“Pavarotti”, czyli śpiewające głowy Luciano Pavarottiego [RECENZJA]

Gdy w Rzymie w roku 1990 przed finałem mistrzostw świata rozległ się harmonijny dźwięk trzech najpiękniejszych głosów świata, opera stanęła u swych bram i zaprosiła do swojego dotychczas hermetycznego świata miliony fanów muzyki nęcąc ich dźwiękami utworów Verdiego. I choć nie sposób nie docenić roli Placido DomingoJose Carrerasa trudno nie oprzeć się wrażeniu, że najbardziej w pamięci zapisał się człowiek równie niezwykły jak jego głos, łączący ciepło domowego ogniska, z mrożącym krew wokalem, przeszywającym dusze i zachwycającym w każdej oktawie i nucie. Ten człowiek to Luciano Pavarotti, a to jego historia.

Pavarotti to zbiór chronologicznych migawek z życia najpopularniejszego operowego głosu XX wieku. Od wczesnych lat dzieciństwa, przez tour de force jego scenicznych występów (zainscenizowany w sposób bardzo przyswajalny dla laików), aż do opowieści o trzech tenorach i próbach popularyzacji swojej miłości, jakie podejmował Luciano u zmierzchu swej kariery. Nie zabraknie tutaj archiwalnych zdjęć, zerknięcia na zaplecze życia artysty (vide stres przed każdym występem), a także historii z życia prywatnego. Pytanie czy to “tylko tyle”, czy “aż tyle”?

Skłaniałbym się ku drugiej odpowiedzi, bo “Pavarotti” znakomicie wybrzmiewa jako laurka i nostalgiczny powrót do lat młodości – oczywiście nie mówię tutaj o tym z autopsji, ale patrząc na reakcje sali, nie sposób nie docenić wartości emocjonalnej całej produkcji. W każdym ukazywanym na ekranie występie jest tyle czystego piękna, że przez większość czasu będziemy walczyć nie tyle z filmem, co gęsią skórką wywołaną perlistymi dźwiękami wydobywanymi z siebie przez głównego bohatera.

Zobacz również: Wywiad z reżyserem “Maiden”

Sposób prezentacji całej historii, mimo korzystania z najbardziej ogranego schematu dokumentów biograficznych, tak zwanych gadających głów, chwilami zaskakuje i wynosi produkcje na nowy poziom. W szczególności intrygująco prezentuje się sekwencja operowa, gdy prezentowane są najważniejsze sceniczne role protagonisty –  okraszone przejmującymi wizualizacjami i przebitkami na nagłówki gazet, oraz cytaty co ważniejszych krytyków. A i sami zaproszeni do udziału w projekcie goście, oraz ich opowieści, są na tyle pasjonujące, że przyjęta przez reżysera forma nie gryzie tak jak w większości przypadków.

Wydaje się, że “Pavarottiego” ratuje to co do tej pory gubiło najnowsze produkcje Rona Howarda, a mianowicie jego radykalna poprawność. O ile to ona powodowała, że “Inferno” było dziełem niestrawnym, a “Solo” lepiej wyprzeć ze swojej filmowej pamięci, to w przypadku biografii o najwybitniejszym tenorze współczesnej opery, okazała się zbawieniem. Bowiem fakt, że Howard nie posiada już swojego autorskiego drygu, pozwolił wybrzmieć największej gwieździe produkcji, czyli samemu Pavarottiemu.

Zobacz również: Recenzję “Upiornych opowieści po zmroku”

Jedynym co pozostawiło niedosyt w trakcie seansu “Pavarottiego” był brak ukazania jego drugiej strony, którą zdaje się chwilami zapowiadać Howard. Strony nie zawsze idealnego ojca, opowieści o trudnych relacjach z jego córkami i pierwszą żoną, a także okresu prześladowań na tle budowania swojego nowego związku. Oczywiście zaburzyłyby one kreowaną na ekranie sielankę w rytmach partytur Verdiego, ale pozwoliłyby na holistyczne spojrzenie, dzięki któremu absolutnie przejmująca i wyciskająca łzy końcówka wybrzmiałaby jeszcze lepiej.

W najbardziej zapadającym z całej produkcje kadrze, główny bohater przyjmuje typową dla siebie pozę roześmianego i uradowanego tenora, szeroko się uśmiechając. W tej oto chwili zapisana jest również cała dusza jego biografii, będącej piękną i wielbiącą operę laurką dla najwybitniejszego głosu XX wieku. Biografii, którą nie tylko można, a nawet powinno się oglądać z całą rodziną – nie zależnie od poziomu zaawansowania w tajemnej wiedzy melomańskiej.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.