Oda do Tokarczuk [FELIETON]

Kilka dni temu dostałem na swoją skrzynkę mailową newsletter z Gazety Wyborczej; jeden z tych nieco bardziej niszowych: poświęconych książkom. Juliusz Kurkiewicz, autor, zaszczepił nim we mnie myśl; płomyk nadziei, że w nadchodzącym rozdaniu literackich Nobli, jedna z nagród może powędrować do Olgi Tokarczuk.

Uporczywie chwyciłem się tej myśli i siedząc dziś cały dzień w uczelnianych ławach, niecierpliwie czekałem na ogłoszenie wyników, które powitałem oczywiście hurraoptymistycznie. Z tego hurraoptymizmu chciałbym się trochę wytłumaczyć i wpleść bardzo osobisty sposób, z którym podchodzę do twórczości polskiej pisarki, a także do niej samej jako osoby.

Ostatnie lata mojego życia to pewien czytelniczy kryzys. Lub też, z perspektywy czasu, nie kryzys, ale transformacja. Z młodego chłopaka, który czytał kilkadziesiąt książek rocznie, chwytając każdą pozycję, na którą się natknął, stałem się człowiekiem bardziej zapracowanym, obdarzonym mniejszymi zasobami czasu wolnego, a także, jak pewnie większość ludzi mojego pokolenia, zmniejszoną umiejętnością skupienia swojej uwagi na jednej rzeczy przez dłuższy czas.

Tym samym czytałem dalej wiele, ale głównie artykułów. Chłonąłem prasę, felietony, wywiady, eseje, reportaże. Odstawiłem na półkę pisane fabuły. Dramatyczne opowieści chłonąłem z ekranu, na którym podziwiałem uzdolnionych gawędziarzy, którzy swoje myśli potrafili przelać z głowy na filmową taśmę, na dalszy plan stawiając tych, którzy zamiast wspomnianej taśmy używali zwykłego atramentu. Tarantino zastąpił mi Kinga, Lynch wyparł Lema, a Tarkowski Szymborską.

Istniał też drugi powód, niezwiązany w takim stopniu z ilością czasu, którym dysponowałem. Im więcej czytałem, tym większą uwagę zacząłem przywiązywać do samej formy pisania. Niezgrabnie formułowane zdania, wąskie zasoby słownictwa, które za młodu nie stanowiły żadnego problemu, tak długo jak historia angażowała moją uwagę, zaczęły uwierać, przyciągać spojrzenie i doprowadzać do porzucenia lektury przed ukończeniem.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o Oldze Tokarczuk. Natomiast wiem, że dopiero w tym roku w moich rękach znaleźli się Bieguni. Już od pierwszych stron książki zdałem sobie sprawę z kilku bardzo różnych kwestii. Pierwszą z nich było to, że tę lekturę z pewnością dokończę. Oto trafiłem wreszcie na taki język, który pobudzał moją wyobraźnię. Plastyczność kolejnych słów rysowała przed moimi oczami zupełnie nowe światy, w które zabierała mnie autorka. Czułem się, jakby słowa, których używa, tworzyły pomost między naszymi umysłami; jak gdyby sam fakt lektury był aktem tworzenia czegoś nowego – innego niż ja, innego niż Tokarczuk, innego niż historia zawarta w książce.

Drugim aspektem, z którego zdałem sobie sprawę, było to, że książki tej nie ukończę szybko. Byłoby to… nie na miejscu. Podzieleni na rozdziały o bardzo różnej długości, Bieguni aż proszą się o to, żeby poszczególne myśli miały czas i przestrzeń, żeby wybrzmieć. I tak książkę można czytać o poranku, do kawy, gdy jesteśmy w pośpiechu i stać nas tylko na tyle, żeby przeczytać jedną stronę; jakieś króciutkie przemyślenie. Można ją czytać wieczorem; dać się ukołysać do snu historii o samotnym sterniku promu spisanej w taki sposób, że usłyszycie w głowie plusk wody i długi gruby sygnał dźwiękowy upraszający o szczególną uwagę.

Trzecim aspektem była ogromna luka pokoleniowa, która istnieje między nami. Nasze światy dzieli bardzo wiele. Wychowaliśmy się w różnych czasach, choć w tym samym kraju. Zupełnie różne dzieła kultury kształtowały nasze spojrzenie na rzeczywistość. Tokarczuk z Biegunów w swoim spojrzeniu na rzeczywistość, w szczególności tę podróżniczą, znacznie bardziej przypomina mi pod względem refleksji moją mamę niż mnie. Obie są bardzo otwarte, ciekawe (wręcz ciekawskie), a jednak lekko oszołomione tempem, liczbą bodźców i stopniem zróżnicowania świata – tak różnym od tego, jak wyglądał świat ich dzieciństwa.

Drażniło mnie momentami uwielbienie dla fizyczności ciała ludzkiego, które tak uparcie przejawia w kilku rozdziałach autorka. Pięknie napisane historie, które nadawały mistyczny wymiar wnętrzu człowieka były dla mnie odrzucające. Nie poprzez obrzydzenie, ale doświadczenie. Lata studiów medycznych, w szczególności rok poświęcony anatomii prawidłowej, spowodowały, że przestałem widzieć jakikolwiek mistycyzm w ludzkich organach. Fascynacja pisarki preparatami zanurzonymi w formalinie i innymi metodami konserwacji zwłok wywołała u mnie pewne niezrozumienie, choć w żadnym razie nie odbieram jej prawa do czczenia tej spowszedniałej dla mnie dziedziny nauki.

Tym jednak, co najbardziej utkwiło mi w głowie z lektury Biegunów, był sposób pojmowania podróży. Przełożenie duchowego jej aspektu ponad fizyczne przemieszczenie w przestrzeni. Obserwacja ludzi na lotniskach i dworcach. Dostrzeganie piękna podróżowania nie w zabytkach i atrakcjach turystycznych, ale w tych drobnych różnicach w ludzkich zachowaniach, we wszechobecnym pośpiechu ludzi, którzy spieszą się na samolot albo na spotkanie biznesowe. Olga Tokarczuk jest osobą, która usiądzie w kawiarni przy małej uliczce i przy filiżance kawy będzie kontemplować obserwowane zachowania, odnotowywać szczegóły, a dla każdej mijającej ją osoby wymyśli osobną historię.

Ten sposób pojmowania podróży przyrównać można do narkotycznego transu, któremu warto się poddać i który uzależnia w nie mniejszym stopniu niż narkotyk. Ów trans to prawdziwa przyczyna, dlaczego ludzie porzucają wygodne życie, umeblowane mieszkania i sypiają na niewygodnym krześle na dworcu w oczekiwaniu na środek transportu, który zabierze ich gdzieś. Dalej. Do nowej rzeczywistości.

W czerwcu bieżącego roku w moje ręce trafił jeden z numerów Pisma. Zawierał on długi wywiad z pisarką. Doświadczenie nauczyło mnie, że bycie wybitnym artystą w żaden sposób nie implikuje mądrości, przenikliwości czy inteligencji. Wielokrotnie zdarzyło mi się zderzać swoje wyobrażenie na temat wybitnych aktorów, reżyserów i innych wielkich twórców z ich płytkimi i banalnymi refleksjami, którymi dzielili się w mediach.

W przypadku Olgi Tokarczuk było zupełnie odwrotnie. Autorka okazała się być krytyczna wobec siebie, a także wobec własnej twórczości; czuć było, że podchodzi do rzeczywistości w sposób analityczny. Jej poglądy były silne, ale nie wymierzone w kontrowersje, a wynikające z głębokich przemyśleń. W mojej głowie zarysował się obraz kobiety mądrej, doświadczonej i zdecydowanej. Obraz osoby, którą warto postawić w jednym rzędzie z największymi autorami na świecie.

Kiedy telefon zawibrował w kieszeni, a ja odczytałem wiadomość, że Literacka Nagroda Nobla za 2018 powędrowała w ręce Polki, aż podskoczyłem z radości. Z radości, że więcej osób odkryje, jak wspaniałe może być podróżowanie po świecie; to prawdziwe i to, które możemy sobie zafundować scalając naszą wyobraźnię z pięknie zaprojektowanymi dziełami Olgi Tokarczuk.

Ilustracja wprowadzenia: Niklas Elmehed


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.