“Jeszcze Dzień Życia” – Recenzja

Rok 1975. Afryka zrywa z siebie kajdany kolonializmu i staje przed wielkim wyzwaniem, jakim jest niepodległość. Jeden z ostatnich krajów, który odzyskuje wolność to Angola, dotychczas portugalska kolonia. Portugalczycy masowo opuszczają swoje domy, pakują dobytki w skrzynie i opuszczają Czarny Ląd. W kraju dochodzi do wojny domowej. Po jednej stronie staje MPLA wspierane przez Kubę i Związek Radziecki, z drugiej natomiast UNITA i FNLA z pomocną dłonią Stanów Zjednoczonych. MPLA postuluje utworzenie rządu w Luandzie. Większość pozostałych ziem znajduje się w rękach ich przeciwników. Luanda z tego okresu przypomina przedsionek piekła, z którego ucieka każdy człowiek o zdrowych zmysłach, okiem pełnym nadziei patrząc na porty i lotniska.

Kadr z filmu “Jeszcze Dzień Życia”

Wzrok jednego człowieka zwrócony jest w kierunku południowego frontu. Tym człowiekiem jest Ryszard Kapuściński: polski dziennikarz, który odegra w tym konflikcie niebagatelną rolę. Jego wspomnienia posłużą mu później do napisania książki “Jeszcze dzień życia”, a ta, kilkadziesiąt lat później, stanie się inspiracją dla Damiana NenowaRaula de la Fuente do przeniesienia historii na duży ekran. I choć może się zdawać, że o wojnie napisano, nagrano i nakręcono już tyle, że trudno w tym temacie o coś nowego i świeżego, zdolni twórcy udowodnią, że istnieje jeszcze mnóstwo do powiedzenia.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Polski dziennikarz chce dostać się na front południowy, jednak lokalne władze nie chcą się na to zgodzić, widząc w Kapuścińskim szaleńca, który prosi się o śmierć. Z pewnością nie podejrzewa on, że wszystkie jego przygody: począwszy od prób uzyskania przepustki, poprzez szczerą fascynację klimatem angolskich slumsów, podróż samochodami i konwojami na południe, relacje z poznanymi bojownikami oraz słynnym generałem Farusco, a na uniesieniu ogromnego ciężaru, który zatrzęsie w posadach jego etyką dziennikarską skończywszy, zostaną nagrane w formie hipnotyzującej animacji, przypominającej Walc z Baszirem. Wspomniana animacja stanie się kluczem w próbie przekazania widzowi sposobu funkcjonowania umysłu człowieka na wojnie, człowieka przemęczonego, przerażonego i zdeterminowanego. Wspomniana animacja zniesie granice między tym, co realne, a tym co goni człowieka w koszmarach i o czym przypominają mu wyrzuty sumienia. Wspomniana animacja pozwoli powołać z powrotem do życia ludzi, którzy stracili życie na bezlitosnej wojnie. Ludzi, którzy prosili, żeby reporter zrobił im zdjęcie, będąc świadomymi, że może to być jedyna pamiątka, która zostanie po nich na świecie.

Kadr z filmu “Jeszcze Dzień Życia”

Nie mam żadnej wątpliwości, że gdy po latach w kinach pojawi się “Jeszcze dzień życia”, skłoni on widzów do wielu rozmyślań: na temat odpowiedzialności zachodniej cywilizacji za sytuację polityczną w Afryce, na temat roli dziennikarza na wojnie i etyki tego zawodu, na temat wartości życia ludzkiego. Stanie się to z pomocą reporterskich zdjęć i wywiadów z żyjącymi nadal uczestnikami współczesnych wydarzeń, przeplatanych akcją i niepokojąco pięknymi obrazami zniszczonego przez wojnę kraju.

Zobacz Również: Dom, który zbudował Jack – recenzja

Mogę Was zapewnić, że w 2018 roku, podczas festiwalu filmowego Nowe Horyzonty we Wrocławiu, jeden z redaktorów portalu Filmawka wyjdzie z seansu Jeszcze dnia życia z zachwytem, tytułując produkcję najlepszym filmem festiwalu i polecając ją możliwie najgoręcej jak to tylko możliwe wszystkim czytelnikom. Choćby dlatego, że takie kino prawdziwie poszerza ludzkie horyzonty, odkrywając przed nami kolejny kawałek brutalnej, ale pasjonującej historii świata, czyniąc to, co więcej, w tak hipnotyzujący i oryginalny sposób, że jakaś magiczna moc kina przeniesie was do Angoli w roku 1975 i dopiero po 90 minutach sprowadzi z wojskowego jeepa z powrotem do kinowego fotela.

4.5/5

Film “Jeszcze Dzień Życia”  wejdzie do ogólnopolskiej dystrybucji 2.11.2018 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.