Jeśli spędzamy z nią czas, nie liczy się nic więcej. I nawet te przeklęte, duszące przedmieścia mogą wtedy stać się godne romantyzowania. You bring me orange juice – zaskakująco, to wers, który wyjątkowo mnie porusza. W końcu mowa tu o pewnej dychotomii pragnień: z jednej strony Ella chciałaby wyrwać się z rutyny, z drugiej opatula się ciepłym kocem przyzwyczajeń i nawyków. Chce zmian, lecz jednocześnie boi się zmierzyć z nimi twarzą w twarz. Być może właśnie z tego powodu jej chłopak za każdym razem przynosi jej ze stacji ten sam dobry, znajomy sok pomarańczowy.

Kadr z teledysku „Royals” (2013)

We live in cities you’ll never see on screen 

Dreams of clean teeth / I can tell that you’re tired  śpiewała Lorde w 400 Lux i powraca do tematu w kolejnej piosence ze krążka, czyli White Teeth Teens. Opowiada o imprezie, podczas której próbowała zaimponować tytułowym białozębnym nastolatkom, czyli bogatym, popularnym dzieciakom. Plan szybko spalił na panewce, a Ella, zażenowana swoją próbą asymilacji i potrzebą zdobycia poklasku, ucieka ze swoimi znajomymi w okolice autostrady – tam, gdzie swój czas zabijają outsiderzy tacy, jak oni. Na szczęście szybko uznaje, że nie musi wpasować się do żadnej grupy, by poczuć się cool.

W Team, bezpośredniej paraleli do Royals, portretuje się jako królową dziwnych dzieciaków, władczynię okolicznych ruin – zniekształconej wizji zamków i pałaców, o których władaniu marzyła jako dziecko. Ironicznie każe zwracać się do siebie „your greatness”, ponownie spoglądając na wyższe sfery z zawadiackim uśmieszkiem na twarzy. Pojawia się jej alter ego, Queen Bee, reprezentujące jej okrutne, apokratyczne oblicze. Sprawuje tam rządy ze swoimi niedoskonałymi przyjaciółmi. Now bring me boys in / Their skin in craters like the moon. W swoich wadliwościach są jednak absolutnie idealni – nawet księżyc wydaje im się drogim przyjacielem, siłą opatrzności. Tańczą, zahipnotyzowani jego blaskiem. 

W tym ruchu uwalniają swoje wszystkie troski i smutki. To baśniowa, idylliczna wizja nastoletnich uniesień, lecz ponownie pod jej płaszczykiem skrywa się potrzeba opowiedzenia o miejscach, o których nikt nie opowiada; których nie pokazują w filmach ani w telewizji. ”Nikt nie przyjeżdża do Nowej Zelandii, nikt nic nawet nie wie o Nowej Zelandii, tymczasem ja próbuję tu dorosnąć i stać się dorosłym człowiekiem” – artystka mówiła o swoich zmaganiach w wywiadzie dla magazynu Billboard. 


I remember when your head caught flame / it kissed your scalp and caressed your brain

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy nastoletnia Lorde czuła się poszkodowana ze względu na miejsce, w którym przyszło jej się wychowywać. W jej opisach mieszają się różne emocje. W Tapakunie udawało się jej odnajdywać magię, jednocześnie szara rzeczywistość sprawiała, że czuła się wyalienowana i ograniczona. We ride the bus with the knees pulled in / people should see how we’re living. Piosenkarka zarzuca światu brak zainteresowania jej małą ojczyzną, próbuje zwrócić na siebie uwagę. 

W Buzzcut Season, jednym z all-time favorite fanów, Lorde wyraża swoją irytację wiadomościami w telewizji, w których świat przedstawiony jest jako okrutne miejsce, pełne konfliktów, wojen i eksplozji. Te informacje są przytłaczające dla dzieciaków i zmuszają do przyspieszonego dorastania. Zgolone na łyso męskie głowy kojarzą się zarówno z żołnierzami, idącymi na front, jak i z początkiem beztroskiego nowozelandzkiego lata, gdy maszynki szły w ruch ze względu na upały – to percepcja zawieszona gdzieś pomiędzy wciąż obecną niewinnością a jej zatraceniem; pomiędzy pogodzeniem się z cierpieniem i tragediami świata a próbą eskapizmu od wszystkiego, co niewygodne. 

Kadr z teledysku „Team” (2013)

We’re dancing in this world alone 

Dodatkowo, zaczyna zmierzać się z okrucieństwem ludzi w internecie. Dostrzega pierwsze cienie sławy, z którą na dobre zderzy się już za moment, gdy wyleci do USA. Dziś jeszcze jeździ z kumplami na rowerach po Auckland, lecz już jutro ruszy w podróż samolotem, gdzie z lotu ptaka zobaczy wszystkie żyły swojego rodzinnego miasta. Na razie jeszcze lubi hotele, lecz niedługo zapewne się to zmieni. Kocha swoją muzykę, chce występować, lecz chwilę przed pierwszymi koncertami boi się, że któregoś wieczoru przewróci się na scenie i zrobi z siebie idiotkę. Gdy stres się spiętrza, narrację przejmuje Queen Bee i afirmuje: I’m little, but I’m coming for the crown. 

W ostatniej piosence z albumu, A World Alone, Lorde po raz kolejny wyraża swoje osamotnienie w świecie. They’re studying business, I study the floor – nie może już dłużej słuchać o problemach codzienności swoich znajomych. Nie odnajduje dla siebie miejsca w ich schematycznych życiach i konwersacjach. To rozmowy bez znaczenia. Bezsensowne zlepki słów, zdania-wydmuszki. Utwór tworzy doskonałą klamrę z pierwszym wersem albumu, w którym Lorde śpiewała o znużeniu rozmowami zwyczajnych ludzi. Dochodzi do dojrzałego wniosku, że ludzie zawsze będą gadać, więc trzeba im po prostu na to pozwolić. Takie już jest życie. Na koniec dnia, odnajduje jednak ukojenie i spokój w ramionach osoby, która nie poddaje jej żadnej ocenie. 

Let ‘em talk


Dziedzictwo mrocznych, minimalistycznych brzmień Pure Heroine niewątpliwie jest wciąż obecne we współczesnej muzyce pop. Dziesięć lat temu muzycy zaczęli powoli odchodzić od produkcyjnego efekciarstwa, blichtru i ciężkich, elektronicznych dźwięków. 

Sukces Lorde nigdy nie podlegał wątpliwościom ze względu na jej wiek. Artystka otworzyła drzwi młodym, błyskotliwym kobietom, które mogą bez żadnych filtrów opowiadać o swoich przeżyciach. Na scenie pojawiło się więcej miejsca dla outsiderskich kobiecych osobowości, tak odmiennych wobec ówczesnych standardów świata pop. Dodatkowo, swoją surową, rozbrajającą szczerością sprawiła, że ekscytujące stały się tematy, które wcześniej nikogo nie interesowały – nastoletnie lęki, proza przedmiejskiego życia, strach przed dorastaniem.

Już od dekady traktuję ten album jak soundtrack swojego życia. Dobrze pamiętam emocje, które wywołał we mnie za pierwszym odsłuchem. Czułem, jakby ktoś wdarł się do mojej głowy, wykradł z niej wszystkie przemyślenia i bolączki, po czym ubrał je w piękne słowa. Choć kiedyś interpretowałem go jedynie przez pryzmat dorastania w małym mieście, dziś doceniam jego szalenie uniwersalny wydźwięk. Wiem, że zostanie ze mną na zawsze.


Korekta: Daniel Łojko

+ pozostałe teksty

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.