Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Daleko od Reykjavíku” – Żyjemy w Spółdzielni [RECENZJA]

Andrzej Badek
Piękne w swojej surowości krajobrazy to bez wątpienia jeden ze znaków rozpoznawalnych islandzkiego kina. fot. Materiały prasowe

Za sprawą sekcji “Oslo/Reykjavik”, która pojawia się w trakcie największego festiwalu filmowego w Polsce, MFF Nowe Horyzonty oraz rosnącej popularności skandynawskiej literatury czy kinematografii, surowe islandzkie kino zyskało w Polsce grono zwolenników. Trudno się temu dziwić. Islandia, szczególnie jeśli ukazana w sezonie wiosenno-letnim to kraj przepięknych krajobrazów oraz silnych ludzi posługujących się twardym językiem.

Nie inaczej wygląda sprawa w Daleko od Reykjavíku Grímura Hákonarsona, reżysera który dał nam wcześniej chociażby Barany. Islandzką opowieść. Akcja filmu rozgrywa się w okolicach niewielkiego prowincjonalnego miasteczka. Jest to teren zamieszkany w większości przez rolników, którzy – w celu ochrony swoich interesów przed wielkimi korporacjami – zrzeszają się w lokalnej Spółdzielni.

Właśnie tam poznajemy Ingę, która żyje razem ze swoim mężem prowadząc gospodarstwo rolne. Żyją skromnie, ale na podstawie obrazów z ich życia można pokusić się o nazwanie ich małżeństwa szczęśliwym. Już wkrótce jednak życie kobiety zmieni się, gdy dowie się, że jej mąż zginął w wypadku, okoliczności śmierci są podejrzane, a Spółdzielnia nie jest organizacją tak kryształową za jaką chciałaby uchodzić w oczach okolicznych mieszkańców…

I choć powyższy opis może sugerować, że będziemy mieli tu do czynienia z kryminałem; gatunkiem, który Skandynawowie opanowali do perfekcji, Hákonarson używa jedynie pewnych elementów narracyjnych, które stanowią podbudowę pod dramatyczną opowieść.

Daleko od Reykjavíku zmusza nas do zadania sobie pytania: w którym momencie dobrowolnie założona organizacja staje się bezduszną korporacją, w której bardziej liczy się zysk niż człowiek? Ochrona przed sięgającymi ze stolicy mackami wielkich koncernów to szlachetne zadanie, ale czy musi mu towarzyszyć nakaz obrotu towarami jedynie w ramach zrzeszonych w organizacji?

Przeczytaj również:  "Wujek Frank", czyli wzruszająca opowieść o akceptacji [RECENZJA]

Niezależnie od tego, gdzie leżą nasze poglądy polityczne i jaki jest nasz stosunek do państwa jako organu władzy, zdecydowana większość ludzi popiera tak prawicy, jak i lewicy to zwolennicy dobrowolnych i oddolnych ruchów. Przecież ludzie od zawsze łączyli się w grupy w celu realizowania wspólnych interesów i podziału obowiązków. Tak powstawały plemiona, wsie, miasta i wreszcie narody.

Daleko od Reykjavíku recenzja
Inge oraz Eyjólfur, prezes Spółdzielni, z którą walczy bohaterka. fot. Materiały prasowe

Spółdzielnia, z którą walczy Inga to pośredni element tego ogniwa przemian. Nie jest to jeszcze tytuły Lewiatan z filmu Zwiagincewa; bezduszna machina państwowa realizująca się poprzez skorumpowaną biurokrację i pozbawiona ludzkiego oblicza. Nie jest to jednak już także przyjacielska komitywa, bo u sterów organizacji stoi Eyjólfur; człowiek Indze znany, ale zanurzony głęboko w wielkim biznesie; daleki od pogodnego nestora, opiekującego się i reprezentującego lokalną społeczność.

Narracja filmu z automatu stawia nas w roli kibiców protagonistki. Oto przecież silna, samotna kobieta, która straciła męża i została sama z dużym gospodarstwem rolny. Do tego staje do walki z czymś na kształt korporacji, a przecież te w języku kina niemal zawsze są złe. Indze przyjdzie zatem stanąć przeciwko wymuszeniom, groźbom, wandalizmom czy ostracyzmowi, bo szybko okaże się, że okoliczni rolnicy będą musieli wybrać pomiędzy przyjaźnią z bohaterką a lojalnością wobec firmy gwarantującej bezpieczeństwo ich działalności.

Znamienne jest, że protagonistka używa do walki dwóch dostępnych jej mechanizmów. Pierwszy to ten sam, który, obok narracji, zapewnia jej naszą, czyli widzów, łaskawość – empatia. Poprzez facebookowe wpisy i wywiady udzielane mediom, Inga szybko zyskuje lokalny rozgłos i ogranicza możliwości uciszenia i marginalizacji sprawy, co byłoby na rękę Eyjólfurowi.

Przeczytaj również:  "Proste rzeczy", czyli codzienna proza życia [RECENZJA]

Drugi jest znacznie ciekawszy. Otóż bohaterka sama postanawia założyć kolejną spółdzielnię. Taką, która skupi wokół rolników i umożliwi im swobodny handel poza twardo wyznaczonymi granicami. Bohaterka tym samym zaczyna grać w iteracyjną grę. Oto walczy o założenie organizacji, która ma chronić prostych ludzi przed działaniami większej organizacji założonej w celu chronienia interesów wspólnoty przed jeszcze większymi firmami.

Inga sięga w swojej walce po wszystkie dostępne środki i stanowi przykład niezwykłej determinacji. Choć niektóre z jej metod budzą etyczne wątpliwości – jak choćby ta, w której marnuje całą cysternę mleka – jej postać wpasowuje się w nurt silnych i dobrze napisanych kobiecych bohaterek, które zmuszone są stawić czoła światu. I choć złośliwi mogą zarzucić, że jest to wyrachowana próba wpasowania się w trendy, wciąż cierpimy na deficyt silnych kobiecych postaci w kinematografii. Jeśli więc cenicie sobie umiarkowane tempo akcji, twarde akcenty germańskich języków oraz surową lecz piękną przyrodę dalekiej północy, warto wybrać się wgłąb Islandii – daleko od Reyjkjavíku!

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Kobieta, która idzie na wojnę", "Barany. Islandzka opowieść"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.