Advertisement
KinoRecenzje

O czym śnią roboty? “Pies i Robot” [RECENZJA]

Jakub Nowociński
fot. "Pies i robot" / mat. prasowe Best Film

Pies mieszka w nowojorskiej kamieniczce. Dni spędza beznamiętnie grając w ponga, a między rozgrywkami odgrzewa hermetycznie zafoliowane gotowe dania. Z obojętnością wgapia się w ekran telewizora, przedzierając się przez kolejne kanały dla zabicia czasu. Pewnego wieczoru, spojrzawszy za okno, widzi sąsiadów z naprzeciwka, splątanych w czułej bliskości na salonowej kanapie. Proza jego życia zostaje w moment przerwana przez dojmujące poczucie pustki. Główny bohater animacji Pablo Bergera zdaje sobie sprawę, że jest samotny. Spogląda na tętniące życiem miasto oczami pełnymi smutku. Wtem zauważa w telewizji reklamę dziwacznego, algorytmicznego towarzysza – Robota zaprogramowanego do przyjacielskiej miłości. Podekscytowany, chwyta za słuchawkę telefonu i w pośpiechu wybija numer z ekranu. Składa zamówienie, kładzie się spać i czeka, aż kurier zapuka do drzwi. Rano odpakowuje pudełko i składa blaszane ciało nowego przyjaciela, przykręcając jego kończyny na śrubki.

Hiszpański film jest adaptacją komiksu Sary Baron, a jego akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych w Nowym Jorku. Od pierwszych chwil, gdy wychodzimy z mieszkania Psa, odczuwamy gwar aglomeracji. Przedzieramy się przez chaszcze miejskiej, betonowej dżungli. Poznajemy zrodzone w nim subkultury, między innymi punki, od których warto trzymać się z daleka. Animacja jest laurką dla tego miasta. Pies i Robot korzystają z dobrodziejstw, które im ono oferuje, a widzowie wybierają się z nimi w ekscytującą podróż do Central Parku, barwnego Chinatown czy na sam szczyt tarasu widokowego Empire State Building. Czworonóg i jego metalowy przyjaciel jeżdżą na wrotkach, pałaszują hot-dogi z budki oraz wybierają się promem na plażę, by pluskać się w Atlantyku i podziwiać zachód słońca.

Berger zabiera nas w prawdziwy wojaż, pełen detali (warto zwrócić uwagę na wystrój mieszkania Psa oraz wybór filmów, które ogląda), przez estetykę, muzykę i styl życia szalonych ejtisów w mieście, którego kultura definiowała ten okres. Jeśli myślicie, że Nowy Jork nie może być jeszcze bardziej kolorowy, wyobraźcie sobie, że jego mieszkańcami są wszystkie możliwe gatunki zwierząt. Funkcję lokalnego barbera obejmuje wąsaty Wilk, kurierem jest Byk, a pewnym momencie Pies zaprzyjaźnia się z przebojową Kaczką. Wszyscy oni noszą imiona, zgodne z nazwą swojego gatunku (Kaczka nosi imię Kaczka, Pies nazwa się po prostu Pies), co nie tylko podkreśla urokliwość filmu, lecz jest też świetnie ograne komediowo. Wiąże się z tym kolejny ważny aspekt opowieści, czyli totalny brak dialogu. Zwierzęta nic nie mówią, więc wszystkie emocje odczytujemy z ich mimiki, gestów i towarzyszącej im muzyki.

fot. „Pies i Robot” / mat. prasowe Best Film

Przyjaciele wybierają się nad ocean, by spędzić dzień w blasku piekącego słońca. W porywie beztroskiej chwili zapominają, że Robot nie jest zwierzęciem, przez co jeszcze w pierwszej części filmu dochodzi do nieszczęśliwego wypadku: po wejściu do wody, kompan Psa rdzewieje, nieruchomieje i grzęźnie w piasku. To punkt zwrotny, w którym sielanka bohaterów dobiega końca, a fabuła wędruje w egzystencjalne tony. Bohaterom przygrywa utwór September zespołu Earth, Wind & Earth, który staje się powracającym motywem muzycznym. W trakcie seansu pojawia się kilkukrotnie, w aranżacjach dopasowanych do emocjonalnego tonu wątków. To doskonale dobrana piosenka: recepcja tekstu zmienia się z kontekstem, raz będąc radosną celebracją wspólnie spędzonego czasu, a innym razem wiążąc się z melancholią i utęsknieniem za czymś, co dawno przeminęło. Pojawia się także inny hit lat osiemdziesiątych, Let’s Go The Feelies, którego warstwa liryczna ograniczona jest niemal do całkowitego minimum. Słowa tych piosenek są jedynymi, jakie można usłyszeć w trakcie seansu. Tym samym twórcy produkcji konsekwentnie unikają tłumaczenia nam czegokolwiek, czego mamy sami doświadczyć w spotkaniu z historią.

Bohaterowie filmu narysowani są komiksową kreską. To już trochę oldschoolowa animacja, w której zwierzęta nie mają podkreślonej faktury sierści czy futra, a ich kolory są jednolite. Emocje postaci osadzone są w ich twarzach, które mówią nam wszystko o wewnętrznych rozterkach. Forma animacji pozwala na wyzbycie się jakichkolwiek ograniczeń w kształtowaniu barwnej opowieści, a brak dialogów staje się siłą filmu, choć z początku obawiałem się, że będzie stanowić poważną barierę dla najmłodszej widowni. Moje obawy prędko odeszły w zapomnienie, gdy zauważyłem, że obecne na sali maluchy siedziały w totalnym skupieniu od pierwszej, aż do ostatniej sceny. Pomaga w tym wielość zwrotów akcji, które nie pozwalają widzowi pozostać w obojętności, mimo dość niespiesznego tempa. Ubranie bohaterów w zwierzęce ciała sprawia, że kibicujemy im już od pierwszych momentów. Pies jest uroczą, nieco nieporadną postacią, z którą łatwo empatyzować, szczególnie gdy przechodzi przez kryzys egzystencjalny i traci przyjaciela. Czworonóg musi zmierzyć się z brutalną zmiennością i kruchością relacji, jednak wszystko to podane jest w wyjątkowo lekkostrawny sposób, nawet dla młodego, emocjonalnego widza. Berger podchodzi do tematyki z dużą dozą wrażliwości, a obserwacje rzeczywistości są udelikatniane malowniczością stworzonego przez niego świata.

Od czasu ugrzęźnięcia Robota na zamkniętej na sezon zimowy plaży, fabuła co jakiś czas przekierowuje uwagę na jednego bohatera, a chwilę później z powrotem na drugiego. Każdy z nich próbuje radzić sobie z zastaną sytuacją na własny sposób. Aby poznać perspektywy obydwu z nich, oprócz uczestniczenia w wydarzeniach na jawie, zaglądamy do snów Robota. Gdy metalowy bohater wegetuje w piasku, my wkraczamy do intymnych zakamarków jego umysłu. Znajdujemy tam oniryczny kolaż tęsknot, skrywanych potrzeb i wewnętrznych lęków. To jedne z najbardziej poruszających momentów filmu, gdy niemożność normalnego funkcjonowania Robota w społeczeństwie podkreślana jest jego niespełnionymi wizjami zwyczajnego życia. Jego sytuację możemy interpretować na kilka sposobów: potraktować go jako odrzutka, którego inność warunkuje ograniczenia; postać bliźniaczą z innymi zwierzętami, płacącą cenę za swą nieuważność; po prostu robota, jedynie imitującego autentyczne emocje.

Przeczytaj również:  „Wielki Marty” – w pogoni za wielkością [RECENZJA]
fot. „Pies i Robot” / mat. prasowe Best Film

Nie ma potrzeby, by jednoznacznie kategoryzować relację głównych bohaterów. Reprezentuje ona różnorodne zależności, w których splatają się ludzie. Może być to zarówno uczucie platoniczne, jak i romantyczne. Przyjaźń, jak i miłość. Miłość gejowska lub heteronormatywna. Pies może być homoseksualny, panseksualny lub nieidentyfikujący się z żadną z orientacji. Może mieć płeć, może jej nie mieć. Każdy widz zinterpretuje to na własną rękę w trakcie seansu, lecz w gruncie rzeczy jest to nieistotne. Ważne są uczucia, które towarzyszą podczas seansu. A jest ich cała paleta.

Dojrzalszy widz zmierzy się z emocjami, których z pewnością już doświadczył: potrzebą przynależności, skomplikowaną naturą relacji, ulotnością czasu, przemijania oraz straty. Niesprawiedliwość świata może być natomiast nieco niezrozumiała dla dziecka. Wyobrażam sobie, że dla rodziców, biorących swoje pociechy na seans, będzie on jedynie zaproszeniem do dłuższych, pogłębionych dyskusji. Berger nie tłumaczy, dlaczego świat funkcjonuje w określony sposób, lecz ostrzega, że drastyczne zmiany są nieuniknione, choć trudne do przyjęcia. To prawo naturalne, któremu nie warto się sprzeciwiać. Niektóre relacje mają datę ważności, a osoby pojawiają się w naszym życiu jedynie na określony czas. Pogodzenie się z czyimś odejściem może natomiast zapobiec jeszcze większemu zranieniu. Na poradzenie sobie ze złamanym sercem nie ma uniwersalnej porady, lecz jak najwcześniejsze oswojenie się z tymi myślami bez wątpienia może ułatwić sprawę.

Pies i Robot mówi o tym, jak bierni potrafimy (a czasem musimy) być wobec zachodzących wokół nas zmian. Mimo powagi podejmowanych tematów, Berger w napisanym przez siebie scenariuszu zachowuje niezwykłą lekkość. Nie przygniata emocjonalnie i nie poucza, lecz przedstawia świat z całym dobrodziejstwem inwentarza. Trudne emocje są tu normalizowane, człowiek musi się z nimi zmierzyć, a świat toczy się dalej. W końcu każda sytuacja wydarza się po coś. Jeżeli Pies i Robot chce nas czegoś bezpośrednio nauczyć, to tego, by na plaży zawsze smarować się kremem z filtrem, a blaszane kończyny porządnie olejować.

Korekta: Wiktor Małolepszy, Daniel Łojko
+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.