Dwie wieże nad Paryżem, czyli debiut Virgila Verniera – Poszerzając Horyzonty [FELIETON]

Przedmieścia Paryża, niczym księżyce, orbitują wokół pary monumentalnych wieżowców – Mercuriales Zachodnim i Mercuriales Wschodnim, dwóch pozornie odrębnych bytów, połączonych wyjściem ewakuacyjnym i jednym stróżem nocnym. Dowiadujemy się o nich wszystkiego – na ile wystarczy zasilenie z generatora, jakie są procedury przeciw pożarowe, jak często trzeba kontrolować wybrane piętra. Należy pamiętać szczególnie o jednej rzeczy – Tour du Levant i Tour du Ponant nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. Swoją drogą dobrze by było co jakiś czas kontrolować dach – ostatnio ktoś próbował się zabić, a tego raczej firma wolałaby unikać.

Wiedząc to wszystko możesz zaczynać służbę. Witaj w Wieżowcach.

Na niewielkiej przestrzeni między dwoma molochami z betonu pojawia się miejsce na wytworzenie ze sobą relacji – czy to podczas wspólnego papierosa, współdzielonym szybkim brunchu, czy też na imprezie w rytmach techno. Bo choć polityka firmy nie przewiduje związków między stroną Zachodnią i Wschodnią, są takie rzeczy, nad którymi oni nawet nie mają kontroli. I tak, podczas dzielenia nikotynowej chwili uniesienia, wytwarza się nić porozumienia między Lisą i Joane.

Ta pierwsza przyjechała tu prosto z Mołdawii, większość życia spędziwszy jednak w Albanii, za czasów dyktatury Envera Hoxhy. Ta druga nawet nie wie, czym jest Mołdawia, gdzie leży Tirana, a jedynym komentarzem na temat reżimu jaki jest w stanie z siebie wydusić, to powoli wypuszczany dym z płuc. Obydwie jednak nienawidzą swojej pracy w Mercuriales – i to też będzie spoiwem zacieśniającym ich więź, nawet gdy Lisa w popłochu zrezygnuje z tego źródła zarobku.

Zobacz również: Recenzję “Krwii Boga”

Virgil Vernier był skazany na tytułowe budowle od dzieciństwa. Gdziekolwiek by się nie spojrzał, potrafił dostrzec świecące się neony z napisem “Mercuriales” i ten dołujący widok skłonił go do opowiedzenia alegorycznej historii o zatartej granicy między Zachodem i Wschodem. Nie mamy tu jednak jednoznacznego potępienia Mercuriales – będących zarówno zbawieniem francuskiego społeczeństwa (ze względu na ilość miejsc pracy) jak i jego przekleństwem. Najbardziej dobijający jest tu kapitalistyczny determinizm; przekonanie, że każdy będzie skazany na pracę w takim miejscu, pracę w której nie da się spełniać.

W pewnym momencie oddala nas od samych budynków (choć będzie o nich przypominać w niepokojących przebitkach), skupiając się na rodzących się na przedmieściach relacjach. Bezmiłosnej miłości, nieszczęśliwej przyjaźni, apożądalnej seksualności. Otoczenie naszych protagonistek jest na siebie skazane, tak samo jak jest skazane na pracę w korporacjach. Każdy wie kogo unikać, do kogo chodzić po dwa gramy na miły wieczór, gdzie szukać niezobowiązujących zbliżeń. Nic nie jest pozostawione przypadkowi – przypadek w tych czasach jest bowiem nieopłacalny.

Vernier pozornie kontrastuje kreowaną rzeczywistość z dokumentalnymi przebitkami, ukazującymi rytuały, zbrodnie czy inne typy rozkładu współczesnego świata. Problem w tym, że dopiero z czasem uświadamiamy sobie, że te zabiegi montażowe nie są kontrastem, a uzupełnieniem narracji, wypełnieniem luk między każdą inscenizowana rozmową, sceną. Rozbija kreowaną przez siebie sielankę, kierując się poniekąd myślą jednej ze swoich młodocianych bohaterek: Mogę mieć wyobrażenie, jak wygląda niebo, ale jestem przekonana, że piekło jest płomieniami.

Na Paryż uwielbia patrzeć w szczególności oczami Lisy, dla której ta legendarna metropolia miała być przepustką do wielkiego świata. Jedyne jednak co potrafi jej ona zaoferować to nisko płatną umowę, obietnicę “nieodległego” awansu i  zagrożenia, czyhające praktycznie za każdym rogiem. Zbawieniem zdaje się być Joane i jej pokazy tańca brzucha w miejscowym, wyzwolonym klubie, okraszone głośną dawką francuskiego techno. Ale przecież to wszystko mogłaby mieć w domu – no może poza techno i Joane, ale bez tego pierwszego da się (podobno) przeżyć, a dla Joan zawsze znajdzie się zastępstwo.

Zobacz również: Recenzję “Waranów z Komodo”

Nawet osiedla są dołującymi wytworami socrealistycznej architektury albo budżetowego modernizmu. Czym więc Paryż różni się od Tirany, gdy nawet widok na wieżę Eiffela jest przysłonięty przez obskurne budynki?

Wieżowce z początku wydawały mi się całkowicie nieudanym eksperymentem. Ot kolejnym zlepkiem scen, połączonych komentarzem społeczno-politycznym, jak na każdą francuską produkcję czerpiącą garściami ze spuścizny Nowej Fali przystało. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że mamy do czynienia nie z zadufanym w sobie artystą, aspirującym do miana twórcy awangardowego, a mistrzem narracji. W końcu w realiach jego Francji, tylko fragmenty życia są ważne i tylko chwilami budowane relacje są czymś wyjątkowym, czymś pozwalającym wyrwać się z marazmu codzienności.

Wtem w tym niezwykłym świecie, pojawia się jedna wielka klisza w postaci wyjazdu na wieś. Vernier łamie niezwykłość swoich bohaterek – okazuje się, że i one miały dziadków interesujących się sportem, że i one czerpią przyjemność z ucieczki z miasta. Ale i ta klisza staje się tutaj magiczna – będąc jedyną oazą spokoju w jakiej znajdziemy się w całej produkcji. Jedyną chwilą wyciszenia i kontemplacji więzi między nami, widzami, a bohaterkami. Wtedy też uświadamiamy sobie, że choć wiemy o nich wciąż tak niewiele, zwyczajnie zależy nam na ich szczęściu. Problem w tym, że by je osiągnąć nie wystarczą już dwa mocniejsze buchy, ale jakieś mocniejsze źródło wrażeń.

Zobacz również: Recenzję filmu “Kobieta idzie na wojnę”

W swoim słodko-gorzkim zakończeniu Vernier z jednej strony pozostawia swoje bohaterki bez większych perspektyw; z drugiej – w spokojnej i stabilnej sytuacji. Z tym że to nie ich losami zdaje się przejmować przez cały czas trwania, to nie one, mimo stania w centrum całej opowieści, będą jej najważniejszą częścią – reżyser wyraża jedynie troskę o Zachodnią Europę, w której jedynym źródłem uciech jest striptizer w stroju Iron-Mana, a jedynymi stałymi dwie wieże jawiące się na horyzoncie.

Nie wątpię, że w Sofii Antopolis nadal będzie poszukiwać odpowiedzi, dokąd zmierza Zachód i jakie są skutki kapitalizmu. Nie wątpię również, że prawdopodobnie nie uda mu się jej znaleźć, ale w wyrwanych z kontekstu fragmentach opowieści będzie wypatrywał nadziei, że kiedyś mu się to uda.

Szanse są na to tym większe, bo już w debiucie udało mu się odnaleźć jego własny, definiujący styl. Gdy dla wielu początkujących twórców fragmenty, epizody są jedynie początkiem tworzenia historii, to dla niego fragmenty są całą historią, zamkniętą na małej, dusznej przestrzeni. Na przykład między dwoma wieżowcami, Zachodnim i Wschodnim. Należy jednak pamiętać, że nic ich nie powinno łączyć… czy może jednak nie?


Na Festiwalu Nowe Horyzonty, będzie można zobaczyć najnowszy film fabularny Virgila Verniera, “Sofię Antopolis”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.