Advertisement
KomiksKultura

“Harleen”: Breaking bad w stylu superhero – od lekarki do dziewczyny Jokera w trzech aktach [RECENZJA]

Andrzej Badek
Harleen recenzja Egmont
Fragment okładki komiksu fot. Egmont

Harley Quinn to jedna z tych postaci świata DC Comics, która w ostatnich latach zyskała sporo rozgłosu. Bohaterka, w którą na ekranie wcieliła się jedna z najpopularniejszych współczesnych aktorek, Margot Robbie, wreszcie wyszła z cienia i zyskała rozpoznawalność bijącą większość antagonistów Batmana za wyjątkiem samego Jokera. Interpretacja Robbie to interpretacja komiczna, luźna, humorystyczna oraz podkreślająca emancypację bohaterki. Tymczasem Harleen, którą oferuje nam chorwacki rysownik Stjepan Šejic staje w kontrze do tej, którą oglądamy na ekranach telewizorów i kin.

Šejic kreśli przed nami obraz prostej, młodej dziewczyny; ambitnej absolwentki studiów medycznych, która z zapałem godnym wieku rzuca się w wir psychiatrii. Doktor Quinzel naniesiona zostaje na karty komiksu jako postać z krwi i kości. W kontraście do Batmana, Jokera, czy nawet wielkich tuz pokroju Komisarza Gordona czy Harveya Denta, jest do bólu zwyczajna. Pod tym względem jest jej blisko do Arthura Flecka zagranego przez Joaquina Phoenixa w zeszłorocznym Jokerze. Choć nie wywodzi się z nizin społecznych i stoi u progu obiecującej kariery, zdaje się być jedynie płotką z oceanie złowrogich i potężnych sił, które targają przerażającym miastem Gotham.

Quinzel nie jest postacią silną w tym sensie, w którym kobiecą siłę pokazują nam coraz częściej wielkie blockbustery. Owszem, jest bystra, inteligentna, świadoma siebie i otoczenia, ale jednocześnie dźwiga na ramionach cały szereg traum i doświadczeń swojego krótkiego życia. Choć jest bardzo atrakcyjna, nigdy nie była dłużej w stałym związku. Na jej reputacji długim cieniem kładzie się dodatkowo romans z nauczycielem, gdy miała ledwie 19 lat.

Harleen recenzja Egmont
Relacja Jokera i dr Harleen szybko przestanie ograniczać się jedynie do gruntu zawodowego. fot. Materiały prasowe

Kiedy więc lekarka dostaje posadę z Azylu Arkham, szpitalnym ośrodku, w którym trzyma się pod kluczem najgorszych kryminalistów w mieście, radość z możliwości rozwoju naukowego grantu miesza się u niej z niepewnością, czy podoła wyzwaniu i czy całej plejadzie złowrogich pacjentów faktycznie można pomóc.

Przeczytaj również:  "Dzień świra" uznany przez ekspertów za najważniejszy polski film po '89

W tym miejscu należy oddać Šejicowi, że powstrzymał się przed pokusą zaprezentowania psychiatrii zgodnie ze stereotypami, które zagościły w kinie i komiksie superbohaterskim w ubiegłym wieku i których nadal trzyma się wielu rysowników – w tym chociażby ceniony Jeff LemireMoon Knight, o którym pisałem kilka miesięcy temu. Azyl Arkham nie jest z pewnością przyjemnym ośrodkiem, ale autor nie wypełnił go kratami, dziesiątkami strażników, którzy znęcają się nad więźniami oraz kadrą medyczną, która notorycznie łamie prawa pacjentów. Ośrodek jest czysty, zadbany, a jego problemy sprowadzają się do tych, z którymi borykają się niemalże wszystkie współczesne miejsca pracy: wypaleniem i przepracowaniem.

Rzucona w wir pracy, na której zbudowany został mit amerykańskiego snu, Harleen niemalże przestaje sypiać. Nie wynika to nawet z nacisków przełożonych, ale wewnętrznej ambicji, która każe jej (oraz milionom innych obywateli) przedkładać życie zawodowe ponad zdrowie i życie prywatne. Młoda psychiatra wpada w błędne koło, które zaczyna ją wyniszczać w każdy możliwy sposób, a otoczenie złoczyńcami z pewnością nie poprawia jej samopoczucia.

Na kolejnych kartach komiksu obserwujemy, jak zawiązuje się więź pomiędzy Quinzel a Jokerem; mężczyzną, który najpierw o mało nie zabija jej na ulicy, a potem staje się jej pacjentem w zamkniętym ośrodku. Pozbawiona stabilizatorów w postaci życia poza pracą hiperambitna lekarka stawia sobie za cel uleczenie Jokera. Studiując kolejne akta enigmatycznego przypadku powoli popada w obłęd.

Harleen recenzja Egmont
Charakterystyczna kreska nadaje poszczególnym postaciom bardzo wyraziste i ostre rysy twarzy. fot. Materiały prasowe

Równolegle w tle rozgrywają się zdarzenia, które dobrze znamy, jeśli zetknęliśmy się z historią Batmana i miasta Gotham. Harleen ma kontakt z młodym i obiecującym prokuratorem, który równolegle z nią przejdzie na stronę “tych złych”, obserwuje jak miasto powoli się stacza, jak policja ulega radykalizacji i jak bezsilni wobec tego są Batman i Gordon. Pod tym względem utwór nas nie zaskakuje. Znamy punkty końcowe tej historii. Wiemy, kim stanie się Harleen, wiemy, że nie uleczy Jokera i wiemy, jaki los podzieli Dent. Šejic po prostu opowiada nam, jak to wszystko się stało.

Przeczytaj również:  "Łódź. Miasto po przejściach" - Nic nie trzeba, wszystko można [RECENZJA]

Robi to jednak na tyle subtelnie, że odpowiedź na pytanie, co pchnęło bohaterkę w kierunku zbrodni pozostaje niejednoznaczna i zależeć będzie od światopoglądu odbiorcy. Dla jednych winny będzie Joker, manipulant, który uosabia zło. Inni wskażą, że winnym jest wadliwy amerykański kapitalizm, który stawia nierealne wymagania przed ludźmi. Jeszcze inni będą się dopatrywać rys w portrecie psychologicznym protagonistki, które z biegiem czasu staną się wyraźne i ujawnią socjopatyczne skłonności.

Faktem pozostaje natomiast, że Harleen to komiks mroczny – zarówno wizualnie, jak i tematycznie. Autor nie szczędzi tu obrazów mordów, nie boi się poruszyć tematu seksualności bohaterów, a większość scen rozgrywa się w klaustrofobicznych i ciemnych pomieszczeniach szpitala psychiatrycznego, niewielkiego mieszkania bohaterki, czy na komisariacie policji. Warto wspomnieć o interesującej kresce, na którą postawił twórca. Bohaterowie komiksu są w większości obdarzeni bardzo ostrymi, “szlachetnymi” rysami twarzy, które pełne są detali, co sprawia, że na postaci nie tylko przyjemnie się patrzy, ale obdarzone zostały również naprawdę bogatą mimiką!

Harleen, podobnie jak Joker Todda Phillipsa pozostaje utworem osadzonym w uniwersum superbohaterskim. Miejscami wymaga od nas zawieszenia pragmatyzmu, miejscami chodzi na skróty, co jest nie do uniknięcia przy tworzeniu historii w świecie pełnym nienaturalnych mutantów i obdarzonych nieludzkimi umiejętnościami bohaterów. Bez wątpienia jest to jednak najlepsze dzieło od DC lub Marvela, w którym głównym bohaterką jest kobieta. Kobieta, która – w odróżnieniu od Wonder Woman czy Kapitan Marvel – nie jest empowering ale, co może być o wiele cenniejsze, relatable.

Ocena

7.5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Trylogię Nolana o Batmanie, "Suicide Squad", serię gier o Arkham

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.