Advertisement
FilmyKinoRecenzje

Hi, Barbie! Hi, Ken! Recenzja filmu „Barbie”

Jakub Nowociński
Materiały prasowe / Warner Bros. Entertainment Polska

Dobrze żyć w czasach, gdy do kin wchodzi Barbie. Mam poczucie, że biorę udział w monumentalnym, uroczystym wydarzeniu kulturowym, które może mieć znamienne znaczenie dla odrodzenia się kin po ostatnich chudych latach. Imponująca promocja filmu przyniosła oczekiwane efekty; na ulicach widzimy pełno Barbie i Kenów pędzących do kin w różowych stylizacjach i prawdziwie barbiestycznych humorach. Ale o co właściwie tyle hałasu?

W filmie, Barbieland wydaje się spełnieniem mokrych snów Mattela – lalki Barbie nie tylko zapewniają dzieciom niekończącą się zabawę, ale przede wszystkim spełniają marzenia i zmieniają świat na lepsze. Barbie Prezydentka, Barbie Noblistka czy Barbie Sędzia z Sądu Najwyższego są inspiracjami, które pokazują dziewczynkom, że sky is the limit. Dzięki nim w prawdziwym świecie zakończono walkę z seksizmem i mizoginią; Barbie żyją w matriarchacie, w którym wszyscy są szczęśliwi, a każdy dzień jest najlepszym dniem na świecie. Codziennie budzą się z idealną fryzurą i bez porannego oddechu, by spędzić idealny dzień na plaży i zakończyć go imprezą, podczas której wszyscy tańczą opanowaną do perfekcji choreografię. Sielanka staje przed znakiem zapytania, gdy Stereotypowa Barbie, grana przez fantastyczną Margot Robbie, zaczyna przechodzić przez kryzys egzystencjalny.

Wszystko zaczęło się od Robbie, producentki i matki chrzestnej filmu – to ona poszła do Gerwig i poprosiła ją o napisanie scenariusza. Dała jej dużą wolność artystyczną, ale poprosiła o spełnienie jednego marzenia – aby tekst uwzględniał zbudowanie domku dreamhouse z gigantyczną różową zjeżdżalnią. Gerwig napisała scenariusz z Noahem Baumbachem, a gdy Robbie dostała gotowy skrypt, uznała, że film z tak ogromnym rozmachem nie ma najmniejszych szans na otrzymanie zielonego światła od studia filmowego. Widząc efekt finalny, nie dziwią ani jej obawy, ani to, z jaką ekspansywnością promowana jest produkcja. 

Materiały prasowe / Warner Bros. Entertainment Polska

No właśnie – rozmach. Scenografia zachwyca od pierwszych momentów filmu i rośnie w oczach z każdym kolejnym z zauważonych detali. Plan zdjęciowy wygląda jak urzeczywistnienie najskrytszych marzeń każdej dziewczynki oraz każdego chłopca, którzy bawili się lalkami i chcieli, choć na chwilę, przenieść się do ich świata pozbawionego zmartwień i skaz. Set filmowy, a także kostiumy Barbie, są bardzo dobrze znane wszystkim posiadaczom Barbie; zostały one z największą dokładnością przeniesione prosto z projektów Mattela. Dochodzą do tego elementy inspirowane musicalami z lat 50. oraz 60. – cudownie sztuczne, z ręcznie malowanymi ekspresjonistycznymi krajobrazami i niebem w najjaskrawszych kolorach. Wszystko jest błyszczące, intensywne i pompatyczne, a mimo to – zadziwiająco wysmakowane oraz niewywołujące przesycenia.

Barbie to przede wszystkim świetna zabawa. Gerwig i Baumbach napisali scenariusz szalenie błyskotliwy, pełen inteligentnego humoru oraz grający widzowi na nosie; para serwuje nam żarty z prędkością światła, a jeden punchline goni drugi. Greta uznała, że nie może oddać projektu w ręce innego twórcy i musi sama go wyreżyserować. I dobrze się stało; reżyserka wniosła ze sobą do projektu dużą dozę świeżości, lekkość i brak nadęcia, które mógłyby okazać się wypadkowymi tak wielkiej, brawurowej produkcji. Ważny był również brak cynizmu w podejściu do portretowanej przez siebie postaci; w końcu Barbie oraz jej wpływy w kulturze nie są krystaliczne czy pozbawione kompleksowości. Film pokazuje ją jako bohaterkę skomplikowaną i niejednoznaczną, nie gubiąc po drodze niewinnego, dziecięcego optymizmu. 

Zarówno Margot Robbie, jak i Ryan Gosling w roli Kena, wykonali fenomenalną pracę oraz pokazali, że wybitnie radzą sobie w komediowych rolach. Ich postacie są przerysowane, farsowe i groteskowe; każdy z ich bezmyślnych, sztucznych tekstów czy szerokich uśmiechów na twarzach, nieskalanych głębszą refleksją, rozwalał na łopatki i wywoływał salwy śmiechu na sali kinowej. Postać Ameriki Ferrery wprowadza do Barbielandu ludzkie spojrzenie, a jej monolog na temat oczekiwań społeczeństwa wobec kobiet jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów filmu. Świetnie sprawdzają się również chociażby Kate McKinnon jako Dziwna Barbie, Issa Rae jako Barbie Prezydentka czy Michael Cera jako Allan (jedyny nie-Ken w całej różowej krainie). Jeśli nie jesteście zaznajomieni z całą gwiazdorską obsadą filmu, nie zmieniajcie tego i zróbcie sobie niespodziankę, odkrywając podczas seansu coraz to kolejne znajome twarze.

Materiały prasowe / Warner Bros. Entertainment Polska

Aspektem, który wyśmienicie współgra z innymi elementami filmu, jest muzyka, stworzona pod pilnym okiem Marka Ronsona. Duża część utworów została stworzona organicznie, równolegle z czasem produkcji obrazu, dzięki czemu piosenki pięknie harmonizują się z tokiem fabuły. Nie wyobrażam sobie jednej z pierwszych scen filmu, w której Barbie budzi się, by rozpocząć kolejny doskonały dzień w Barbieland, bez akompaniamentu Pink Lizzo. Tak samo, w scenie potańcówki, piosenka Dance The Night Duy Lipy sprawdza się jako idealny podkład do tanecznego popisu Barbie i Kenów. Nie mówiąc już o piosence Kena – I’m Just Ken, którą Ryan Gosling śpiewa w momencie, gdy kryzys egzystencjalny nieoczekiwanie spotyka również jego bohatera.

Przeczytaj również:  „Rodzina do wynajęcia” – Bardziej słodko niż gorzko [RECENZJA]

Barbie nie jest jednak filmem  pozbawionym scenariuszowych pęknięć. Przede wszystkim, w trzecim, ostatnim segmencie traci na tempie oraz strukturze, które we wcześniejszych aktach udawało mu się utrzymywać w idealnych proporcjach. W ostatnich minutach wpada w zbyt ckliwe, pełne egzaltacji i przesadzonego sentymentalizmu tony, w których gubi swój wdzięk i lekkość. Przed premierą Barbie dużo mówiło się o tym, że film ma zaskoczyć, podejmując komentarz społeczny. Tyle już o tym słyszeliśmy, że pozbawiono nas tego elementu zaskoczenia – ale to nie szkodzi. Komentarz nie jest nawet ubrany w wyszukane środki; to satyra, napisana grubą kreską i niekiedy waląca scenariuszową łopatą w twarz. Co ciekawe, w żaden sposób nie ujmuje to filmowi. W tych momentach najbardziej dostrzegalny jest jego urok, płynący z bezgranicznej samoświadomości i dystansu do podejmowanych tematów (lub barbiestycznej iluzji dystansu, która udała się bezbłędnie).

A czego dotyczy ten komentarz? Najpiękniejszym komplementem dla filmu i jego najlepszą reklamą są opinie rozwścieczonych republikanów, które napływają zza oceanu (przynajmniej na ten moment widziałem ich genezę głównie z krainy, która zrodziła lalkę Barbie). Biali hetero mężczyźni zarzucają Grecie Gerwig i Margot Robbie popełnienie filmu propagandowego, antymęskiego i lewicowego w najgorszym (według nich) tego słowa znaczeniu. Biedni, stanęli w obliczu kryzysu poczucia własnej męskości. To niezwykle interesujące, biorąc pod uwagę, że w filmie uprawiany jest feminizm w najczystszym tego słowa znaczeniu. Chyba żyję w bańce, bo nie przestaje mnie zadziwiać, że niektórych potrafi uwierać równość.

Materiały prasowe / Warner Bros. Entertainment Polska

Barbie to kulturowe wydarzenie, na które zasługiwaliśmy. Film prawdopodobnie za chwilę otrzyma status blockbustera, a takich blockbusterów w kinie brakowało. Choć jego główną bohaterką jest lalka, opowiada o człowieczeństwie i ludzkich uczuciach. Mimo że komentarz na temat patriarchatu, jak już wspomniałem, nie jest nowatorski w środkach wyrazu, pozostaje niezwykle ważny i precyzyjny, a myśl o tym, jak gigantyczna ilość osób usłyszy go wkrótce w kinie oraz być może poczuje się dzięki niemu lepiej, rozgrzewa moje serce.

Korekta: Piotr Ponewczyński
+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Barbie z Jeziora Łabędziego, Barbie i 12 tańczących księżniczek

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.