NetflixRecenzjeSeriale

“BoJack Horseman” – To jest już koniec [RECENZJA]

Andrzej Badek
Bojack Horseman
fot. Materiały prasowe / Netflix

Dotarliśmy do finału. Wraz ze styczniem 2020 roku zakończy się opowieść o BoJacku Horsemanie, Toddzie Chavezie, Diane Nguyen, Księżniczce Carolyn i Panu Peanutbutterze. Zakończenia mają zaś to do siebie, że są bolesne i ckliwe. Zwłaszcza, że przeżyliśmy z tymi postaciami kilka dobrych lat i oglądaliśmy je we wszystkich możliwych stanach emocjonalnych.

Choć powyższe może zdawać się stwierdzeniem banalnym, niemalże truizmem, który można, po wcześniejszym zmienieniu nazwisk, umieścić w komentarzu do finałowego sezonu dowolnego serialu, mam silne wrażenie, że fenomen i wyjątkowość BoJacka tkwiły od początku właśnie w sposobie, w który związał nas ze swoimi bohaterami.

Jeśli próbuję przypomnieć sobie szczegóły fabularne poprzednich pięciu sezonów, czuję w głowie mętlik. Pamiętam poszczególne sekwencje i wydarzenia, ale osią, wokół której budowano nasze zainteresowanie serialem, zawsze była wspomniana piątka głównych bohaterów. Taka strategia nie jest niczym nowym – to właśnie ona odpowiada za sukces różnych sitcomów, które dawały widzom poczucie aktywnego uczestniczenia w życiu postaci po drugiej stronie ekranu.

BoJack postawił nas jednak w roli kogoś więcej niż zwykłych obserwatorów. Poprzez intertekstualny zabieg łamania czwartej ściany, na bieżąco informował nas o tym, jak bohaterowie się czują i co naprawdę myślą. Nierealistycznie szczere, choć asekuracyjne i otoczone grubą warstwą ironii samoświadome wypowiedzi bohaterów miały zawsze dwojakie zastosowanie.

Bojack Horseman
fot. Materiały prasowe / Netflix

Po pierwsze, angażowały nas do oceny i dyskusji nad losem naszych ekranowych przyjaciół. Mogły być zabawne, mogły być smutne, ale zawsze pozwalały nam się do nich odnieść. To już nie była sytuacja, w której po prostu widzimy wszystko. Niczym w literaturze, zaglądaliśmy do głowy bohatera i przeszukiwaliśmy jego umysł.

Po drugie, zabieg ten miał na celu perfidne oszukanie widza. Zdawało nam się, że jeśli ktoś tak celnie jak serialowe postaci rozumie swoją własną sytuację, potrafi celnie wypunktować własne niedoskonałości i wady, jasno wyrazić myśli, to jest już tylko o krok od rozwiązania problemu. Nic bardziej mylnego. Niczym w prawdziwym życiu, nawet najjaśniejsze i najbardziej zdystansowane osądy nie były nigdy w stanie rywalizować z emocjonalnymi impulsami, którym BoJack, Todd, Diane i inni nieustanni ulegali. Podobnie jak my.

Ostatni sezon zbiera w całość to, czego doświadczyliśmy przez lata obcowania z serią. Od premiery serialu w 2014 roku każdy z nas przeszedł długą drogę w swoim życiu osobistym, podobnie jak serialowe postaci. Jednak główny motyw serialu stanowi pytanie: czy naprawdę te lata sprawiły, że się zmieniliśmy? Czy zmiana w ogóle jest możliwa? Wreszcie, jeśli nawet się zmieniliśmy i chcemy rozpocząć nowe życie, czy pod wpływem odpowiednio silnego bodźca nie wrócimy dokładnie w to samo miejsce, w którym byliśmy kilka lat wcześniej?

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: "Moje własne Idaho" (1991) Gusa Van Santa

Historię zaczynamy w tym miejscu, gdzie zakończyliśmy ją jesienią. BoJack jest trzeźwy. BoJack zaczyna uczyć. BoJack jest… szczęśliwy. Być może pierwszy raz w życiu łączy pomoc innym z samorealizacją. Oczywiście wiemy jednak, że sprawa śmierci Sarah Lynn zatacza coraz szersze kręgi i koniowi nie zostało zbyt wiele spokojnych dni. A jednak wstęp do drugiej połowy serialu pozwala uzmysłowić sobie, że może dla Horsemana jest, czy raczej byłaby, nadzieja. Oto mamy przecież kogoś, kto bez wątpienia, oprócz wyjątkowo pokrzywionego kręgosłupa moralnego, posiada niezwykły wachlarz umiejętności i sporo wiedzy.

fot. Materiały prasowe / Netflix

Nie ma wątpliwości, że na kształt ostatniego sezonu istotnie wpłynęła akcja związana z #metoo – masowymi oskarżeniami związanymi z molestowaniem kobiet przez prominentnych ludzi w Hollywood. Trudno byłoby od tego tematu uciec, zwłaszcza że BoJack jak mało kto wpisuje się w portret zdegenerowanego osobnika płci męskiej, który nadużywa swojej władzy. Tym niemniej, serial nie wyrokuje. Prawda przedstawiana oczami twórców serialu nie leży po środku; ewidentnie piętnują oni wiele zachowań konia i nigdy nie dyskredytują ani nie umniejszają skali złych uczynków, których jest sprawcą. Jednocześnie przedstawiają to, czego #metoo, koncentrujące się z oczywistych względów na ofiarach, nie robiło.

Ostatni sezon BoJacka zabiera nas tam, gdzie pójść powinniśmy, a gdzie chyba nigdy nie chcieliśmy iść. Do jądra ciemności. Wejrzycie w to, co dzieje się nie u ofiar, ale u sprawców. Taka refleksja jest nam chyba potrzebna. Jeśli protagonista serii ma służyć jako metaforyczny komentarz do postaci z prawdziwego świata, takich jak Weinstein czy Spacey, warto poświęcić czas, żeby również ich zrozumieć. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy przebaczać. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo krytycznie nastawiamy się do ludzi czyniących zło, oni nadal pozostają członkami naszego społeczeństwa i stać nas na więcej niż udawanie, że nigdy nie istnieli. Warto, żebyśmy się zastanowili, w jaki sposób mają za swoje winy odpokutować i jak zadośćuczynić swym ofiarom.

Przeczytaj również:  "Córka Draculi" – Chrońcie swoje niewiasty przed lesbijką o ostrych kłach [CAMPING #64]

Jednocześnie, autorzy nie szczędzą surowej oceny mediom, które z jednej strony chętnie uderzą w BoJacka, gdy ten się odsłoni, ale później szybko znajdą inne tematy, gdy ten przestanie być interesujący. Ludzie mają krótką pamięć. To jednocześnie ich najlepsza i najgorsza cecha mówi jeden z bohaterów. Trudno odmówić mu racji.

Bojack Horseman
fot. Materiały prasowe / Netflix

Gdy usłyszałem w zeszłym roku, że serial zmierza ku końcowi, moja pierwsza reakcja była entuzjastyczna. Nie zrozumcie mnie źle – Bojack Horseman to być może najlepszy serial, który kiedykolwiek widziałem, a na pewno taki, który wywołał we mnie najwięcej emocji. Niemniej, nawet tak wyśmienita formuła jak ta, którą obrali twórcy może się wyczerpać i nie chciałbym nigdy obserwować upadku serii, tak jak to się działo w przypadku Gry o tron.

Niestety, decyzję tę podjął Netflix, nie twórcy i jest to w tym sezonie bardzo widoczne. Choć wszystkie wątki zmierzają do spójnego końca, czuć w tym wszystkim pośpiech jak nigdy wcześniej. W kilku momentach i w kilku historiach zabrakło czasu na rozbudowane rozwinięcie historii, co powoduje uczucie, jakbyśmy czasami omijali co najmniej jeden odcinek serii. Tym samym, zakończenie jest poprawne, ale pozostawia poczucie niedosytu. Nie jest to rozczarowanie, ale nie jest to również finał, który przejdzie do historii niczym spięcie opowieści Waltera White’a w ostatnim epizodzie Breaking Bad.

Ostatecznie chcę zapamiętać BoJacka Horsemana jako serię, która stawia trudne pytania i rozlicza się bardzo krytycznie, często pod prąd z popkulturowymi trendami. Będę zawsze wspominał sezony trzeci i czwarty jako te, w których twórcy dostarczyli nam historię, której kolejne odcinki musiałem sobie dawkować, bo każdy niósł ze sobą niewyobrażalny ładunek emocjonalny. Mam w związku z tym szczerą nadzieję, że nikt nie będzie chciał nigdy tej historii wznawiać i kontynuować, zwłaszcza że otwarte zakończenie stwarza nam możliwość dobudowania reszty historii naszych ukochanych a czasem znienawidzonych bohaterów we własnej głowie. A przecież nikt nie zna ich tak dobrze jak my, prawda?

Ocena

7.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.