“Cicha Noc” – Recenzja

Kiedy kręci się w polskich warunkach film taki jak „Cicha noc”, bardzo łatwo złapać się w kilka pułapek. Po pierwsze, łatwo nakręcić film dotykający zbyt wielu problemów naraz. To zjawisko jest nagminne w kinematografii. Nadambitni scenarzyści starają się do jednego dzieła wrzucić trudne dzieciństwo, narkotyki, alkohol, brak akceptacji, odmienność płciową, rasową czy religijną i wiele innych. Po drugie, łatwo nakręcić film antypolski. I nie chodzi mi o to, że nie wolno krytykować swoich rodaków, przeciwnie – trzeba! Mamy jednak w kinematografii przypadłość ukazywania siebie albo jako męczenników, którzy znaleźli się w złej sytuacji przez innych złych ludzi, albo w drugą stronę, jako skrajnych degeneratów, pijaków i agresorów. Po trzecie, łatwo nakręcić film depresyjny, pełen beznadziei, bez dobrego zakończenia.

„Cicha noc” przez znaczną większość trwania zgrabnie balansuje na granicy tych pułapek, nie wpada w nie jednak. Mamy tutaj młodego chłopaka (bardzo przekonująca kreacja Dawida Ogrodnika), który wraca z pracy w Holandii do domu, na Święta. I tutaj wpada w szarą rzeczywistość polskiej wsi. Zdecydowanie największą zaletą filmu jest kontrast. Mamy tutaj brutalne, ale nie karykaturalne zestawienie nowoczesności, konsumpcjonizmu, całej otoczki medialno-kulturowej, która powstała wokół Bożego Narodzenia z „Kevinem samym w domu” i choinką na czele z ludzką małostkowością, zagubieniem młodych ludzi, alkoholizmem i rodzinnym piekłem. Piotr Domalewski ma pewne zadatki, żeby stać się Smarzowskim młodego pokolenia. Pokolenia, które nie zna już socjalizmu i żelaznej kultury, ale wcale nie jest przez to bardziej szczęśliwe. Pokolenia, które ma wielkie ambicje i większe możliwości, ale również jest dużo częściej zagubione. Pokolenia, które zostało oszukane dogmatem o wartości studiów wyższych i pracuje na kasie w sklepie marząc o życiu na wysokim standardzie. Pod tym względem, wydźwięk filmu wzmacniają nawet reklamy przed seansem; jeszcze bardziej podkreślając, jak bardzo różni się cukierkowa wizja świąt od tej, która towarzyszy Polakom w ich domach.

Wiele osób porównuję produkcję do rumuńskiej „Sieranevady”. I faktycznie; mała przestrzeń, uroczystość rodzinna i mnogość postaci to cechy wspólne dla obu filmów. To, co je różni to rozwój treści i formy. Rumuni budowali swój film bardzo powoli, zapraszając widza do coraz bardziej prywatnych i intymnych sfer życia rodzinnego poprzez zmianę pracy kamery. „Cicha noc” nie ewoluuje aż tak bardzo formalnie, natomiast zmierza do dość spektakularnego punktu kulminacyjnego, co do którego mam najwięcej wątpliwości. Nie chcę zdradzać tutaj szczegółów zakończenia utworu, jednak muszę powiedzieć, że twórcy uciekli się w nim do symboliki rodem z filmów Andrieja Tarkowskyego, pozbawionej jednak głębi rosyjskich pierwowzorów. I to zakończenie sprawia, że jakkolwiek film uważam za świeży w polskiej kinematografii, to nie stanowi on rewolucji a jedynie ewolucję. Nie zapisuje wielkimi literami nowego rozdziału polskiego kina, przejęcia go przez kolejne pokolenie, ale wpisuje się w konwencję smutnych produkcji, po których czujemy kaca moralnego.

 

3.5/5

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.