“Wielkie kłamstewka” – Sezon 2 [PIERWSZE WRAŻENIA]

Niemal 2 lata temu Wielkie kłamstewka zostawiły nas z niesamowitym plot twistem, zawieszonym w powietrzu śledztwem i znajdującymi się nad przepaścią bohaterkami. Madeline, Celeste, Jane, Renata i Bonnie połączyło pewne wydarzenie, więzy krwi zostały zawiązane. Wszystkie żyją pod przysięgą. Powinien je teraz czekać powrót do normalności, ale w spokojnym, nadmorskim Monterey każdy pamięta i wszyscy wiedzą. Sprawy zaczynają dodatkowo komplikować nowo przybyli goście. Nie będę trzymał was w niepewności, czy nowy sezon trzyma poziom. Bądźcie zatem spokojni – trzyma, ale to nowa odsłona.

Zobacz też: Promieniowanie po “Czarnobylu”

Sporo musiało ulec zmianie. Perypetie silnych kobiecych figur z zamożnego miasteczka to już nie macierzyńska gra o tron i dochodzeniowa narracja z sąsiedzkimi komentarzami w tle. Dość powiedzieć, że przechodzimy we współczesny tryb wydarzeń. Zabójstwo, które wydarzyło się tamtego dnia rezonuje i jeszcze bardziej napędza spiralę podejrzeń i podskórnych niesnasek. Ale jeśli nie mamy krwiożerczych starć w rytm rodzicielskiego darwinizmu społecznego, to czy produkcja Davida E. Kelleya coś w ogóle traci? Wręcz przeciwnie. Tyle że miast kuć miecze, wybijają tarcze.

Sezon drugi już na starcie konstytuuje się jako twór sam w sobie, a nie jakaś mizerna prolongata poprzednika. Mamy niepowtarzalną okazję lepiej poznać wszystkie 5 bohaterek, czego wcześniej nam szczędzono. Rozmywa się integralność protagonizmu, a Renata czy Bonnie okazują się bardziej złożonymi charakterami, niż sugerowałyby ich powierzchowności. Również samce otrzymują pieczołowite pociągnięcia pędzlem, mimo fizycznej nieobecności jednego z mężów. Tak więc fani Edda, Nathana i Gordona mogą trzymać kciuki, bo sfeminizowani panowie to w końcu też ludzie. Początkowo zawiedziony jestem trochę wątkami dzieciaków, bo choć wiem, że ogólnie są one li tylko pretekstem dla relacji ich starszych, to zbyt często są one traktowane po łebkach, jako totemy i znaki – tutaj najwidoczniej odzwierciedla to motyw Grethy Thunberg w szkolnych ławkach. Ale myślę, że sam argument o mocniejszym rozwinięciu drugoplanowych postaci jest pewnym wyznacznikiem – mówimy tu bowiem o serialu już pełnym trójwymiarowych bohaterów, który naprawdę zachwycał ich psychologicznym galimatiasem. Jeśli mamy tutaj krok naprzód, to to jest coś.

Zobacz też: Reżyserka “Królowej Kier”, May el-Toukhy: “Nie wiem, jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

Z kolei tytułowe kłamstewka mocno przybijają się do dna i jeszcze bardziej kłują kruche wnętrze naszych faworytek. Andrea Arnold, reżyserka sezonu, idealnie odbija prześwitujące traumy i wspomnienia, jest bardzo blisko swoich bohaterów; daleko jednak temu do obiektywizmu, to bardziej przeskakujący transsubiektywizm. Każdy widz po zetknięciu się z Wielkimi kłamstewkami wie, że ta podszewka kobiecego melodramatu przechodzi w rejony instynktownych emocji i wielkich portretów psychologicznych. Te nietuzinkowe skądinąd zmagania się ze stratą, własną winą i małżeńskim kryzysem przędzone są precyzyjną nicią porozumienia z publicznością. Uczestników serialowego teatru da się lubić, bo ich grube rysy możemy empatycznie prześwietlić. Co z tego, że ich rodziny nie muszą się za bardzo martwić o swój status majątkowy, jeśli targają nimi tak bliskie nam uczucia? Na praktyczny socjalizm filmowy przyjdzie czas. Perfect life is a perfect lie pozostaje w swojej mocy, a ile razy zazdrościmy Renacie czy Madeline przebojowego miru w ich domowych willach, tyle przekonujemy się w jak wyreżyserowanych projekcjach próbują one żyć. Że nawiedzające je sekrety w końcu rozsadzą je od środka.

Ogromnym nimbem odbija się występ Meryl Streep w serialu. Jakby brakowało tutaj ikonicznych aktorek! Jej głęboko dotknięta tragedią figura matki to przedłużenie kryminalnej zagadki śmierci Perry’ego, którą miejscowa policja coraz mniej się interesuje. Babcia Mary-Louise jest w stanie zrobić wiele, by wyprzeć winy syna, zbadać zakulisowo tę sprawę i ponaprzykrzać się przy okazji naszej piątce protagonistek. Sam byłem sceptyczny wobec upychania do produkcji Żelaznej Damy, ale, jak się okazuje, to idealny komponent dramatyczny, który faktycznie ma napędzać główną oś fabularną. Choć krzyżuje ona idealny układ naszego kwintetu, ciężko z nią nie sympatyzować – to twarda babka, którą nie definiuje tylko żądza prawdy, ale też rodzinne ciepło i sama potrzeba rodziny. U Kelleya postacie, zwłaszcza feminy, to fantastycznie zniuansowane sylwetki, gdzie każdy i każda to jakiś konkretny charakter, który nie działa ot tak.

Zobacz też: 5. sezon “Black Mirror” [RECENZJA]

Dobra wiadomość jest zatem taka, że czekają nas urokliwe wakacje w Monterey. Obsada Big Little Lies to aktualnie najbardziej wyrafinowany skład telewizji, z Nicole Kidman, Resse Witherspoon, Shailene Woodley, Laurą Dern, Zoë Kravitz oraz Meryl Streep na czele. Wydaje nam się, że znamy już prawdę, skrytą za fasadą kłamstw. Prawda jest jednak tutaj iluzoryczna, a żałośnie maskujące ją bohaterki odkrywają coraz więcej własnych słabości i uchybień. Nie wiem jak wy, ale ja z przyjemnością i rozrzewnieniem będę śledził ich feministyczną dramę, bo to wciąż najlepsza współczesna obyczajówka, na którą zasługujemy i której potrzebujemy jak tlenu.

Polska premiera już w poniedziałek 10 czerwca (jutro). Kolejne odcinki co tydzień na platformie HBO.

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.