“Yomeddine. Podróż życia” – Egipska lekcja człowieczeństwa [RECENZJA]

Kiedy do naszej redakcji trafia zaproszenie do obejrzenia i zrecenzowania produkcji z Bliskiego Wschodu, oczy wszystkich redaktorów kierują się w moim kierunku. Istnieje we mnie bowiem głębokie przeświadczenie, że ten region, tak mocno związany z naszym dziedzictwem kulturowym i historycznym, targany setkami konfliktów posiada pierwotny potencjał do opowiadania historii. W odróżnieniu od bogatych w symbolikę, onirycznych obrazów, do mistrzostwa opanowujących zaawansowane techniki operatorskie, które podziwiamy na rodzimym kontynencie, tamtejsze kino stawia zazwyczaj na prostotę opowiadanej historii oraz siłę przekazu; bynajmniej nie będąc przy tym nudnym.

Tym niemniej, czytając opis Yomeddine. Podróż życia, dostarczony nam przez producenta, poczułem delikatne ukłucie niepokoju. Opis historii o trędowatym mężczyźnie oraz młodym chłopcu brzmiał odrobinę niepokojąco; takie motywy, opowiadane w niewłaściwy sposób bardzo łatwo przekształcić w tanią grę na emocjach widza. A.B. Shawky wychodzi jednak z tego starcia obronną ręką i dostarcza nam jedną z najbardziej poruszających lekcji humanizmu, jaką miałem widzieć przed ekranem w ostatnim czasie.

Yomeddine. Podróż życia

Zobacz również: „Ruchome piaski”, czyli pierwszy szwedzki serial Netflixa [RECENZJA]

Beshay, główny bohater utworu to czterdziestoletni mężczyzna, którego poznajemy w egipskiej społeczności wyrzutków, którzy radzą sobie na własną rękę, będących pariasami egipskiego społeczeństwa. Protagonista to ofiara trądu1, na który chorował w dzieciństwie. Jego ciało i twarz są poważnie zdeformowane poprzez bakterię. Poznajemy go w momencie, gdy umiera jego żona, a on postanawia opuścić społeczność, w której żył i odnaleźć swoją rodzinę, która porzuciła go przed wieloma laty.

Wyrusza na powozie, do którego zaprzęga swojego wiernego osiołka i podąża na południe, wzdłuż Nilu, żeby zadać sobie pytanie, kim jest. Beshayowi towarzyszy młody chłopiec, podobnie jak on porzucony i wychowany w obozie dla wyrzutków. Nazwany imieniem byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, Obama bohater jest niebywale inteligentny i sprytny, a jego młodzieńcza żywiołowość doskonale przeciwstawia się dość cynicznemu podejściu do świata prezentowanemu przez Beshaya. Między postaciami szybko tworzy się nić porozumienia, oraz przyjaźń, czemu doskonale pomaga chemia między aktorami.

Na najbardziej podstawowym poziomie Yomeddine (czyli Dzień Sądu) to kino drogi. Wypełnione zostało jednak po brzegi symboliką, na którą warto zwrócić uwagę. Nil, życiodajna rzeka, która płynie z trzewii Afryki kojarzy się nam wszystkim z kolebką cywilizacji; jednym z pierwszych miejsc, w którym ludzkość postawiła fundamenty pod przyszłe imperia. Współczesna podróż dwóch wyrzutków w kierunku jej źródła zachęca widza do przejrzenia się w krzywym źwierciadle. Zapiaszczone drogi, po których suną samochody, rzeka-matka; brudna, otoczona śmieciami oraz ludzie, którzy kradną, ubliżają albo, w najlepszym razie, ignorują podróżnych proszą się o zadanie sobie elementarnego pytania, czy po kilku tysiącach lat powinniśmy być dumni ze świadectwa, które dajemy?

Zobacz również: „Schyłek dnia”, albo koniec świata, na jaki zasługujemy [RECENZJA]

Yomeddine. Podróż życia

Istotnie: jedynie pośród innych “odmieńców” bohaterowie odnajdują zrozumienie dla swojej sytuacji. Wśród żebraczych środowisk zostają przyjęci do wspólnego ogniska, otrzymują jedzenie oraz pomoc. Być może jeszcze bardziej kluczowe dla nich jest w tym otoczeniu odnalezienie cząstki swej własnej tożsamości. Jedynie tam zyskują oni szansę opowiedzenia swojej historii, a także sami stają się aktywnymi słuchaczami. W biednej społeczności nie ma miejsca na podziały religijne. Chrześcijański Beshay i muzułmański Obama kroczą tą samą ścieżką, w której próbują zrozumieć Boga, ludzi i świat, w którym przyszło im żyć. W jednej z końcowych scen obaj oddają się modlitwie w meczecie i scena ta przejmuje swym magicznym uniwersalizmem: oto ludzie, którzy żyją nadzieją; niezależnie czy obrazowaną pod postacią biblijnego Boga czy Allaha z kart Koranu.

Poznaczona bliznami twarz Beshaya pozostanie w mojej pamięci na długo. Jego łzy w trudnych momentach, kpiące uśmiechy, a także momenty szczerego śmiechu i radości były niesamowicie szczere i niewymuszone. W całej historii w żadnej chwili nie czułem się emocjonalnie zaszantażowany; błyskawicznie polubiłem bohaterów i towarzyszyłem im ciesząc się ich radością, smucąc w momencie kryzysów oraz autentycznie wzruszając w podniosłych momentach.

Produkcje tego pokroju często charakteryzuje brak konkretnego punktu kulminacyjnego, rozwiązania, które nie pozostawi w nas niedosytu. Również z tym Yomeddine radzi sobie doskonale i kiedy dochodzi do tytułowego Dnia Sądu sami zostajemy postawieni przed pytaniem, kogo obciążymy winą za los bohaterów i stan współczesnego świata. Pod względem subtelności w przekazaniu uniwersalnej wiadomości film na głowę bije dużo bardziej efekciarskie (ale też świetne!) Kafarnaum. Statyczne, estetyczne kadry zostały tu wykorzystane do nakreślenia przypowieści, która w założeniu nie opowiada nam nic nowego. Pomimo tego, szczerzę wierzę, że takie przypowieści warto powtarzać niczym mantrę tak długo aż staną się one dla nas wszystkich oczywistością.

Zobacz również: „Biały Kruk”, czyli kolejny przeciętny film biograficzny [RECENZJA]

Yomeddine przejdzie przez polskie kina bez echa. Dystrybucja zostanie ograniczona jedynie do kin studyjnych, a przy tak wielu innych produkcjach ta mała perełka pozostanie pewnie niezauważona. Szkoda. Wydaje się, że A.B. Shawky to nauczyciel, który chce nam wszystkim udzielić pięknej lekcji humanizmu w klasycznym tego słowa znaczeniu. Dlatego jeśli macie 93 minuty wolnego czasu i chcielibyście obejrzeć prostą, lecz piękną historię – idźcie do kin. Nie zawiedziecie się.


3.5/5

 

¹Warto tu przy okazji powiedzieć kilka słów o samej chorobie. Trąd wszedł do popkultury jako silnie zaraźliwa choroba, której należy się obawiać. W ostatnim czasie widać to chociażby po pewnej wariacji na jego temat w Grze o tron, gdzie mamy “Kamiennych ludzi” – wyrzutków chorych na postępującą chorobę prowadzącą do zamiany ciała w kamień. Trąd to choroba bakteryjna wywołana przez Mycobacterium leprae – prątki, które namnażają się wolno i są roznoszone drogą kropelkową; nie jest możliwe zarażenie przez dotyk. Bakterie atakują skórę, błony śluzowe i nerwy i charakterystyczne są zaburzenia czucia oraz pogrubienia skóry z licznymi naroślami. Choroba nie jest tak silnie zakaźna jak sądzono w przeszłości i obecnie stanowi coraz mniejsze zagrożenie epidemiologiczne na świecie. Stereotypy na jej temat nadal pozostają jednak silnie zakorzenione w kulturze, co skutkuje wyalienowaniem wielu chorych (w tym wyleczonych). Zwierzęcymi rezerwuarami choroby są pancerniki oraz małpy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.