Advertisement
FelietonyPublicystyka

Badek: Mamy problem z Oscarami, ale standardy różnorodności to tylko jego niewielka część [FELIETON]

Andrzej Badek

9 września 2020 roku, kiedy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej w USA ogłosiła wprowadzenie standardów inkluzywności w filmach, które pretendują do najważniejszej kategorii nagród, polska część internetu zaczęła dosłownie pękać w szwach od nagłówków i komentarzy sugerujących, że oto doświadczamy ostatecznego upadku wspaniałej organizacji, która przez lata niosła przed nami kaganek oświecenia i wskazywała, które filmy zasługują na miano najlepszych w kolejnych latach.

Wielokrotnie zdarza nam się słyszeć o tym, że żyjemy w epoce fake newsów, natomiast wspomniany powyżej wysyp “informacji” stanowi najdoskonalszy przykład obrazujący to zjawisko. I nie piszę tego z perspektywy entuzjasty Akademii, ale z pozycji jej krytyka, który ze sceptycyzmem podchodzi do działań amerykańskiej organizacji. We wszystkich internetowych dyskusjach, które do tej pory czytałem, brakuje podstawowych pytań, które musimy sobie zadać, żeby zdać sobie sprawę, co nas tak irytuje i z czego wynikają wprowadzane standardy. Te pytania to: Czym w ogóle są Oscary? Czym są one dla nas? Jaka powinna być przyszłość tej nagrody?

Bong Joon-ho odbierający Oscara w 2020 roku

1. Czym jest Akademia i kim są jej członkowie?

Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej to organizacja branżowa założona w 1927 roku, która skupia się na promocji kinematografii. W jej skład wchodzą aktorzy, reżyserzy, producenci, scenarzyści, ale także charakteryzatorzy, scenografowie, ludzie zajmujący się kostiumami, dźwiękiem i wszystkimi elementami filmu, na które nie zawsze zwracamy w pierwszej kolejności uwagę. Do Akademii zostaje się zaproszonym przez zarząd i z reguły dzieje się tak w wyniku osiągnięć w branży; najczęściej związanych z nominacją do Oscara. Członkostwo jest dożywotnie, choć istnieją niechlubne odstępstwa od tej reguły w postaci takich postaci jak Roman Polański, Bill Cosby czy Harvey Weinstein.

A zatem, w odróżnieniu od innych nagród, Oscary są prezentem od branży dla branży; w Akademii nie zasiadają krytycy filmowi czy dziennikarze. Wykreowało to ogromną rangę nagrody i jej ogólnoświatową rozpoznawalność. Film nominowany lub nagrodzony Oscarem był przez lata dla jego twórców trampoliną do sukcesu finansowego, ale również do dalszej kariery w Hollywood. Coś jednak zaczęło się psuć…

2. Najlepszy film, “Najlepszy film” i Najlepiej zarabiający film

Istnieje silne, pokutujące do dziś przekonanie, że Akademia miała niegdyś zwyczaj wybierania filmów, które istotnie były najlepszymi filmami w branży. Owo przekonanie wynika z kilku faktów. Pierwszym jest bez wątpienia czynnik psychologiczny; ludzki umysł ma tendencję do łagodzenia negatywnych wspomnień i wybielania przeszłości. Po drugie, z biegiem lat pozostają z nami głównie te produkcje, które w jakiś sposób zapadły nam w pamięć. Stąd, w naszej świadomości rezonuje, że filmy pokroju Przeminęło z wiatrem, Ojciec Chrzestny lub Władca Pierścieni: Powrót Króla sięgnęły po najważniejszą statuetkę.

Nie w samej psychologii siedzi jednak odpowiedź na pytanie, dlaczego czujemy, że Oscary tracą swój prestiż. Sięgając o kilkadziesiąt lat w tył, przed oczami ukaże nam się zupełnie inna branża niż ta współcześnie. W odróżnieniu od kina europejskiego, które dość szybko zaczęło premiować rebeliantów i buntowników pokroju Jean-Luca Godarda, Hollywood na bardzo długi czas pozostawało środowiskiem, w którym nagradzano jedynie bardzo duże produkcje, kręcone w wielkich studiach za astronomiczne (choć nie aż tak astronomiczne jak dziś) pieniądze.

Jeśli więc spojrzymy na nagrody za rok 1940, Przeminęło z wiatrem było zdecydowanie najlepiej zarabiającym filmem tamtego okresu. Otrzymało również statuetkę za “najlepszy film” i bez wątpienia było filmem jeśli nie najlepszym, to plasującym się w ścisłym topie ówczesnej kinematografii. Wynikało to z prostej przyczyny; w erze wielkich studiów filmowych, nikt nie mógł marzyć o zrealizowaniu dzieła tak technicznie rozbudowanego i pięknego jak melodramat z Vivien LeighClarkiem Gable’em.

Hattie McDaniel – pierwsza czarna kobieta, która otrzymała Oscara – z nagrodą za rolę w Przeminęło z wiatrem

Przez lata trend ten ulegał pewnym zmianom. Na 5 filmów nominowanych do najważniejszej kategorii, mniej więcej 3 czy 4 z nich należały do najlepiej zarabiających produkcji jeszcze w latach 70. W latach 80. ta liczba spadła do dwóch, natomiast już na początku obecnego stulecia (za wyjątkiem wspomnianego Powrotu Króla), filmy nominowane w czołowej kategorii znajdowały się… dopiero w trzeciej dziesiątce filmów z najlepszym box office! Oprócz tego, coraz częściej faworyci i zwycięzcy oscarowego wyścigu o tytuł “najlepszego filmu” rozmijali się z faworytami zarówno krytyków jak i widzów. Dość wspomnieć o takich średniakach jak Miasto gniewu czy Hurt Locker nagrodzonych w odpowiednio 2006 i 2010 roku. Jak do tego doszło?

3. Łowca jeleni i pierwsze “Oscar-baits”

Nie stało się tak z dnia na dzień. Pierwszym filmem, który okazał się być kroplą drążącą skałę w murach Akademii był… Łowca jeleni. Może być to zaskakujące, ale ciepło wspominany przez wielu kinomanów obraz z 1978 roku był jednym z pierwszych obrazów, które w świadomy sposób zastawiały “pułapkę” na członków prestiżowej amerykańskiej instytucji filmowej.

Przeczytaj również:  "Skarga Utraconych Ziem" - klasyczne fantasy w konserwatywnym sosie [RECENZJA]

Długi, trzygodzinny film traktował o dopiero co zakończonej wojnie w Wietnamie – czyli, rzecz jasna, poruszał bardzo ważny społeczny temat, a dodatkowo wchodził do kin pod koniec grudnia, czyli niedługo przed ogłoszeniem nominowanych produkcji. Waga problematyki oraz czas premiery sprawiający, że o produkcji nikt nie miał czasu zapomnieć, sprawiły że film wygrał Oscara w pięciu kategoriach – w tym tej najważniejszej.

Przez lata kolejni producenci podłapali trendy, które dawały im większe szanse na wygraną. Dość rzecz, że dziś krąży wiele popularność żartów na temat nieoficjalnych kryteriów, które powinien spełniać film, żeby zostać dostrzeżony przez branżę. Wojna w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie? Holokaust? Skrojona pod konkretnego aktora lub aktorkę biografia znanej osoby z doskonałą charakteryzacją? Dodajcie do tego premierę w okresie bożonarodzeniowym i macie może nie przepis na wygraną, ale na pewno receptę na film, który z odrobiną pomocy marketingu podbije serca wielu członków gremium.

Każda akcja ma jednak reakcję. Filmy kręcone dla branży zamiast dla widzów stały się filmami, które nadal posiadały ogromne budżety, ale przestały w tak dużym stopniu interesować publikę. Wielkie blockbustery pokroju filmów Nolana albo produkcji Marvel Cinematic Universe niemalże zawsze znajdowały się poza wyścigiem, choć zgarniały gigantyczną uwagę odbiorców. Akademia stała się tym samym towarzystwem wzajemnej adoracji, kręcąc i nagradzając produkcje za grube miliony, cieszące się coraz mniejszym zainteresowaniem zwykłego obywatela.

Gwiazdor Czarnej Pantery, Chadwick Boseman, na 90. ceremonii rozdania Oscarów

4. Wybieranie zwycięzcy

W tym momencie warto wspomnieć, jak wygląda samo wybieranie zwycięzcy. Raz do roku, członkowie instytucji głosują, ustalając listę preferencji od filmu, który podobał im się najbardziej, do tego który najmniej do nich przemówił. Niestety, nikt nie kontroluje, czy głosujący faktycznie oglądali nominowane produkcje. Istnieją oczywiście członkowie, którzy to robią i usilnie zachęcając innych, żeby też tak robili – wymienić warto chociażby Edgara Wrighta, ale faktem pozostaje, że wielu członków głosuje po obejrzeniu zaledwie kilku filmów.

Dlatego tak ważnym aspektem jest promocja produkcji, na którą idą gigantyczne pieniądze od strony producentów. Paradoks polega na tym, że niejednokrotnie jest to promocja skierowana nie do widzów, ale do członków instytucji właśnie. Rozsyłanie screenerów z filmami, próba dotarcia do jak najszerszej grupy członków. Innymi słowy, twórcy dwoją się i troją, żeby o filmie było głośno, bo niewielka produkcja z małym budżetem niemalże na pewno nie ma szans na nagrodę.

Od dawna zatem w Oscarach nie chodzi o jakość. I tak naprawdę nigdy o nią nie chodziło. To nagroda od branży dla branży, ciesząca się gigantycznym prestiżem i wyznaczająca kierunek, w którym podąża Hollywood. Nietrudno bowiem zgadnąć, że jeśli w danym roku wygra film taki jak Spotlight, kolejne lata zaoferują wysyp dramatów o śledztwach prasowych.

Jednocześnie, członkowie Akademii to w dużej mierze profesjonaliści, co sprawia, że nagradzane i nominowane produkcje rzadko schodzą poniżej pewnego, dość wysokiego mimo wszystko, poziomu. Niezależnie jednak od poruszanej tematyki, większość nominowanych i zwycięskich produkcji to utwory bardzo konserwatywne formalnie. Oscary są skrojone pod widza, który nie spodziewa się szaleństw wizualnych, dynamicznego montażu, gore, kina gatunkowego, czy ekstremalnych doznań dźwiękowych. Znaczna część produkcji należy do kategorii, którą można określić jako “filmy do obejrzenia po niedzielnym obiedzie z całą rodziną”.

5. Ostatnia dekada i otwarcie drzwi do Akademii

Mniej więcej od 10 lat Oscary zaczęły orientować się, że przeżywają spory wizerunkowy kryzys. Z roku na rok kolejne gale cieszą się coraz mniejszym zainteresowaniem, co stanowi silny bodziec do wewnętrznych reform w instytucji. W 2010 roku poszerzono liczbę filmów nominowanych w głównej kategorii z pięciu do dziesięciu. Akademia zaczęła się również otwierać na członków, którzy nie są białymi Amerykanami po 50 roku życia. Jeszcze do niedawna grupa ta stanowiła rażąco przeważający odsetek gremium.

W ciągu ostatnich kilku lat do instytucji zaproszono wiele kobiet, twórców z Europy, Azji i innych kontynentów, czarnych, latynosów i inne grupy, które do niedawna nie posiadały swojej reprezentacji. Nominacje zaczęły również zgarniać mniejsze projekty, takie jak Historia małżeńska czy Roma.

Alfonso Cuarón odbierający Oscara za Romę

Niewątpliwie widać ducha młodości tchniętego w starą (duchem i ciałem) Akademię. Niewątpliwie fakt, że tegoroczną galę wygrał film spoza USA to przełomowa decyzja. Niewątpliwie Hollywood stawia kroki w kierunku dostrzeżenia, że poza Hollywoodem istnieje też świat nieanglojęzyczny, a w samym świecie anglojęzycznym istnieją punkty widzenia, które nigdy wcześniej nie wybrzmiały w wysokobudżetowych produkcjach.

6. Nowe regulacje

Bo w całej debacie o Oscarach nie możemy zapominać, że zawsze rozmawiamy o wysokobudżetowych produkcjach. Nawet jeżeli mówimy o relatywnie niewielkich projektach pokroju Romy, czy Historii małżeńskiej, dyskutujemy o filmach, których budżety sięgają kilkunastu milionów dolarów. Baumbach, Cuarón, czy Bong  Joon-ho mogą kręcić filmy offowe z perspektywy Hollywood, ale mówimy tu ciągle o głośnych nazwiskach przemysłu filmowego z doświadczeniem przy kręceniu wielkich produkcji oraz filmach, które w dalszym ciągu są zaangażowane setki osób – od aktorów począwszy na specjalistach od promocji i marketingu skończywszy.

Przeczytaj również:  "Eden", czyli węgierski eko-thriller w psychologicznym tonie [RECENZJA]

Nowe regulacje pozostają zatem czymś, co stanowi jedynie iście kosmetyczną zmianę. Trudno jest mi wyobrazić sobie jakiekolwiek studio w Hollywood, które z łatwością nie spełni wymagań 2 z 5 kategorii, które opisywaliśmy w newsie. Wydaje się raczej, że wprowadzana zmiana stanowi pewien rodzaj kompromisu pomiędzy środowiskami progresywnymi a konserwatystami w obrębie organizacji. Czymś w rodzaju ostrzegawczej flary, że Akademia stara się robić szerzej niezdefiniowane “coś”, żeby przeciwdziałać wykluczeniu mniejszości z branży, co do dziś stanowi istotny problem przemysłu filmowego.

Zwłaszcza, że zmiany wprowadzane mają być stopniowo, dotyczyć mają jedynie głównej kategorii oraz jedynie filmów aktorskich kręconych w USA.

7. Oscary a sprawa Polski

Istnieje pewna szczególna perspektywa, z której na branżę filmową z USA patrzymy z Polski i wynika ona w dużej mierze z czynników społecznych i historycznych. Wydaje się, że przełom lat 90. i 2000. był okresem największego zbliżenia Polski z kinematografią amerykańską. Wynikało to po pierwsze z otwarcia naszego kraju na Zachód i masowego chłonięcia tamtejszej popkultury, a po drugie ze specyficznego kształtu ówczesnego kina amerykańskiego.

Lata 90. to okres, w którym królują historyczne dramaty, filmy familijne i produkcje napakowane akcją. Do tego warto dodać fale starszych produkcji z lat 70. i 80., które szturmem zalały polskie telewizje i stanowiące to, co po dziś dzień kojarzy nam się z typową wieczorną ramówką Polsatu lub TVN-u. Kino tego okresu w USA to produkcje skupione niemalże wyłącznie wokół białych ludzi i traktujące o uniwersalnej problematyce życiowej; rodzinnej, zawodowej, miłosnej. Łatwo było zanurzyć nam się w taką kinematografię; na niej się wychowaliśmy i dziś Kevin sam w domu jest nie mniej swojski niż wigilijny karp.

Andrzej Wajda odbierający Oscara za całokształt twórczości w 2000 roku

Po nijakim okresie pierwszej dekady XXI wieku, USA zaczęło przeżywać liczne kryzysy tożsamościowe, wywołane najpierw przez kosztowną wizerunkowo, finansowo i psychicznie wojnę z terroryzmem, później przez kryzys finansowy, a następnie przez wewnętrzne niepokoje związane z dalece niedoskonałym systemem opieki zdrowotnej czy więziennictwa.

Kiedy więc Polacy zaczęli powoli kształtować własne gusta, pochylać się nad swoimi problemami i formować kulturę potransformacyjną, amerykańscy artyści większą uwagę zaczęli zwracać na czarnych, latynosów i problemy wewnętrzne Stanów Zjednoczonych, które z polskiej perspektywy są często zniuansowane i trudne do pojęcia. Zwłaszcza, że żyjemy w niezwykle jednolitym językowo i etnicznie państwie.

Jako że kultury polska i amerykańska zaczęły się rozbiegać, powstał podatny grunt pod tezy o upadku Hollywood, politycznej poprawności i innych oskarżeniach, które kieruje się dziś pod adresem Akademii. Istotnie, widzowie polscy wychowani na kinie lat 90. mogą narzekać, że “dziś się już takich filmów nie kręci” i będą mieli rację, bo w sztuce istnieją trendy, a wśród filmowców w USA nasiliły się w ostatnich latach tendencje na eksplorację problemów wewnętrznych własnego kraju, czego efektem może być wykluczenie z grona odbiorców widzów spoza USA.

8. Co dalej?

Choć Akademia dokonała wielu zmian na przestrzeni ostatniej dekady, trudno wskazać, czy przyświeca jej konkretna wizja na przyszłość. Z jednej strony otwarcie na mniejsze (relatywnie) produkcje i filmy nieanglojęzyczne to z pewnością dobry krok, żeby sprawić, by nagradzane filmy były ciekawsze i bardziej różnorodne. Z drugiej strony umocni to podział na blockbustery i “filmy oscarowe”. Czy Oscary planują stać się niszową nagrodą, wręczaną odważnym artystycznie filmom z całego świata? Być może taki ruch spodobałby się nieanglojęzycznym filmowcom i widzom spoza USA, ale doprowadziłby do dalszej marginalizacji corocznej gali w oczach Amerykanów. Abstrahując od tego, istnieją już festiwale i nagrody pokroju Film Independent, które – w odróżnieniu od Oscarów – z założenia zajmują się wręczaniem nagród niskobudżetowym produkcjom.

Trudno dziś wróżyć na temat przyszłości. Szczególnie w 2020 roku, który co krok udowadnia, że analizy przyszłości mogą szybko okazać się fantastyką. Obserwując wydarzenia rozgrywające się w USA i na arenie międzynarodowej, wydaje się, że to właśnie te polityczne zdarzenia będą miały wpływ na kształt mainstreamowego rynku filmowego. O ile bowiem wymagania stawiane od przyszłego roku przez Akademię są proste do spełnienia, dużo trudniej zaspokoić komunistyczną partię Chin, która już dziś kontroluje lwią część zachodniego rynku poprzez cenzurę, które filmowcy chętnie się poddają w celu osiągnięcia zysków na rynku ponad miliarda obywateli. I to właśnie tam, a nie w zasadach inkluzywności, dopatrywałbym się zagrożeń dla wolności słowa.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.