FestiwaleFilmyKinoRecenzje

Film (a)muzealny. Recenzujemy nagrodzone Złotymi Lwami “Wszystkie nasze strachy”

Maciej Kędziora
Wszystkie nasze strachy
Kadr z filmu "Wszystkie nasze strachy" / © Jarosław Sosiński

„Zrobiłbyś lepiej strachy na dziki”, słyszy Daniel Rycharski w jednej ze scen nagrodzonego Złotymi Lwami filmu Łukasza Gutta i Łukasza Rondudy. Artysta weźmie sobie te słowa do serca, a Strachy, pisane już z wielkiej litery, staną w centrum jego pierwszej indywidualnej wystawy. Nie ta przestrzeń będzie dla niego najważniejsza – ich celem, jak i całej sztuki Rycharskiego, jest rezonowanie, czy może koegzystencja z mieszkańcami Kurówka. 

Twórczość Rondudy opierała się dotychczas na zderzających się ze sobą przeciwnościach. Główny bohater Performera Oskar Dawicki, rywalizując z postacią Andrzeja Chyry (nieprzypadkowo nazwanego „Najdroższym”), przeciwstawiał się komercjalizacji sztuki. Serce miłości zestawiało ze sobą radykalne potrzeby bliskości i indywidualności, wnikając w relację Zuzanny Bartoszek z Wojciechem Bąkowskim. Narrację „wierzący/gej” – w oczach mediów przedstawianą krańcowo – Wszystkie nasze strachy skupiają w postaci Daniela Rycharskiego, stawiając ją jako punkt wyjścia, soczewkę rzeczywistości.

W pewnej opozycji do swoich wcześniejszych dwóch filmów, pięknych wizualnie, acz bardzo wsobnych, będących transpozycją dialogu akademickiego na wielki ekran, Wszystkie nasze strachy – podobnie jak sztuka Rycharskiego – są dziełem przystępnym. Reżyserzy nie zdecydowali się pójść drogą przynależną wielkomiejskim narracjom. Można przecież wyobrazić sobie film o Rycharskim nakręcony z perspektywy warszawskiej – sprowadzić go do chodzącego paradoksu, uczynić z jego życia kolejny przedmiot muzealny, a każdy oddech i gest potraktować jako ruch performatywny. Ronduda z Guttem wyłamują się z tego łatwego schematu, tworząc świat, który jest zrodzony z ich głównego bohatera, kolorując go jego barwami, opisując niedoskonałymi dialogami, skupiając się na kompleksowości; zarówno otoczenia jak i tożsamości samego protagonisty.

Inną metodę obiera także Dawid Ogrodnik, w ostatnich latach ekspresywnością swojej formy aktorskiej nieraz szkodzący granym przez niego postaciom. Nie próbuje ostentacyjnie imitować swojego pierwowzoru, nie skupia się na odtwarzaniu rzeczywistości (jak zresztą podkreśla w wywiadzie z Olą Salwą dla miesięcznika Kino, świadomym założeniem zarówno scenariuszowym, jak i aktorskim było niepopadanie w konieczność oddawania życia artysty jeden do jednego). Wywodzi swojego Daniela z pęknięcia – momentu kryzysu, zwątpienia w instytucję Kościoła, a także osamotnienia. Buduje go na poczuciu winy; gdy przyjaciółka Rycharskiego popełnia samobójstwo na skutek powtarzających się homofobicznych ataków, decyduje się on namówić sąsiadów na wspólną drogę krzyżową.

Wszystkie nasze strachy
Kadr z filmu “Wszystkie nasze strachy” / © Jarosław Sosiński

Kreując ekranowego Daniela, Ogrodnik stawia na wstrzemięźliwość. Obserwujemy go w aktach twórczych (wówczas króluje sztuka), podczas przejażdżek na motorze (na pierwszym planie wiejskie pejzaże), w trakcie rozmów z innymi (pozostając często wobec nich na drugim planie). W narracji Wszystkich naszych strachów główny bohater jest często punktem, wokół którego orbituje świat. Rycharski zwykle pozostaje obserwatorem (raz czynnym, a raz biernym), choćby w scenie w samochodzie, gdy sięga po telefon, by uwiecznić miłość dwóch bliskich mu dziewczyn, zachęcając je do wyrazu artystycznego (śpiewając: „pochwa, pochwa, pochwalony”). W tym kontekście jeszcze bardziej znaczący jest akt Daniela – w pewnym momencie chwyta za krzyż i maszeruje z nim po ulicach miasta, jeszcze silniej akcentując istotę tego wydarzenia.

I

Humanistyczna czy może humanizująca myśl napędza Wszystkie nasze strachy. Unikając krzywdzącej stereotypizacji, twórcy naświetlają kontekst każdej z ekranowych postaci, obchodząc się bez szufladkowania. „Ludzie, nie ideologia”, zdaje się mówić każdą sceną opowieść współpisana nie tylko przez Rondudę, ale też Katarzynę Sarnowską oraz Michała Oleszczyka.

Przeczytaj również:  "Nieśmiertelny Hulk" - Najstraszniejsze co w nas żyje [RECENZJA]

Ludzie nie zawsze są jednak dobrzy. Wieś, w której mieszka Daniel to zarówno wspierająca babcia, cerująca mu odpadające „elgiebety” (jedno z największych mikrowzruszeń doświadczonych w polskim kinie), tęczowe paski przyszywane przez artystę do swojej bluzy, jak i homofobiczny brat jego partnera, wykrzykujący nienawistne hasła pod domami. Reżyserzy nie próbują jednak zdefiniować, jaka jest współczesna wieś, nie czują się do tego uprawnieni – pokazują po prostu, jak najbardziej realistycznie, nieoceniająco, jaka rzeczywistość otacza ich bohatera.

Także pod względem swojego własnego środowiska, kreśląc postać kuratora sztuki, co i raz zachwycającego się nową twórczością Rycharskiego, przewożącego jego kolejne dzieła do Warszawy. Dominuje w nim wieczne poczucie lepszości, jakoby to on był lepszym patronem i partnerem do dyskusji dla artysty niż otaczające go osoby. Usilnie próbuje przekonać go, że przestrzenią wystawową nie powinny być rodzime miejsca, a muzea, że dopiero tam zostanie zrozumiany. I znów, jedna scena definiuje jego nieprzystawalność i niezrozumienie rzeczywistości Daniela – wtedy gdy zupełnie nieporadnie, w oczekiwaniu na wyrażenie kolejnego zachwytu i udawanego zrozumienia dla kontekstów sztuki Rycharskiego, próbuje złapać na życzenie babci kurę.

Wszystkie nasze strachy
Kadr z filmu “Wszystkie nasze strachy” / © Jarosław Sosiński

Udawane zrozumienie – choć już nie kuratora, a osób tworzących narracje sztuki współczesnej – kontekstów i postaci Rycharskiego widać również na konferencji prasowej. Daniel nie odzywa się ani słowem, a zalew pytań i interpretacji zlewa się w szum. Ukute na potrzeby chwili definicje istoty pracy artysty, często nie mają wiele wspólnego z jego faktyczną wizją. To kolejna narracja wykluczeniowa – ludowy, queerowy artysta prezentuje głęboko osobiste dzieło, a intelektualiści objaśniają mu świat.

II

Kino i szerzej działalność Łukasza Rondudy zawsze stanowiły dla mnie imponujący przykład pragnienia popularyzacji sztuki współczesnej. Zarówno w wymiarach teoretycznych (liczne publikacje, z książką „Kino-sztuka” na czele), muzealnych (gdzie jako kurator szuka jak rozleglejszej perspektywy artystycznej współczesności), jak i filmowych. Twórczość ekranowa Rondudy jest bowiem przedłużeniem jego codziennej działalności – ekspozycją tego co jego zdaniem najciekawsze, próbą zrozumienia, przemówienia głosem osób, o których opowiada.

Ronduda pozostaje kuratorem również wewnątrz swoich dzieł. Jego poetyka autorska polega na byciu kameleonem; interpretacji, analizie i  ukazywaniu percepcji świata przedstawionego, z której opowiada ekranowa osoba tworząca. Do tej metody dołącza również współreżyser, a także autor zdjęć Łukasz Gutt – kamerujący w sposób, w który mogliby kamerować jego bohaterowie i bohaterka. Trudno doszukiwać się punktów wspólnych między blichtrem, instagramowością, perfekcjonizmem Serca miłości a naturalizmem Wszystkich naszych strachów – tak samo jak trudno poszukiwać stycznych elementów sztuki Bąkowskiego i Rycharskiego. Ich zadaniem jest pewne filmowe cieniowanie świata (jak i świadome pozostawanie w cieniu), kreowanego wcześniej w różnych przestrzeniach ekspresji twórczej przez postaci.

Pojedyncze kadry iluminacji – słońca wyłaniającego się zza pagórka, stojącego przed ołtarzem Daniela, wreszcie finalne ukazanie Strachów – tworzą imaginarium dzieła. Jest coś frapującego w fotografiach Gutta. Celowo mówię fotografiach (pojedynczych obrazach), a nie zdjęciach (w kontekście operatorskich sekwencji), bo to właśnie one zostają najdłużej. Wszystkie nasze strachy nie wyglądają na imponujące pod względem wizualnym w trakcie seansu, można nawet żałować, że nie doświadczamy dopracowanych ornamentów jak w Sercu miłości czy Kamerdynerze. Jednak znacznie bardziej niż każda wcześniejsza jego praca, zapadają w pamięci, powracając do nas w migawkach – o jego filmie można myśleć jak o pracach Rycharskiego, zarówno w kontekście ciągu narracyjnego, jak i osobnych dzieł.

Przeczytaj również:  Wong Kar Wai dziś. Emocje pokolenia?

III

Narracje rodzinne Daniela rozgrywają się w dwóch ujęciach – jego codziennej relacji z babcią, jak i odcinającej się od niego postaci ojca. Babciny dom będzie dla bohatera bezpieczną przestrzenią, zawsze rozświetlony, epatujący jej ciepłem. To tu roztaczać się będzie to, co we Wszystkich naszych strachach urocze i kojące – możliwość otwartości, tolerancji, uosobiona w postaci Marii Maj (swoją drogą, nagrodzonej niegdyś w Gdyni za inny film o próbie pojednania, Moje pieczone kurczaki Iwony Siekierzyńskiej).

Wszystkie nasze strachy
Kadr z filmu “Wszystkie nasze strachy” / © Jarosław Sosiński

Z drugiej strony polaryzująco inną postawę będzie prezentować ojciec. Milczący, ignorujący, przeoczający. Andrzej Chyra, ostatnio obsadzany coraz częściej w rolach powolnie chodzących, naznaczonych erozją, sfrustrowanych tudzież złych mężczyzn (Żołnierz w Śniegu już nigdy nie będzie, Bogdan w Weselu, Sekretarz w Żeby nie było śladów), i tu będzie kontynuował tę tendencję. Z jedną, znaczącą różnicą – w wymienionych przeze mnie produkcjach jego ekranowa persona często miała marginalne znaczenie dla narracji. Z kolei w Strachach jest postacią kluczową, nie tyle dla historii, co dla samego Daniela. Ronduda z Guttem znów z maestrią ujmują znaczenie jego postaci w jednej scenie – przed kościołem dochodzi do konfrontacji z Rycharskim. Nie będzie kolejnego już w emploi aktora nawrócenia – homofobiczny ojciec nie jest Lucjanem Bohmem z Komornika, który na skutek zobaczenia ikony Matki Boskiej nawraca się i wchodzi na dobrą ścieżkę.

W szerszym kontekście Wszystkie nasze strachy pokazują znaczenie pojedynczych interakcji na resztę naszego życia. Pojedynczych słów, gestów, potrafiących ranić, zostawiających palące znamiona. Dialogów nie ma tu wiele, ale każdy z nich rezonuje, scenariusz zwraca uwagę na kwestie, pojedyncze słowa, i podnosi ich istotę – to być może jest najważniejsza nauka Strachów, przypominająca o istocie ważenia na to, co mówimy.

IV

Obcowanie ze sztuką Daniela Rycharskiego było dla mnie – wciąż młodego chłopaka – ważnym odkryciem. Z niezrozumieniem sztuki współczesnej wiązałem ogromne poczucie wstydu. Nie wiedziałem często na co patrzę, nie potrafiłem odnaleźć siebie w obrazach i rzeźbach, czułem się zwyczajnie głupi, nieprzystający do środowiska. W pretensjonalności próbowałem ukryć swoją niewiedzę, za każdym razem mierząc się z czymś, co mnie przerastało.

Strachy
Daniel Rycharski w Kurówku, styczeń 2019, dokumentacja scenariuszowa / © Michał Oleszczyk –> www.facebook.com/michal.oleszczyk/posts/10158035361066541

Strachy były dla mnie przełomem. Poczułem, że obcuję ze sztuką, która jest (także dla mnie) inkluzywna, sztuką operującą uniwersalnymi symbolami, zrozumiałymi kodami. Poczułem także, że jego dzieła w swojej dostępności zaczęły do mnie przemawiać w różnych formach – w tym w tej tożsamościowej, gdzie wreszcie poczułem się zrozumiany, ale co ważniejsze– dzięki której mogłem lepiej zrozumieć siebie.

Wszystkie nasze strachy także są inkluzywne, oparte na misji łączenia, a nie dzielenia. Gdy wokół pojawiają się głosy, że ten film „wywoła debatę”, mam nadzieję, że w miejsce „debaty”, często zaognionej, pojawi się „dyskusja”. Cierpliwa, pozwalająca na zrozumienie, na otwarcie. Pozostając w wierze, że kino ma zdolności terapeutyczne, liczę, że podobnie jak istota sztuki Daniela Rycharskiego – mająca na celu reformację – tak samo i film wpłynie na widownię, otworzy na inność. Że narracja osób doświadczających wykluczenia wreszcie doprowadzi do zrozumienia.

Ocena

7.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.