“Opowieści z San Francisco”, czyli wskrzeszanie starych seriali czasami ma sens [RECENZJA]

Sezon na wskrzeszanie seriali trwa w najlepsze, ale kto by się spodziewał, że streamingowy gigant sięgnie po tytuł znany głównie widowni amerykańskiej, a poza granicami Stanów Zjednoczonych ledwie rozpoznawalny. W tym szaleństwie tkwi jednak metoda. Podczas gdy kolejne sezony Roseanne czy Murphy Brown zostały prawie jednogłośnie uznane za klapę (choć pierwsza produkcja, już bez głównej bohaterki, nadal jest realizowana), to Opowieści z San Francisco zostały przygotowane z niezwykłym wyczuciem. Czwarta odsłona przygód osób zamieszkujących dom wspaniałej Anny Madrigal (Olympia Dukakis) jest znakomitym dowodem na to, że powroty mają sens, o ile twórcy naprawdę wiedzą, o czym chcą opowiadać.

Rzecz najważniejsza: najprawdopodobniej bez znajomości poprzednich sezonów trudno będzie docenić niewątpliwy urok netflixowej produkcji. Wprawdzie fabularnie jest tu wszystko poprowadzone bardzo czytelnie, a relacje między bohaterami są szybko nakreślone, dzięki czemu widz nie zostaje wrzucony w sam środek bałaganu, niemniej jednak w pewnych momentach może zabraknąć podbudowy, tła dla pewnych wydarzeń. Z niewyjaśnionych względów twórcy uznali, że poprzednie trzy sezony Opowieści z San Francisco (zrealizowane kolejno przez stację PBS w 1993 roku, a następnie przez Showtime w latach 1998 oraz 2001) są szeroko znane publiczności, więc pewne zabiegi formalne, czy podejmowane tematy, mogą nie być należycie docenione.

Opowieści z San Francisco
“Opowieści z San Francisco”

Cała historia związana z tą serią rozpoczęła się w 1978 roku, kiedy to Armistead Maupin opublikował pierwszą książkę na temat losów ludzi zamieszkujących ulice szalonego San Francisco. Fragmenty tej prozy pojawiały się wcześniej w lokalnych gazetach, a dopiero później powstał z tego cykl powieściowy, liczący na tę chwilę dziewięć pozycji. Już w latach 80. powstał pomysł przeniesienia tej historii na ekrany telewizyjne przez Richarda Kramera dla HBO, lecz nie był to dobry okres dla sztuki dotykającej problemy osób LGBT. AIDS dziesiątkowało członków tej społeczności, a dodatkowo za sprawą urzędującego prezydenta Ronalda Reagana obyczajowa wajcha została przesunięta znacząco w prawą stronę, dlatego też temat zarzucono jako “nieprzystający” do ówczesnych realiów. Dopiero na początku kolejnej dekady stacja PBS wróciła do tego projektu, otwierając wspaniały rozdział w historii tej serii.

W pierwszym sezonie akcja rozpoczynała się wraz z decyzją Mary Ann Singleton (Laura Linney) o pozostaniu w San Francisco i próbą zbudowania w tym mieście nowego życia. Przeprowadzka z Cleveland w stanie Ohio była dla kobiety szokująca, gdy uświadomiła sobie, że przeniosła się z purytańskiej społeczności do środowiska wyzwolonego seksualnie. Tymczasem zrealizowany przez Netflixa czwarty sezon oscyluje wokół powrotu bohaterki na “stare śmieci” po tym, jak wiele lat wcześniej wyjechała z San Francisco w celu rozwoju kariery zawodowej. Ponowny przyjazd porusza czułą strunę wspomnień, skłania do podsumowania dotychczasowego życia, a przede wszystkim pozwala na zagojenie ran, które nie mogły się jeszcze zasklepić. Chodzi głównie o relację z byłym mężem Brianem (Paul Gross) oraz córką Shawną (Ellen Page).

W najnowszej odsłonie Opowieści z San Francisco wszystko jest nowe i stare jednocześnie, zakorzenione w wydarzeniach z poprzednich sezonów, ale też na nowo budujące świat wokół domu przy ulicy Barbary Lane, do którego tak ochoczo ściągają bohaterowie. W serialu pozostało sporo ironii i telenowelowego zacięcia. Taki to już urok historii snutych przez Maupina, że istotne wątki związane z akceptacją, tolerancją i problemami natury tożsamości seksualnej są podawane obok błahych rozmówek i nic nieznaczących wydarzeń. O ile jednak w pierwszym sezonie twórcy stawiali częściej na kampowe szaleństwo w rytmie hitów boogie roku 1979 (bo wtedy toczy się akcja), o tyle Netflix jest w tym bardziej wykalkulowany, przedkładając dojrzewanie protagonistów nad spontaniczność i zabawę. Jest rzeczą znamienną, jakie zmiany zaszły w ukazywaniu potrzeb młodych osób. Wprawdzie mogą oni odważniej mówić o swoich preferencjach seksualnych i nie muszą się wreszcie ukrywać, to jednak w postępowaniu są o wiele bardziej wycofani i ostrożni, jak gdyby odtrącenie mocniej bolało teraz, aniżeli czterdzieści lat wcześniej.

Opowieści z San Francisco
“Opowieści z San Francisco”

Najlepiej te wszystkie transformacje widać na przykładzie losów Michaela Tollivera (Murray Bartlett). Wcześniej nerwowo poszukiwał swojego “Pana Idealnego”, umawiając się z wieloma mężczyznami, którzy najczęściej nie spełniali jego oczekiwań lub wykorzystywali go emocjonalnie, a gdy już w dojrzałym wieku na drodze pojawia się znacznie młodszy Ben (Charlie Barnett), to nagle zmieniają się priorytety oraz wymagania wobec drugiej strony. W jego kreacji, jak w soczewce, skupiają się warte odnotowania zmiany zachodzące w strukturze produkcji na przestrzeni lat. Od niewinności do powagi, od nuworysza do statecznego jegomościa, od szalonych tańców w samych majtkach do romantycznych wieczorków.

Są w Opowieściach z San Francisco momenty ciekawsze, wykraczające poza stereotypowe przedstawianie millenialsów i społeczności LGBT, ale są również wątki grzęznące na mieliznach. Grana przez Ellen Page Shawna najczęściej gwarantuje ciekawsze fragmenty, gdy ze swoim ciepłym sercem, acz dosyć chłodną postawą i znikomą gestykulacją, wchodzi w kolejne związkowe konstelacje. Na drugim biegunie są natomiast losy zblazowanych bliźniaków, wiecznie zapatrzonych w media społecznościowe, pragnących chociaż na chwilę zostać uznanymi artystami nowych mediów. Młodzi ludzie bywają różni, ale sposób przedstawienia tej parki częściej żenuje niż zapewnia okazję do śmiechu. Twórcy przeprowadzają zatem widzów po problemach związanych z miłością i tożsamością, robiąc to w niezwykle ciepły sposób. W zasadzie nikomu nie dostaje się za popełniane błędy, a jest ich całkiem sporo. Chodzi bardziej o zrozumienie postaw, aniżeli napiętnowanie; o akceptację “inności”, aniżeli budowanie sztucznych podziałów. Każdy chce kochać, każdy chce być kochanym, więc twórcy dadzą najczęściej bohaterom na to szansę, by mogli zrobić to, czego wcześniejsze pokolenia nie mogły uczynić z powodu wykluczających zasad.

Bohater Lamparta mawiał, że “Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić.” To zdanie można również wykorzystać przy ocenie najnowszego sezonu Opowieści z San Francisco. Obok dwóch stałych, niezmiennych punktów – dobrotliwej pani Madrigal i wiecznie roztargnionej Mary Ann – wszystko się zmieniło, a jednak seria nadal ma swój niepowtarzalny charakter. Trochę jest tu telenoweli, trochę zabawy, trochę poruszających zagadnień, a wszystko w tym tyglu kiczu i powagi przeplata się ze sobą w taki sposób, że powstaje z tego urokliwa produkcja w sam raz na poprawę humoru. Twórcy za pomocą dziesięciu godzinnych odcinków oferują dużo ciepła i otuchy, podbudowując wiarę w to, że zawsze może być lepiej, gdy istnieje w nas samych otwartość na zmiany i na drugiego człowieka. Wprawdzie lepiej da się te emocje odnaleźć ze znajomością wcześniejszych sezonów, aczkolwiek powrót do nich nie jest absolutnie konieczny. Czwarty sezon stanowi osobną historię, z której każdy może wyciągnąć wiele pozytywnych wrażeń.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.