Advertisement
Recenzje

“Wyspa psów” – Recenzja

Andrzej Badek
„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)
„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix)

Niecały tydzień przed tym, gdy świat ogarnie walka o Kamienie Nieskończoności, na ekrany polskich kin wszedł najnowszy film Wesa Andersona, nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię. W tej pięknej poklatkowej animacji poruszony został o wiele istotniejszy problem niż losy Wszechświata. Jeden z najbardziej charakterystycznych twórców współczesnego Hollywood opowiada nam historię najlepszych przyjaciół człowieka, zesłanych w wyniku spisku na Wyspę Psów.

„Kocham psy” – to zdanie Anderson przemyca nam już w formie angielskojęzycznej tytułowej gry słownej, a cała produkcja stanowi wielkie potwierdzenie tych słów. Reżyser opowiada historię, w której czworonogi grają pierwsze skrzypce – są urocze, momentami niebezpieczne, wierne, czułe i honorowe. Każdy, kto łączy posiadanie psa i serca, po seansie wymiętosi swojego pupila, wyjdzie z nim na długi spacer i da smakołyk schowany w szafce.

Akcja filmu rozgrywa się na japońskojęzycznej wyspie, na której bezwzględną władzę sprawuje burmistrz miasta Megasaki, Kobayashi. Sama narracja prowadzona jest w taki sposób, że rozumiemy jedynie kwestie wyszczekiwane przez psiaki i wymawiane w języku angielskim; te wypowiadane po japońsku są dla nas albo niezrozumiałe, albo tłumaczone przez tłumacza umieszczonego w świecie przedstawionym.

Wspomniany burmistrz postanawia, rzekomo w trosce o zdrowie i bezpieczeństwo obywateli, wygnać czworonogi na wyspę-wysypisko. Młody chłopiec, krewny Kobayashiego, postanawia na przekór prawu wylecieć samolotem na miejsce zsyłki i odnaleźć swego pupila. Na miejscu trafia na drużynę trzymających się razem psów alfa – Duke’a, Rexa, Bossa, Kinga i Chiefa. Każdy z nich szczeka głosem znanego aktora, co, w połączeniu z inteligentnym humorem zapisanym w scenariuszu, daje niesamowity efekt. Nie sposób nie uśmiechnąć się, słysząc Bryana Cranstona w roli psiego wyrzutka, mając jednocześnie przed oczami wspomnienia z Breaking Bad. Kogo nie rozbawiły monologi Rexa mówione charakterystycznym stylem Edwarda Nortona? Czy usta Billa Murraya nie zostały stworzone specjalnie do tego, żeby wyrazić psie myśli? Albo czy piękny i subtelny głos Scarlett Johansson, na którym Spike Jonze zbudował Her, nie został doskonale wykorzystany tutaj, żeby nakreślić osobowość pięknej i dumnej suczki?

Przeczytaj również:  “Sól ziemi” – poruszający portret artysty [RECENZJA]

Wes Anderson sięga w swojej animacji po całą plejadę starych sztuczek, które nadal dobrze działają. Zobaczycie tutaj znany sposób kręcenia dialogów, ruchu kamery czy duże ilości symetrycznych kadrów, każdy z nich pełen detali, które urodzić się mogły tylko w pozytywnie dziwnym umyśle reżysera. Podróż z bohaterami daje naprawdę dużo satysfakcji. Odkrywamy coraz to nowe niebezpieczeństwa, uczymy się świata, który reinterpretuje dziedzictwo kina postapokaliptycznego.

Po premierze podniosły się liczne głosy krytykujące film za tani sposób, w jaki naśmiewa się z japońskiej odmienności kulturowej, sprowadzając ją do rangi zwyczajnego dziwactwa. Jest to argument, z którym ciężko polemizować, ale dla mnie samego nie zaważa on na ocenie całości. Być może wynika to z tego, że Japonia nigdy nie była mi w szczególny sposób bliska, a być może z tego, że akceptuję więcej wolności twórczej w produkcji, która ma z założenia być wyjątkowo krzywym zwierciadłem dla naszej rzeczywistości. W końcu, czy ktoś narzekał na brak realizmu w kontekście Grand Budapest Hotel i sposobu, w jaki zarysował swoją wizję Austro-Węgier? Jeśli jednak mam wbić szpilę, to powiedziałbym, że wątek dziejący się w samym Megasaki jest zwyczajnie przydługi i odciąga nas od ciekawszych wydarzeń z tytułowej wyspy.

Jak na film Andersona, Wyspa Psów jest zaskakująco poważna i momentami brutalna. Choć twórca nie szczędził nam nigdy kontrastu między cukierkową kreacją świata a silnymi akcentami, które dodawały inne smaki niż słodki, to, dotychczas, ciężar produkcji przechylał się zwykle w kierunku komedii, stanowiąc odprężające kino familijne. Tym razem równowaga przechyla się w kierunku dramatu z dużą ilością humoru. Być może należy to po prostu uznać za ewolucję twórczości Amerykanina.

Przeczytaj również:  Checked! TOP10 Netflixa – „Contagion - Epidemia strachu”, czyli „Gra o tron” w realiach epidemii [RECENZJA]

Jeśli jesteście miłośnikami psów, szukacie dobrej zabawy, lubicie animacje lub po prostu chcecie przeczekać atak Thanosa na jakimś mniejszym, bardziej artystycznym filmie, z bohaterami którzy naprawdę dadzą się polubić, nie wahajcie się – kupujcie bilety i lećcie za młodym Kobayashim na Wyspę Psów!

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.