Advertisement
KomiksKulturaPublicystykaWywiady

“Nie mam zamiaru wplątywać w komiks jakichkolwiek kwestii społecznych czy politycznych” – mówi nam Mikołaj Spionek, autor komiksu “Wounded” [WYWIAD]

Andrzej Badek
Mikołaj Spionek wywiad wounded
Plansza z "Wounded" fot. Mikołaj Spionek Comic Art Facebook

Andrzej Badek: Kim jest młody twórca komiksowy w Polsce, który decyduje się na stworzenie serii komiksowej w stylistyce westernu? Jak w ogóle do tego doszło?

Mikołaj Spionek: To trudne pytanie. Od dawna miałem marzenia o byciu komiksiarzem i jest to efekt wieloletniej pracy. Przygoda z komiksem zaczęła się bardzo dawno, jak byłem dzieckiem i na własną rękę próbowałem realizować marzenia – drogę do własnego komiksu. Lubię komiksy i po prostu założyłem, że to jest droga którą będę podążał i zwyczajnie zacząłem realizować ten pomysł.

Dlaczego akurat western? Dlaczego postanowiłeś stworzyć Wounded?

Trafiłem na taki specyficzny czas parę lat temu, chwilę przed tym, jak zaczynałem projekt, że w mojej głowie pojawił się pomysł na historię. A nawet nie historię, bo wtedy to jeszcze nie była pełna historia, na konkretną scenę, przemyślaną i gotową do rozpisania. I była to właśnie scena westernowa.

Ten pomysł, to marzenie, z wiekiem uległ zmianie, ale rdzeń pozostał ten sam. Marzy mi się zostanie profesjonalnym komiksiarzem w stylu francuskim, bo Francja to jest Mekka komiksu europejskiego. Od zawsze aspirowałem w tym kierunku.

Choć na przestrzeni lat ulega to zmianie, francuskie komiksy kojarzą mi się właśnie z opowieściami o rycerzach, wikingach, kowbojach. Chciałem wpasować się w tę formę, więc wybrałem western z myślą, że będzie później łatwiej o nawiązanie współpracy z wydawnictwami we Francji.

Drugi powód, dla którego wybrałem ten gatunek to moje zamiłowanie związane z kulturą wojowników. Interesuję się historią, a w niej zawsze najbardziej fascynowały mnie historie o starożytnym Rzymie, Dzikim Zachodzie czy samurajach z feudalnej Japonii. Z tego worka wybrałem historię o rewolwerowcach, ale czuję, że równie dobrze mógłbym sięgnąć po tematykę średniowiecznych rycerzy.

Kiedy myślisz o westernie i dziełach, które ukształtowały twoje spojrzenie na ten gatunek, to co stanowiło dla ciebie największą inspirację przy tworzeniu Wounded? Ja sam dostrzegam tam silne wpływy klasycznego westernu amerykańskiego, ale widzę także elementy zaczerpnięte z filmów Sergio Leone, a także późniejszej fali antywesternów. Nie uciekasz od przemocy, a postaci w historii na pewno nie są czarno-białe.

Mam poczucie, że obraz Dzikiego Zachodu, który mam w głowie został ulepiony za pomocą wszystkiego, co znam z kinowych westernów. Oczywiście, czytywałem również komiksy osadzone w tym gatunku, ale to takie obrazy jak Butch Cassidy i Sundance KidDzika banda czy filmy Clinta Eastwooda i jego dolarowa trylogia wpłynęły na mój sposób patrzenia na western.

Mój ojciec kochał kino i dzięki niemu od wczesnych lat oglądałem bardzo wiele filmów. Pochodzę jeszcze z ery kaset video i wypożyczalni. Odziedziczyłem po ojcu bardzo dużo komiksów i filmów, które maglowałem w kółko, nieustannie. Niejednokrotnie przed snem śledziłem losy Siedmiu samurajów albo wspomnianego Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida.

Podejrzewam, że te wszystkie starsze utwory, w połączeniu z nowszymi produkcjami, które oglądam, złożyły się na całościowy wizerunek tego, co mam w głowie. Mam przy tym wrażenie, że spaghetti westerny w dużo mniejszym stopniu kładły nacisk na przemoc niż współczesne kino gatunkowe.

Jak już jesteśmy przy temacie przemocy, ciekawi mnie narracja, która otacza głównego bohatera twojego dzieła. Jako protagonista naturalnie wzbudza sympatię czytelnika, a z drugiej strony jawi się nam jako postać niejednoznaczna, choćby przez to, że w otwierającej scenie pierwszego tomu postać bez krzty wyrzutów sumienia zabija dziecko jednego z antagonistów. Jak oceniasz pod względem moralnym głównego bohatera? Czy w ogóle, jako twórca, powinieneś go oceniać? Czy my, czytelnicy, powinniśmy trzymać za niego kciuki?

To pytanie jest trudne, ponieważ nie możemy go jeszcze w pełni ocenić. Dopiero po premierze ostatniego albumu, z perspektywy całości, będzie można spojrzeć na tę postać i na drogę, którą było dane mu przebyć. Dlatego nie chciałbym tak całkowicie odpowiadać na to pytanie, bo mógłbym zdradzić zbyt wiele szczegółów historii.

Z drugiej strony, pierwszy album powstał, jak już wspomniałem, w bardzo szalonym okresie mojego życia i nie miałem aż tylu opcji na solidne przygotowanie wszystkich aspektów. Część wydarzeń, które rozgrywają się w komiksie to skutek spontanicznych decyzji. Ta pierwsza scena komiksu była dla mnie pod pewnymi względami naturalna. Od tego czasu minęło już sześć lat, więc nie jestem już w stanie odtworzyć wszystkich swoich motywacji.

Choć od początku miałem w głowie zarys planu na całą serię, pierwszy tom powstał dość spontanicznie. Dopiero później, po premierze pierwszego albumu, był czas, żebym mógł poukładać sobie wszystko w głowie i dopiąć historię bohatera na ostatni guzik.

Przeczytaj również:  "Rocks", czyli Koreeda spotyka Loacha na ulicach Londynu [RECENZJA]
Wounded Mikołaj Spionek wywiad
Plansza z “Wounded” fot. Egmont

Wspominasz o współczesnym westernie i o tym, jak ten gatunek ewoluuje. Mam wrażenie, że współczesny western i inne produkcje oparte o tę formułę mają dużą potrzebę komentowania bieżących wydarzeń czy problemów społecznych. Natomiast Wounded zupełnie unika takiego kontekstu. Odnoszę wrażenie, że postanowiłeś opowiedzieć bardzo klasyczną historię, że nie decydujesz się adresować jej do współczesności.  Jaka jest twoja wymarzona grupa docelowa odbiorców, do których kierujesz ten komiks? Czy chciałbyś go skierować przede wszystkim do klasycznych opowieści o bohaterach? Jak postrzegasz rolę komiksu we współczesności?

Ani wtedy, gdy powstał pomysł na Wounded, ani dzisiaj nie miałem zamiaru tworzyć go pod kogoś, pod jakąś konkretną widownię. Chciałem stworzyć komiks, który mi się spodoba i robię go przede wszystkim dla siebie. Może to nie jest popularne – odnoszę wrażenie, że twórcy często stosują taki zabieg marketingowy: mówią, że tworzą dla czytelnika. Oczywiście bardzo cieszy mnie, jeśli mój komiks się podoba i artyście, czy w ogóle człowiekowi, potrzebny jest feedback, potrzebny jest odbiorca, w przeciwnym razie sztuka pozbawiona jest sensu. Natomiast ja mam podejście, że tworzę dla siebie, z nadzieją, że spodoba się komuś i cieszę się, gdy trafiam do ludzi, którzy lubią western. Zazwyczaj są to młodzi dorośli.

Cieszy mnie to, ponieważ mam duże zaufanie do swojej intuicji względem kształtu historii i sposobu jej prowadzenia. Czuję, co może się spodobać odbiorcom, ale swoje preferencje stawiam na pierwszym miejscu. Nie mam zamiaru wplątywać w komiks jakichkolwiek kwestii społecznych czy politycznych. Trzymam się od tego z dala, bo w mojej głowie komiks jest przede wszystkim dziełem kulturalnym. Z podobnych przyczyn nienawidzę wulgaryzmów, które od razu przywodzą mi na myśl coś, co Amerykanie określają jako lazy writing. Komiksy, na których się wychowałem, opowiadały po prostu historie fantastyczne o rycerzach czy kowbojach. Przy lekturze można było się zrelaksować i to mi się podobało, i w dalszym ciągu podoba w tych utworach. Komiks lat 80. i początku lat 90. nie stał po niczyjej stronie; nie był narzędziem czegokolwiek ani kogokolwiek. Dla mnie rolą komiksu powinna być rozrywka i tego postanowienia zamierzam się trzymać. Nie czuję się odpowiedni do roli autorytetu czy nauczyciela, żebym miał pouczać, jak powinien wyglądać świat. Trzymam się od tego z dala.

Czyli przekleństwa nie, ale już nagość czy przemoc są dla ciebie akceptowalne?

To jest bardzo ciekawe pytanie. Do głowy przychodzi mi teraz sposób, w jaki zapamiętałem te filmy, o których mówiliśmy na początku. Mam w głowie obraz Siedmiu samurajów, w którym ludzie co prawda się zabijali, ale wszystko było ubrane w taki sposób, że widz wiedział, że to fikcja i nie robiło to na nim aż takiego wrażenia. Podobnie westerny; tam też dochodziło do przemocy, ale – szczególnie w starszych produkcjach – było to symboliczne. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie w tej chwili żadnej sceny, która mogła wydać się brutalna w klasycznym westernie. Myślę, że w podobny sposób obrazuję to w swoim komiksie, przez co nabiera to nieco innego wymiaru. Nie wiem, czy odpowiedziałem na pytanie, ale jest to z pewnością trafne spostrzeżenie. Natomiast jeśli chodzi o wulgaryzmy, nigdy nie lubiłem ich w publicznej sferze. Sam zawsze staram się przestrzegać kultury. Chyba po prostu nie traktuję przemocy w komiksie jako czegoś, co mogło by być uciążliwe dla innych.

Myślę, że to dobre spostrzeżenie. Z tych inspiracji, które wcześniej wymieniałeś, chyba tylko Dzika Banda Sama Peckinpaha była filmem, który zasłynął z jawnej i wyeksponowanej przemocy. Istotnie, przemoc w klasycznym westernie była dużo bardziej stonowana.

Mikołaj Spionek wywiad Egmont
Clint Eastwood, ikona westernu fot. Materiały prasowe

Odchodząc od tematu treści Wounded, jak to się stało, że wydajesz swój komiks na łamach wydawnictwa Egmont. Polskojęzyczni twórcy kierujący swój materiał do dorosłego czytelnika kojarzą mi się raczej z ofertą innych wydawnictw. Jak to się stało, że współpracujesz akurat z nimi?

Komiks wysłałem do paru wydawnictw, z czego nawiązałem kontakt z Egmontem. Pan Tomasz Kołodziejczak (dyrektor działu „Komiksy i Gry w Egmont Polska“ – przyp. red.) bardzo ciepło przyjął moją propozycję, co wywarło na mnie spore wrażenie. Egmont kojarzę jako jedno z największych wydawnictw komiksowych w Polsce. Rozmawiałem również z innym wydawcą, ale po kilku rozmowach kontakt się urwał. Egmont wydaje komiksy dla dorosłych i to od dawna. Ma też własną serię o nazwie „Mistrzowie komiksu“, która zawiera klasyczne komiksy dla dorosłych. Albumy w takim francuskim klimacie. Egmont, który ja pamiętam to nie ten sam Egmont, który istnieje dziś. Rynek uległ dużej zmianie na skutek nawału amerykańskich komiksów i dlatego możesz kojarzyć wydawnictwo bardziej z zagranicznych tytułów.

Inne wydawnictwa mają również szeroką ofertę autorskich i artystycznych komiksów, ale są to młodzi wydawcy, a Egmont to prestiżowe wydawnictwo, które jest olbrzymim kanałem dostępu do ludzi, więc cieszę się i jestem im bardzo wdzięczny za wydanie Wounded.

Jak już rozmawiamy o różnych celach i o rynku wydawniczym, co dla ciebie jest lub też byłoby miarą sukcesu – czy to branżowego, czy artystycznego?

Przeczytaj również:  "Batman. Ostatni Rycerz na Ziemi" - We need a hero...? [RECENZJA]

Dużo myślałem na ten temat i powoli zaczyna mi się klarować myśl, że największym sukcesem, jaki mógłbym osiągnąć byłaby niezależność od kogokolwiek; od jakiegokolwiek wydawnictwa. Z tworzeniem komiksu jest tak, że można tworzyć dla wydawnictwa lub stworzyć własny projekt, przyjść do wydawcy z propozycją na zasadzie licencji i otrzymywania określonego procentu ze sprzedaży. Moim celem jest stworzenie sobie takich warunków, które umożliwiłyby mi niezależną pracę nad komiksem, nieograniczoną wolność artystyczną i żebym nie musiał prosić o pomoc żadnego wydawnictwa. Do tego potrzeba lat pracy i budowy dużego fanbase’u, który będzie mnie wspierał. Na szczęście mamy dziś Kickstartera i inne portale, które pozwalają dotrzeć do fanów i sfinansować różne projekty, ale zachęcenie kogoś, żeby wyjął pieniądze z kieszeni i wsparł twoją pracę wymaga dużo wysiłku. Podejrzewam, że minie jeszcze trochę czasu zanim będę mógł sobie pozwolić na taką niezależność.

Chciałbyś kiedyś zajmować się rysowaniem komiksów na pełny etat?

W pewnym sensie już to robię teraz, bo jestem freelancerem i dorywczo współpracuję z agencjami reklamowymi rysując im storyboardy do reklam, a w międzyczasie zajmuję się rysowaniem i rodziną. Jest to póki co taka mała forma mojego zawodowego marzenia.

Mikołaj Spionek wywiad
Okładka drugiego tomu “Wounded” fot. Materiały prasowe

Z całego serca życzę ci powodzenia. Najważniejsze pytanie: Kiedy możemy się spodziewać premiery trzeciej części Wounded?

To jest niełatwe pytanie. Mam nadzieję, że jak najszybciej. Po premierze drugiego albumu odczuwam ogromną determinację, żeby zrobić to jak najszybciej, bo presja od strony czytelników jest duża. W czasie naszej rozmowy mam przed oczami rozrysowany storyboard, bo pracowałem dziś nad nim. Wydaje mi się, że to zabrzmi brutalnie, ale możliwe, że na premierę trzeba będzie zaczekać od półtora do dwóch lat. Szczególnie teraz, gdy pandemia uderza w rynek pracy, jest to mocno odczuwalne i z pewnością może przeszkodzić w pracy nad komiksem. Kiedy rysowałem pierwszy album, byłem zwykłym freelancerem, a dziś jestem już mężem i ojcem dwóch chłopców, więc sytuacja uległa dużej zmianie, ale postaram się skończyć Wounded jak najszybciej. Mam nadzieję, że sama praca w najlepszym wypadku zajmie rok, w najgorszym półtora, a potem, kiedy oddam pracę Egmontowi, kolejne półtora roku to kwestia samego wydania, które pozostawiam w rękach wydawnictwa. Egmont wydaje takie albumy na dwóch festiwalach: w maju i wrześniu, kiedy mogą liczyć na największą sprzedaż i popularność. Na pewno zdobyte przez lata doświadczenie, które nabrałem podczas tworzenia poprzednich dwóch albumów pomoże mi w organizacji pracy i zwiększeniu jej płynności.

Ponownie trzymam kciuki! Czy oprócz ostatniego tomu Wounded masz jeszcze jakieś plany? Wspomniałeś o swojej sympatii względem postaci wojowników. Próbowałeś już swoich sił z piratami, teraz są rewolwerowcy. Co dalej?

Mam pomysły na ciekawe serie, z racji tego, że rzuciłem się z motyką na słońce i, brzydko mówiąc, totalnie dostałem po dupie, bo nie zdawałem sobie sprawy z ogromu pracy, to po zakończeniu tej serii będę się pewnie chciał trochę zrelaksować przy jakiejś małej historii, która zmieści się do jednego albumu albo książeczki, żeby załapać chwilę oddechu. A w międzyczasie będę się starał przygotować do jakiejś większej serii, ale na pewno o czymś innym; pozwolę odpocząć kowbojom. Bardzo lubię świat starożytnego Rzymu. Po głowie chodzą mi historie o samurajach, o komiksie czarno-białym przypominającym stylem filmy Kurosawy.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.