Advertisement
KomiksKultura

“Globalne Pasmo”, czyli 1001 tajnych agentów i absolutny brak pomysłu [RECENZJA]

Andrzej Badek
globalne pasmo recenzja
Eksperymenty z okresu Zimnej Wojny czy tajemnicza broń biologiczna to chleb powszedni "Globalnego pasma" fot. Materiały prasowe

Wyobraźcie sobie świat zbliżony wyglądem do naszego, w którym porządku pilnują nie superbohaterowie z Avengers, tudzież Ligi Sprawiedliwości, ale 1001 agentów z tajnej, niezależnej i pozarządowej organizacji, rozbitych po całym świecie, ale jednocześnie gotowych do akcji w niemalże każdym momencie. Całą organizacją dowodzi tajemnicza Miranda Zero, a zdalnym koordynatorem Globalnego Pasma – bo tak właśnie zowie się organizacja – została młoda dziewczyna o pseudonimie Aleph. Brzmi jak absurdalny i nierzeczywisty pomysł? Być może, ale sci-fi niejednokrotnie wychodziło z założeń jeszcze absurdalniejszych, żeby nakreślić intrygujące koncepcje, które masowo chłonęliśmy.

Z podobnego założenia wyszedł Warren Ellis, twórca komiksu, znany nie tylko z Globalnego Pasma, ale również ze zekranizowanego później Red, Hellblazera oraz licznych skandalów obyczajowych. Jego dzieło składa się z dwunastu zeszytów, które nad Wisłą zbiorczo wydał Egmont. Mamy zatem do czynienia z pięknie oprawioną i grubą księgą w twardej oprawie, która kusi nas obietnicą wspaniałej przygody u boku organizacji zwalczającej zło w każdym zakątku globu.

Największym problemem z czerpania przyjemności z lektury komiksu stanowiły dla mnie własne oczekiwania, wywindowane w górę przez wyobraźnię. Zaznajamiając się z koncepcją świata, do głowy przychodziły mi liczne pomysły o uniwersum, które ma setki możliwości opowiadania historii. Dzięki rozmieszczeniu agentów w wielu krajach, zróżnicowanym wieku, umiejętnościach i zupełnie różnych wyglądach można stworzyć niekończącą się serię przygód, która żongluje gatunkami. Ellis mógłby, przynajmniej potencjalnie, w każdym zeszycie eksplorować inną emocję, zjawisko czy problem – społeczny, technologiczny, czy kulturowy.

globalne pasmo recenzja warren ellis
Polska okładka komiksu fot. Egmont

Niestety, scenariusz kolejnych opowiadań zaznacza jedynie delikatną rysę na problematyce, którą decyduje się poruszyć. W efekcie, choć w kolejnych zeszytach bohaterowie mierzą się z zagadnieniami pokroju bioterroryzmu, masowych halucynacji, broni masowego rażenia pozostałej po Zimnej Wojnie, czy niebezpieczeństwami związanymi z inżynierią genetyczną, wszystko wypada obrzydliwie płasko. Każdy powyższy temat mógłby stanowić podstawę do głębszej refleksji; moralitetu lub chociaż komentarza, ale Ellis nigdy nie wnika w tematykę, nie stara się zabrać świeżego głosu. Niezależnie czy mówimy o gigantycznym kosmosie czy o mikroskopijnych komórkach ludzkiego ciała, reżyser zdaje się nie wychodzić ze swoją wiedzą i refleksją poza wiedzę z pierwszego zdania definicji danego zjawiska na Wikipedii.

Przeczytaj również:  "Die: Fantastyczne Rozczarowanie" - Fantastyczne, ale nie rozczarowanie! [RECENZJA]

Nie pomaga również dobór lokalizacji akcji. Mając do dyspozycji cały świat, terroryści wybierają przede wszystkim Stany Zjednoczone za cel swojego ataku. Istnieje kilka wyjątków, jak choćby obowiązkowo skuta lodem Skandynawia, nijaka Australia, czy mroczna, wyjęta żywcem z filmów o Yakuzie Japonia, ale nawet one nie dają serii rozpostrzeć skrzydeł. I choć rysunki są poprawne, miejscami nawet stanowią największy atut serii, akcja rozgrywa się w kliszowych lokacjach znanych z dziesiątek innych sci-fi. Jeśli przed oczami stanęły Wam biurowce, ciemne korytarze, przerażające (w założeniu) laboratoria i podmiejskie kanały to wiecie, czego się spodziewać.

Dzieła science fiction zgłaszające akces do literatury piękne, nie ustępujące jej na krok, to filmy, książki, gry czy komiksy, które przesuwają naszą wyobraźnię w rejony, których istnienia nie podejrzewaliśmy wcześniej. Science fiction od swych początków egzaminuje granice ludzkich możliwości; fizycznych, psychicznych i duchowych. Najwięksi twórcy rzucają odbiorcom przynętę, która ma sprawić, że zaczniemy szukać odpowiedzi i stawiać nowe pytania o kwestie etyczne, o prawa fizyki we wszechświecie, o ograniczenia nauki i religii. Oceniając Globalne Pasmo według tych kryteriów, jest to zwyczajnie bardzo słaby przedstawiciel gatunku.

global frequency recenzja
Epizod rozgrywający się w Skandynawii pozwala odpocząć od brudnych i ciemnych kolorów, które dominują w serii. fot. Materiały prasowe

Można się zastanawiać, czy powodem tego nie jest ograniczona objętość, którą ma każdy z dwunastu albumów, co sprawia że poszczególne opowieści są idealne do wchłonięcia tuż przed snem lub podczas krótkiej przerwy od innych zajęć. A jednak krótka forma to coś, co niemalże każdy pisarz, animator, reżyser, czy rysownik fantastyki dobrze zna i nietrudno znaleźć przykłady dzieł, które dowiodą, że jakość produkcji nie zależy od metrażu, ale od wyobraźni kreatora świata.

Przeczytaj również:  "Dolina Bogów": Lecha Majewskiego pojedynek z formą [RECENZJA]

Zasadniczo nasuwa się pytanie, do kogo kierowany jest komiks Ellisa. Dojrzałego widza znuży powtarzalność kolejnych historii, bazujących na prostych zwrotach fabularnych. Uwagę może przykuwać natomiast przemoc; elementów gore w Globalnym Paśmie nie brakuje, a latające fragmenty wnętrzności tworzą kartykaturalno-mroczny ambient. Nie poleciłbym pozycji także młodym i chłonnym nastoletnim umysłom. Ci znajdą lepszą stymulację do rozwoju w dziełach innych mistrzów. Zostają więc chyba tylko ci, którzy naprawdę chcą się zresetować przy prostej, krótkiej i niewymagającej historii okraszonej krwią i prochem ze spluwy. Być może tych ostatnich – sądząc po popularności Ellisa – jest naprawdę wielu.

Ocena

2 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

gatunek science-fiction. Bezkrytycznie i bezgranicznie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.