Advertisement
Recenzje

“Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” – Recenzja

Andrzej Badek

Z marką Gwiezdnych Wojen byłem związany od dziecka. Nie tylko z filmami, ale również grami, książkami, komiksami. Epickie starcia sił Jasnej i Ciemnej Strony Mocy na przeróżnych planetach położonych w odległej galaktyce rozbudzały dziecięcą wyobraźnię. Dziś, wiele lat później, zasiadłem w sali kinowej, uzbrojony jedynie w IMAX-owe okulary, na seansie drugiego już filmu z tytułem „Gwiezdne wojny – historie”, a czwartego odkąd Disney przejął markę. Tym razem miałem poznać opowieść o młodości Hana Solo, jednej z najbardziej ikonicznych postaci Starej Trylogii; pilota, przemytnika i człowieka, który bez wątpienia strzela pierwszy.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie
kadr z filmu “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”

Han Solo ma dużego pecha. I nie chodzi tu o to, że wychował się na planecie Korelia, a później przeżył trzy ciężkie lata służąc w armii Imperium. Przemytnik musi stawić czoła niebagatelnej konkurencji: Jamesowi Bondowi, który stał się w ostatnich latach postacią z krwi i kości, awanturniczej drużynie Strażników Galaktyki, zabawnemu i inteligentnemu Iron Manowi, sprośnemu Deadpoolowi i całej masie innych postaci współczesnego kina akcji. Bezczelny uśmiech i cięty język wystarczały, by podbić widownię w 1977 roku, ale 40 lat później mogą się okazać niedostatecznymi atutami. Szczególnie, że Solo w wykonaniu Aldena Ehrenreicha to jeszcze nieopierzony kurczak, dopiero uczący się swojego fachu i nabywający doświadczenia, nie zaś cyniczny weteran Harrisona Forda.

I to właśnie główna rola jest w filmie najsłabsza. Ehrenreich nie jest zły, z wielu scen wychodzi obronną ręką, ale w przynajmniej kilku nieumiejętnie balansuje na granicy autoparodii przekraczając ją. Jego wyraz twarzy i uśmiech kilkukrotnie budziły we mnie skojarzenia z postacią Agenta 700 z humorystycznej produkcji Grupy Filmowej Darwin. Do tego dochodzi fakt, że aktor jest znacznie niższy niż Ford, został natomiast otoczony wysokimi postaciami męskimi, które to uwypuklają.

Przeczytaj również:  "Malcolm i Marie" – Imitacja życia [RECENZJA]

Drugi plan rysuje się dużo lepiej, choć nadal bez fajerwerków. Qi’Ra (Emilia Clarke) to bohaterka znacznie ciekawsza od księżniczki Lei, ale nieszczególnie wyróżniająca się na tle współczesnych silnych i niezależnych sylwetek kobiecych w kinematografii. Woody Harrelson gra świetnie i trudno sobie wyobrazić lepszego mentora dla Hana Solo. Problem polega na tym, że scenarzyści jedynie zarysowali powierzchnię potencjalnych pokładów charyzmy posiadanych przez aktora. Harrelson to człowiek, który z lepszym scenariuszem mógł stać się ikoną serii pokroju Obi-Wana czy oryginalnego Hana, natomiast zapamiętany zostanie po prostu jako dobry bohater sagi.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie
kadr z filmu “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”

Zdecydowanie odwrotne wrażenie zrobił na mnie Donald Glover, który wykorzystał każdą minutę swojego ekranowego czasu (niestety nie otrzymał go zbyt wiele). Lando Calrissian w jego adaptacji jest postacią barwną, inteligentną i budzącą sympatię. Sceny gry w kasynie czy pilotowanie Sokoła Millenium to te elementy filmu, które mają największą szansę przetrwać próbę czasu. Warto także wspomnieć o Paulu Bettanym wcielającym się w Drydena Vosa, dostarczającym ciekawej postaci bossa przestępczego półświatka.

Fabularnie produkcji nie można wiele zarzucić. Prowadzi nas przez całkiem ciekawą historię, odpowiednio dawkując zwroty akcji, pościgi i strzelaniny. Momentami zdaje się, że scenariusz napisano w taki sposób, żeby odhaczyć wszystkie istotne wydarzenia z życia głównego bohatera, które są okazją do puszczenia oczka do widza. Dowiadujemy się, gdzie Han poznał Chewbaccę, jak zdobył swój statek, o co chodzi z przechwałkami dotyczącymi trasy na Kessel. Nie mogło nawet zabraknąć nowego droida, który, tradycyjnie już w serii, pełni funkcję postaci komicznej.

Przeczytaj również:  "Palm Springs" – czyli powrót magii kina [RECENZJA]
Zobacz również: “Deadpool 2″ – Recenzja

Słabością filmu Han Solo: Gwiezdne wojny – historie jest siła jego konkurencji. W czasach, gdy dostajemy z każdej strony filmy, które łamią schematy, Ron Howard dostarcza produkcję poprawną i bezpieczną, ale niestety przeciętną. Co z tego, że bawiłem się dobrze w kinie, jeśli za tydzień niewiele już będę z seansu pamiętał i nie widzę powodu, żebym chciał kiedyś ponownie obejrzeć historię młodego Solo. Pod tym względem nowe „Gwiezdne wojny” są jak specjalny świąteczny odcinek naszego ulubionego serialu; obejrzymy go z przyjemnością, wypełni on pewne luki w historiach bohaterów, których świetnie znamy, ale nie wniesie nic do głównej historii.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.