“Na mlecznej drodze” – Recenzja

Niewiele brakowało a w przedświątecznym chaosie, wzmocnionym dodatkowo premierą najnowszych „Gwiezdnych wojen”, przegapiłbym premierę kinową najlepszego filmu, jaki zdarzyło mi się oglądać w kinie w tym roku. Mówię tu o „Na mlecznej drodze” Emira Kusturicy. A myślę, że mówić warto, bo o obrazie mało kto słyszał a jego dystrybucja kinowa w Polsce żąda pomsty do nieba.

Emir Kusturica to postać, której większości kinomanom nie trzeba przedstawiać, ale dla tych którzy o nim nie słyszeli powiem kilka słów. Jest to najpopularniejszy bałkański reżyser, dwukrotny laureat Złotej Palmy w Cannes. Autor tak niezapomnianych obrazów filmowych jak „Underground” czy „Czarny kot, biały kot”. Bezprecedensowy reżyser, który zawsze ukazuje w sposób bezkompromisowy swoją wizję autorską, bogatą w humor i bałkańską muzykę.

Nie inaczej jest w jego najnowszej produkcji. Twórca zabiera nas do uniwersum, które sam kreuje i w którym gra główną rolę. Ale jakie to uniwersum! Mamy tutaj świat wiejskiej wiosny. Beztroski kontrastującej z trwającą wojną. Ta wojna stanowi tu element folkloru. Ot, czasem ktoś strzela, czasem odpadnie jakieś ucho. Zdarza się – jak to na wsi podczas wojny. Dużo ważniejszą rolę grają tu zwierzęta; obecne od pierwszej sceny, nadają filmowi baśniowy wymiar i wpływają wielokrotnie na bieg akcji.

Sama fabuła kręci się wokół muzyka – Kosty, który wiedzie spokojne życie, mimo ciężkiej przeszłości. Wozi mleko na osiołku i przyjaźni się z sokołem wędrownym. Drugą główną bohaterką jest Panna Młoda grana przez piękną Monicę Belluci. Bez sensu jest jednak mówić o wydarzeniach z ekranu, bo ujęte w jakiekolwiek słowa zdadzą się banalne i przeinaczone. Reżyser zrywa ze schematami, bawi się z widzem nadając alegoriom przewrotnego znaczenia symbolicznego. Mamy tu miłość, okrucieństwo, humor; wszystko w odpowiedniej dawce. Fani na pewno zwrócą uwagę na charakterystyczne dla reżysera sekwencje kręcone pod powierzchnią wody.

W kilku momentach film idzie w innym kierunku niż chciałem. W innym niż poprowadziłbym go na miejscu twórcy. W kilku momentach zdarzyło mi się pomyśleć, że jakaś scena jest zbędna. Że jej brutalność nie ma racji bytu. Ale doszedłem do wniosku, że to nie jest wada. To jeszcze kolejny element, który sprawia, że doceniam ten obraz. Bo coraz rzadziej jesteśmy świadkami tego, gdy reżyser ma chęć i możliwość realizowania swojej wizji artystycznej w zupełnie nieskrępowany sposób. I choćby dlatego warto na ten film pójść do kina. Choćby dlatego, że stoi w opozycji do bezpiecznych rozwiązań, nie próbuje odbiorcy ani zadowolić prostymi schematami ani zszokować brutalnością. To czysty dialog artysty z widzem. Dla mnie doskonały.

4.5/5

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.