„Fiord” – Nikt nie ma racji | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Druga Złota Palma zdobyta dziewiętnaście lat po zwycięstwie 4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni, to nie tylko kolejny wielki sukces Cristiana Mungiu, ale także przypomnienie, że rumuńskie kino, które na początku XXI wieku zyskało międzynarodową rozpoznawalność jako rumuńska nowa fala, wciąż mówi wyrazistym i bardzo aktualnym głosem. Przez ten czas nie doczekaliśmy się w Polsce podobnej fali kina, która przetwarzałaby nasze potransformacyjne lęki i obrazowała rzeczywistość zawieszoną pomiędzy widmem postkomunistycznej traumy, głęboko zakorzenionym konserwatyzmem a aspiracją do europejskości i progresu. Oto zdanie, które pewnie dobrze już znacie: Rumuni potrafią opowiadać o Polakach lepiej niż Polacy. W tej kwestii na razie nic się nie zmienia.
W swoim najnowszym filmie Mungiu po raz pierwszy opuszcza ojczyznę, osadzając akcję w małej norweskiej miejscowości. W centrum Fiordu znajduje się norwesko-rumuńska rodzina Gheorghiu, która po długim czasie spędzonym w Bukareszcie przeprowadza się do rodzinnej miejscowości Lisbet (Renate Reinsve), matki pięciorga dzieci. Kobieta szybko znajduje pracę jako opiekunka w domu spokojnej starości, a jej pochodzący z Rumunii mąż, Mihai (Sebastian Stan), w dziale IT miejscowego urzędu. Miejsce, w którym zamieszkali, sprawia wrażenie krańca świata – kilka czerwonych domków wciśniętych w fiord, wokół lodowata woda i górski krajobraz. W najbliższym sąsiedztwie mieszka tylko rodzina dyrektorka szkoły, z którego córką zaprzyjaźnia się najstarsza dwójka z piątki rodzeństwa Gheorghiu – Elia i Emmanuel. Łatwo poczuć ciasność tego miejsca – tam, gdzie wszyscy podają sobie rękę, każda odmienność staje się widoczna.
Lisbet i Mihai wychowują dzieci w duchu surowego, niemal ortodoksyjnego chrześcijaństwa. Dzieci codziennie się modlą, śpiewają religijne piosenki i zdają ojcowskie testy ze znajomości Biblii. Nie znają współczesnej muzyki, nie mają telefonów komórkowych i nie korzystają z YouTube’a. W miejscu, do którego przyjechali – opartym na liberalnych wartościach i nordyckim modelu państwa opiekuńczego – wzbudza to coraz silniejszy niepokój. Ale przecież nie można kogoś karać za same poglądy, jednocześnie deklarując otwartość i radykalną gościnność. Zanim norwesko-rumuńska rodzina zderzy się z systemem opieki społecznej, musi dojść do namacalnego dowodu, że dzieciom wyrządzona jest krzywda. Wtedy Fiord może zacząć rozgrywać swój najważniejszy konflikt: między autonomią rodziny i prawem do wychowywania dzieci według własnego systemu wartości a prawem państwa do ingerowania w jej życie w imię ochrony najmłodszych.

Nie warto zdradzać dalszych szczegółów fabuły. Prawdziwą przyjemnością jest powolne odkrywanie kolejnych motywów, stopniowo i niespiesznie odsłanianych przez Mungiu, który co jakiś czas wykorzystuje przy tym fabularne zmyłki. Przez dwie i pół godziny reżyser prowadzi z widownią wyrafinowany dialog: zamiast podsuwać proste odpowiedzi, konsekwentnie mnoży pytania i pozbawia nas komfortu moralnej wyższości.
Fiord nie jest klasycznym dramatem o starciu jednostki z opresyjnym systemem, gdzie racje są jasno podzielone, a opowiedzenie się po którejś ze stron przychodzi bez trudności. Mungiu buduje swój film na niuansach. Interesuje go moment, w którym troska o drugiego człowieka niepostrzeżenie przechodzi w paternalistyczną kontrolę, a ochrona przed przemocą staje się roszczeniem do narzucania jedynego słusznego modelu życia. Mungiu nie sugeruje przy tym, że każda ingerencja z zewnątrz jest z definicji nadużyciem, a opieka społeczna państwa nie jest nam potrzebna. Przeciwnie – jego film pozostawia otwartą możliwość, że za językiem rodzinnej autonomii i prawa do własnych wartości rzeczywiście kryje się przemoc, której nie można usprawiedliwić kulturową odmiennością. To zresztą właśnie tutaj Fiord zaczyna mówić także o Polsce – o społeczeństwie, które, podobnie jak rodzina Gheorghiu, próbuje pogodzić przywiązanie do tradycyjnych wartości z wyobrażeniem liberalnej, zsekularyzowanej Europy, do której od lat aspiruje.
W tej historii nie ma prostego podziału na czarne i białe – po obu stronach konfliktu można znaleźć zarówno szczerą troskę, dobre intencje, jak i przemoc. Rumuński reżyser bardzo świadomie buduje w nas ambiwalentny stosunek do Lisbet i Mihaia. Nie pokazuje zbyt wielu bezpośrednich interakcji czy momentów czułości między małżeństwem, a jeśli już to robi, pozostaje powściągliwy. Upewnia się, że wiemy o nich wystarczająco dużo, by wyrobić sobie zdanie, i zarazem zdecydowanie za mało, by potwierdzić jego słuszność. Ostatecznie i tak staniemy po którejś ze stron – bez względu na to, z jakim systemem wartości weszliśmy do kina, albo na to, kto w trakcie seansu zdołał nas do siebie wystarczająco przekonać.
Aktorski naturalizm podtrzymuje tę ambiwalencję. Ani norweska Renate Reinsve, ani pochodzący z Rumunii Sebastian Stan nie mają scen, w których od emocji buzowałby ekran. Pozwalają sobie na wyrazistszą postawę jedynie w starciu z systemem, gdy bronią swoich racji, by w pozostałych scenach natychmiast wrócić do oszczędnych, powściągliwych tonów.

Ta inscenizacyjna rezerwa znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w obrazie. Dominująca, niebieskawo-szara paleta surowego, górskiego krajobrazu buduje przestrzeń przesiąkniętą chłodem i podskórnym niepokojem, w której wyobcowanie staje się niemal fizycznie odczuwalne. Z kolei operator Tudor Panduru konsekwentnie stosuje szerokie kadry, utrzymując dystans między postaciami a widownią. Ten zabieg wizualnie podkreśla ich izolację w obcym środowisku, a nam odbiera możliwość podglądania z bliska ich emocjonalnych reakcji. Kamera nie szuka tu zresztą wizualnego efekciarstwa – działa dyskretnie i podporządkowuje się akcji, która wydarza się głównie w dialogach. To wszystko składa się na niezwykle spójny, konsekwentny język filmu. Każda decyzja formalna potwierdza, że jest to kino, który doskonale wie, o czym i jak chce opowiadać.
Zarówno na poziomie realizatorskim, jak i scenariuszowym Fiordowi trudno cokolwiek zarzucić, choć zabrakło mi w tym filmie prawdziwego kinofilskiego zachwytu nad opowiadaną historią – wizualnego rozwiązania lub dialogu na tyle błyskotliwego, by zapadł w pamięć na dłużej. To bez wątpienia cena naturalizmu, który Mungiu stawia na pierwszym miejscu. Fiord jest kinem zdyscyplinowanym, być może nawet chłodnym, przez co łatwiej je podziwiać, niż naprawdę pokochać. Mimo to zdecydowanie warto wejść z Mungiu w tę dyskusję, bo możemy dowiedzieć się dzięki niej czegoś więcej zarówno o świecie, jak i o nas samych. Reżyser nie pozwala, by jego film stał się prostym głosem w politycznym sporze. Nie podsuwa gotowego stanowiska, które można byłoby wynieść z kina niczym polityczny slogan. Zamiast publicystyki dostajemy film, który konsekwentnie odbiera nam komfort pewności, zmusza do podważania własnych intuicji i przypomina, że najtrudniejsze pytania zaczynają się właśnie wtedy, gdy przestajemy bez wahania wiedzieć, po której stronie stoi racja.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.
