PublicystykaRecenzjeTemat Miesiąca 12/19

Roman Polański: “Wenus w futrze”

Andrzej Badek

W 2012 roku w księgarniach na całym świecie zadebiutowało Pięćdziesiąt twarzy Greya. Powieść, która zyskała ogromną popularność na całym świecie, otrzymała dwie kontynuacje wraz z filmowymi adaptacjami, które przypieczętowały globalną rozpoznawalność serii nawet wśród osób, które nie miały z nią żadnej styczności. E. L. James obnażyła tym samym zapotrzebowanie popkultury na zmiękczone i ugrzecznione (o ironio!) BDSM – praktykę seksualną o czterech składowych elementach: związaniu, uległości, sadyzmie oraz masochizmie.

Źródeł tej praktyki należy jednak szukać półtora wieku przedtem, w częściowo autobiograficznej powieści Leopolda von Sacher-Masocha o wdzięcznym tytule Wenus w futrze, która ukazała się w 1870 roku i opisywała szczegóły paktu autora z baronówną Fanny von Pistor. W ramach tejże umowy miał on być jej oddanym niewolnikiem na okres sześciu miesięcy.


Zobacz też: Roman Polański: “Tragedia Makbeta”

W roku 2013 film o tym samym tytule nakręcił Roman Polański, reżyser, który nigdy nie bał się tematów tabu. Nie adaptuje on powieści w dosłownym sensie. Zabiera nas natomiast w samoświadomą podróż w teatr dwóch aktorów, którą odczytywać można na wiele różnych sposobów, w zależności od tego, co oczekujemy podczas jej trwania ujrzeć.

Na poziomie samej historii jest to opowieść o młodym reżyserze, który szuka aktorki do roli Vandy w swoim teatralnym dramacie. Zrezygnowany po całodziennych poszukiwaniach, chce opuścić budynek, gdy w ostatniej chwili na przesłuchanie wpada ordynarna i skąpo ubrana kobieta, która wymusza na mężczyźnie sprawdzenie jej kwalifikacji do roli.

Wypalony i niechętny Thomas daje aktorce szansę, a ta przemienia się z pozoru nierozgarniętej i wulgarnej w artystkę idealną. Nie tylko zna na pamięć tekst całej sztuki, ale potrafi go zinterpretować w taki sposób, jak tego oczekuje autor. Z czasem ich relacja nabiera tempa, a granice pomiędzy rolami w sztuce a rzeczywistymi postaciami zostają zatarte.

Zacieranie granic odbywa się tu na wielu poziomach. Mathieu Amalric wcielający się w główną rolę męską to aktor łudząco podobny do młodszego o trzydzieści lat Romana Polańskiego, a partnerująca mu przed kamerą (oraz na scenie) Emmanuelle Seigner to prywatnie żona reżysera. Mamy tu więc do czynienia z adaptacją autobiograficznej sadomasochistycznej powieści z XIX wieku na deskach teatru, nagrywane przez obiektyw, za którym stoi człowiek łudząco podobny do protagonisty.

Przeczytaj również:  "Kłamstewko", czyli Wielkie (rodzinne) kłamstewka [RECENZJA]

Zobacz też: “1917”, czyli I wojna światowa w obiektywie geniusza [RECENZJA]

Tą skomplikowaną formą Polański bawi się świetnie. Wkłada w usta swoich bohaterów kwestie z literackiego pierwowzoru, ale także usilnie z nimi polemizuje. Czy dzieło Masocha nie jest po prostu klasistowskie i seksistowskie? Czy adaptacja nie jest wyrażeniem skrytych pragnień twórcy?

Vanda nieustannie wchodzi w dyskusje z Thomasem, bardzo szybko stając się autorką dzieła w podobnym stopniu jak mężczyzna. Czy tak wygląda odzwierciedlenie procesu twórczego w domu Polańskiego? Czy sam Polański nie kreśli tu obrazu poniżającego kobiety? Czy film nie dowodzi wprost, że polski reżyser to zboczeniec?

Niewątpliwie forma, na którą zdecydował się artysta jest tutaj jego tarczą. Wszystkie możliwe zarzuty giną w morzu autoironii, którą z pełną świadomością serwuje nam twórca. Wenus w futrze to kinowy postmodernizm w formie, która przewyższa chyba nawet samego Quentina Tarantino: w ekranowej pulpie mieszając nie tylko klasyczne kino, ale też życie osobiste Polańskiego i medialny szum wokół niego. W prowokujący sposób dostarczone zostało nam jednocześnie wrażliwe dzieło, które polemizuje z sado-masochizmem u jego źródła oraz prztyczek w nos dla wszystkich przeciwników autora filmu. Nie znajdziecie tu na mnie haków, zdaje się mówić nam filmowiec.

Na poziomie aktorskim Wenus w futrze to film fenomenalny.  nie pierwszy raz udowadnia, że jest mistrzem prowadzenia aktorów w małych pomieszczeniach, zdanych na konfrontację z samymi sobą. To produkcja oparta na dialogu, który z każdą minutą nabiera wigoru. Początkowo rzucane niedbale zdania zaczynają z czasem ciążyć; bohaterowie coraz mocniej miarkują wypowiadane słowa, a mistrz sięga tu po wszystkie ulubione autorskie narzędzia.

Polański od pierwszych swoich produkcji przejawiał niezwykły talent do łączenia kina artystycznego z kiczem. Jego postaci mierzyły się często z nadprzyrodzonymi siłami, a zło i zagrożenie płynęło z nieoczywistych źródeł. Nie lęka się rzucić wyzwanie nie tylko artyście sprzed lat, ale także samej kobiecości: tytułowej rzymskiej bogini piękna.

Przeczytaj również:  Ghibli: Mój sąsiad Totoro [RECENZJA]

Zobacz też: Świąteczna piątka – Co oglądamy w Święta? [ZESTAWIENIE]

Ostatecznie Wenus w futrze to film zagadka. Być może mamy tu do czynienia z najbardziej otwartą autobiograficzną historią, jaką Polański podzielił się kiedykolwiek ze światem. Być może jest to tylko atrapa; misternie ustawiona pułapka na widzów, zupełnie niezwiązana z rzeczywistością, nakreślona dłońmi zdolnego demiurga historia. A być może jest to po prostu najbardziej bezczelna gra wstępna w dziejach, w którą kochankowie wciągnęli Mathieu Amalrica i widzów całego świata. Niezależnie od tego, z czym tak naprawdę mamy do czynienia, jest to diabelnie inteligentna opowieść.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.