Manifest przerażonych internautów

Piszemy dla Was na Filmawce teksty nie jako eksperci w dziedzinie kinematografii. Tylko raz, przypadkowo, zostaliśmy nazwani tak dumnym, jak nieprawdziwym określeniem krytyków filmowych. Piszemy dla Was jako pasjonaci, którzy chcą zarazić Was swoją filmową pasją. Piszemy dla Was nie tylko o filmach jako takich, ale zawsze staramy się osadzać je w szerszym, kulturowym kontekście. W ujrzeniu tego kontekstu pomaga nam jedna cecha, która łączy większość członków naszej redakcji. Wychowaliśmy się w internecie. Znamy to medium doskonale; nie tylko jego popularne oblicze, w które na co dzień zapuszczają się użytkownicy, ale i mroczniejsze zakamarki, o których nie mają oni pojęcia, choć dotykają one ich w większym stopniu niż im się wydaje.

Piątek 15 marca 2019 roku był najczarniejszym dniem w historii naszej redakcji. Z przerażeniem śledziliśmy napływające stopniowo informacje na temat zamachu w Nowej Zelandii; akcji, w której młody mężczyzna z zimną krwią zamordował kilkadziesiąt niewinnych osób. Początkowy stupor i niedowierzanie przerodziły się w poczucie obowiązku zabrania głosu w tej sprawie. Zbrodnia popełniona w Christchurch jest bardzo blisko związana z kulturą, w której żyjemy i ktoś musi to w końcu wyartykułować. Dzisiejsze zdarzenie, jakkolwiek tragiczne, to ucieleśnienie naszych najgorszych obaw, towarzyszących nam od lat.

Zło, które dziś zobaczyliśmy ma źródło w tym samym miejscu, z którego wywodzi się trzon współczesnej kultury internetowej, którą przesiąknięty jestem tak samo ja jak i Ty, czytelniku. Jego źródłem jest wąska, ale zaangażowana społeczność internetowa skupiona wokół chanów, które lepiej ode mnie zdefiniował Michał Palowski:

Chany, lub inaczej imageboardy to anonimowe fora internetowe. Niektórzy nazywają je też forami obrazkowymi, bo do założenia nowego wątku konieczne jest dołączenie pliku graficznego. Najpopularniejszym serwisem tego typu jest niesławny 4chan, o którym z pewnością słyszał każdy, kto siedzi w internecie więcej, niż tylko na Onecie. 4chan i chany ogółem są obecne w sieci od niemal dwóch dekad, a ich anonimowość i nastawienie na treści obrazkowe w dużej mierze przyczyniły się do podwalin kultury internetu, jaką znamy dziś, z jej wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi stronami.

Żeby nie rozwodzić się za bardzo o historii imageboardów, przejdźmy do konkretów. Chany podzielone są na tematyczne podfora (boardy, czyli tzw. deski) i na przykładzie 4chana są to boardy “niebieskie”, czyli teoretycznie bezpieczne, zwykle zorientowane wokół zainteresowań – filmowe /tv/, podróżnicze /trv/ czy paranormalne /x/. Ale oprócz niebieskich podstron są też pomarańczowe, którym 4chan zawdzięcza swoją sławę i niesławę, czyli polityczne /pol/ i zupełnie losowe hydeparkowe /b/. Na tych boardach moderacja praktycznie nie istnieje, a usuwane i banowane są właściwie jedynie treści jawnie pedofilskie.

Ze względu na anonimowość i ogromny ruch, na tych podforach dominują krótkie wypowiedzi sprzyjające viralowości, bo wątki żyją tak długo, dopóki ktoś w nich odpowiada. Każda odpowiedź bumpuje/podbija wątek, dlatego na pierwszej stronie można znaleźć najciekawsze i najbardziej palące społeczność dyskusje. /pol/ to bijące serce amerykańskiego alt-rightu, a /b/ dało początek większości memów pierwszej dekady XXI wieku. Wraz z popularyzacją mediów społecznościowych i rozpowszechnieniem dostępu do internetu, dla przeciętnego usera anonimowość w sieci przestała być już tak istotna, a sam wpływ chanów na kulturę internetu nieco osłabł, choć jego echa nadal są widoczne.

Wpływ przesunął się za to na świat pozainternetowy. Jak już wspomniałem, podforum /pol/, na którym dominują poglądy alt-rightowe, odpowiada w dużej mierze za “memiczność” Trumpa i jego odbiór przez zwolenników w sieci. I choć zamachowiec z Nowej Zelandii powiązany był ze środowiskiem 8chana, to społeczność chanów wszędzie jest zbliżona. To tam opublikował swój manifest oraz informację, że zamierza dokonać zamachu i transmitować go live na swoim Facebooku…


Pamiętacie masowe protesty przeciwko ACTA w 2012 roku i tłumy manifestujących na całym świecie noszących kultową już maskę Guya Fawkesa? Kojarzycie grupę hakerów-aktywistów Anonymous? Dzielicie się ze znajomymi przeróbkami popularnych past? Wreszcie, wysyłacie i oglądacie codziennie dziesiątki memów. To, oraz dziesiątki czy może setki innych elementów Waszego życia zostały ukształtowane poprzez chany.

Za granicą bezpieczeństwa i surowych regulacji Facebooka, Google, Instagrama, Youtube’a i innych internetowych gigantów rozpościera się bezkresny świat sieciowej anonimowości, w której autorzy dyskutują na przeróżne tematy, bez żadnych ograniczeń. Doświadczycie tam najgorszej pornografii, brutalnej przemocy czy mowy nienawiści bez jakiejkolwiek cenzury. Jakkolwiek chany są często najszybszym źródłem informacji, a sekcje tematyczne dostarczają odbiorcy niejednokrotnie zawartość wysokiej jakości, pozostają niemalże poza jakąkolwiek jurysdykcją. Nie istnieje granica dobrego smaku, a jedynym, czego nie znajdziecie w łatwy sposób będzie dziecięca pornografia, na którą szczególnie wyczulone jest prawo federalne USA.

Od wielu lat /pol/ stanowi prawdziwe siedlisko alt-rightu; prawicowych radykalistów. Jeśli oburzają Was komentarze na stronach polskich grup narodowych, w których oskarżenia o zdradę i żydowskie pochodzenie mieszają się życzeniami bolesnej śmierci dla wrogów “białej cywilizacji”, pomnóżcie to wielokrotnie a otrzymacie pewne wyobrażenie o treściach /pol/. Wielu użytkowników tej podstrony czuję się przedstawicielami zagrożonej w ich mniemaniu kultury okcydentalnej, której gotowi są zaciekle bronić.

Przez wiele lat nastroje tej części internetu ulegały radykalizacji, ale sprowadzały się jedynie do czynów ograniczonych do przestrzeni internetowej. 15 marca 2019 roku mroczne przewidywania, które pesymistyczna część z nas snuła od dawna, uległy materializacji w formie czynu tak surrealistycznego w swoim okrucieństwie, że trudno sobie wyobrazić, że zdarzył się naprawdę.

Związany ze środowiskiem 8chan mężczyzna nie tylko dopuścił się ideologiczne mordu w dwóch meczetach, ale zrobił z tego internetowy show nadawany na żywo. Uzbrojony w dwa karabiny i magazynki podpisane licznymi hasłami, ubrał na czoło kamerę GoPro i w rytmie Remove kabab zaczął zabijać ludzi prosząc jednocześnie o subskrypcję dla jednego z najbardziej znanych twóców współczesnego Youtube – PewDiePie. 

Jego nagranie, mimo systematycznego usuwania go przez internetowych gigantów, błyskawicznie obiegło cały internet stając się, o zgrozo, źródłem licznych komentarzy – w tym polskich i to okraszonych imieniem i nazwiskiem! – pochwalających mężczyznę za jego zbrodnicze czyny. Nie istnieją żadne świętości – już po kilku godzinach film ze strzelaniny uzyskał memiczny charakter i ludzka śmierć zaczęła służyć czystej rozrywce. Jeden z naszych redaktorów natrafił na nagranie, w którym oryginalny dźwięk został zastąpiony dźwiękiem z kultowej gry Doom – pierwszoosobowej strzelanki z 1993 roku. Reakcja polskojęzycznej części internetu nie odbiega znacząco od tego, co dostrzegamy na chanach – internet zalewają komentarze ludzi, którzy nie mają nawet potrzeby kryć swojej twarzy czy nazwiska i otwarcie pochwalają mord na muzułmanach. Marcin Kempisty słusznie zauważa:

Jest jedna sprawa, której nie sposób pominąć. Zamachowiec za pomocą kamerki przymocowanej do kasku nagrywał całe zdarzenie i transmitował je w internecie. Takie uwiecznienie tragedii ma wymiar dwojaki. Na pewno łechce ego i stanowi perwersyjny powód do dumy. Nie idźmy jednak tą drogą, ocenę jego stanu psychicznego pozostawmy specjalistom. Nie można jednak przejść obojętnie obok samego faktu nagrania, zreplikowania sposobu patrzenia znanego z gier komputerowych, czy chociaż filmu “Hardcore Henry”. Terrorysta pozwolił na współuczestnictwo w prawdziwej tragedii, stworzył spektakl, którego widownia mogła być jeszcze bliżej rzeczywistości, niemalże dotknąć ciał, z których uchodziło życie.

Nie, nie chodzi tutaj o proste krytykowanie popkultury. Nie da się jednak ukryć, że widownia jest katowana obrazami przemocy. Zabijanie, gwałcenie, ćwiartowanie, przypalanie, szlachtowanie, torturowanie, katalog zbrodni jest tak szeroki, jak wyobraźnia twórców. Nie miejmy złudzeń, te obrazy osadzają się na dnie oka. Sublimowana na ekranie przemoc może pomaga niektórym w wyładowaniu furii, ale w przeciwieństwie do innych źródeł energii, jest ona naturalnie odnawialna i niewyczerpana. To nie znaczy, że strzelaniny kreują morderców. To znaczy, że przemoc może być rozwiązaniem dla tych, którzy nie potrafią oddzielić popkulturowej fantazji od rzeczywistości. Mężczyzna nie przeniósł fikcji do rzeczywistości, on nakręcił rzeczywistość i stworzył film tak bardzo realny, jak to tylko możliwe.

Funny Games Michaela Hanekego dobitnie ujawniło, jak bardzo widz potrzebuje tego rodzaju podniet, jak bardzo odrealniają one prawdę i jak mocno dehumanizują ludzi. Zresztą to symptomatyczne, że na ofiary zawsze patrzy się w popkulturze przez pryzmat psychiki morderców. Martwe ciało przestało być w jakikolwiek sposób szanowane, a stało się produktem. Im większa ekspozycja ran, tym większy “realizm”, jak gdyby widz nie mógł się domyślić siły śmierci i musiał wiecznie oglądać wytryski krwi i orgazmy bólu. Mniejszości i grupy wcześniej poszkodowane – kobiety, czarni, geje – zdały sobie sprawę z potęgi obrazu i zaczęły wpływać na formę przekazu, by postulować pozytywne zmiany w społeczeństwie. Dlaczego zatem przemoc pozostaje wciąż nienaruszona i jest tak eksploatowana przez kolejnych twórców?


Świadomość tych wydarzeń napawa nas prawdziwym przerażeniem. Doszliśmy do momentu w naszej historii, w którym internet wyprodukował przerażający typ ekstremisty; zaślepionego ideologicznie człowieka, który nie jest egzotycznym przybyszem z daleka, ale nadaktywnym konsumentem naszej sub i popkultury. Oczywiście, Brenton Tarrant to jednostkowy przypadek, na podstawie którego nieuczciwie jest wyciągać dalekoidące wnioski, ale już fakt, że jego czyn nie spotyka się z jednoznacznym potępieniem w naszym społeczeństwie jest symptomatyczny. Przerażające, że być może w Waszym najbliższym otoczeniu mieszkają i żyją ludzie, którzy po cichu lub nawet otwarcie wspierają masakrę pozostając całkowicie niewrażliwymi na ludzkie cierpienie.

Nie wystąpimy teraz przed Wami z motywacyjną puentą, w której podamy Wam nasz pomysł na rozwiązanie tego problemu. Nie znamy go i nie zamierzamy wchodzić w skórę specjalistów, socjologów i polityków, ponieważ uważamy, że proste solucje na tak trudne problemy nie istnieją. Obawiamy się jedynie, że zamiast wnikliwej analizy problemu otrzymamy te same wnioski, którymi karmieni jesteśmy regularnie: obarczenie winą za przemoc gry komputerowe, dostęp do broni i polityków przeciwnego obozu.

Francis Fukuyama w 1989 popełnił cytowany wielokrotnie później esej Koniec historii, w której wysnuł tezę, że demokracja liberalna w połączeniu z kapitalizmem to połączenie najlepsze z możliwych i wkrótce zostanie przyjęte przez cały świat. Bieżąca dekada na każdym kroku udowadnia nam, jak bardzo przesadzony był optymizm amerykańskiego politologa. Przypadek Christchurch dowodzi tego, że musimy poważnie zrewidować sposób, w jaki rozmawiamy w mediach i między sobą na temat internetu i przestać traktować go jako niegroźny temat zastępczy.

Co z tego, że Guardian już wiele lat temu nazwał 4chan zjawiskiem błyskotliwym, śmiesznym i niepokojącym, jeśli dziś okazało się, że zaledwie kilka osób z mojego najbliższego otoczenia ma świadomość, jakie są źródła internetowej kultury, w której pławimy się nieustannie oglądając Netflixa, Youtube czy wszelkie strony ze śmiesznymi obrazkami. Wyhodowaliśmy szarą strefę społeczeństwa, która jest zupełnie nierozpoznawalna dla większości polityków czy dziennikarzy, bierze udział w kreowaniu naszej rzeczywistości i jest w stanie czynić zło w imię chorych wartości. Musimy zainicjować dialog; zmierzyć się z tematem i mieć nadzieję, że nie jest jeszcze za późno.


10 thoughts on “Manifest przerażonych internautów

  1. Dziękuję za ten tekst, za pokazanie sytuacji od strony aktywnego użytkownika internetu. Za wytłumaczenie pewnych elementów tej tragedii. Trzeba wnosić tę perspektywę, bo teraz obserwujemy rzeczywistość zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenie. będę udostępniać!

  2. Siedzę jako obserwator od lat głębiej niż chany, bo w Deep Webie i co mam powiedzieć? Że trzeba zamknąć internet bo demokracja liberalna się nie obroni bez cenzury? To jest kpina z rzeczywistości. Zło trzeba pokazywać bez cenzury by je ograniczyć. Zamazywanie, banowanie i wywalanie z serwerów to liberalna farsa.

    1. Nie odnosiłem się do Deep Webu, bo raz, że sam nie czuję się bardzo mocny w temacie i wymagałoby to z mojej strony dużo szerszego researchu, a dwa dlatego, że poruszamy tu już i tak dość dużo złożonych kwestii, a sprawa katastrofy jest związana konkretnie z chanami i ich działalnością, nie DW.

      Nigdzie nie nawołuję w artykule do cenzury. Uważam temat za bardzo grząski i trudny; choćby dlatego, że sam należę do orędowników internetowej wolności. Nawołuję do dyskusji, która pomoże poszerzyć wiedzę i świadomość szeregowych użytkowników na temat tych mniej oczywistych zakątków internetu. Ten dialog jest w moim odczuciu bardzo potrzebny i równie bardzo zaniedbany.

  3. Na początek chciałbym napisać, że moje myśli wędrują w kierunku absolutnie bestalskio potraktowanych ofiar i ich rodzin, oraz, że z meritum tekstu się zgadzam. Natomiast, ten fragment, oh…

    “Mniejszości i grupy wcześniej poszkodowane – kobiety, czarni, geje – zdały sobie sprawę z potęgi obrazu i zaczęły wpływać na formę przekazu, by postulować pozytywne zmiany w społeczeństwie”
    Ehhh. Chyba znany przez administratorów strony Pan Borewicz wspólnie z partnerką zasugerowali autorowi tekstu tę wypowiedź.
    Jak to się ma do CZEGOKOLWIEK w związku z masowym mordem na podłożu wyznaniowym, nie etnicznym? W jaki sposób mniejszości zmniejszyły łaknienie społeczeństwa na przemoc, znane przynajmniej od krwawych rozrywek Greków? Bo chyba nie szmirami Spike Lee.

    Właśnie przez takie bzdurne postrzeganie świata, gdzie Dobry Afroamerykanin powstrzymuje Białego Diabła przed zmolestowaniem dziewczyny na ulicy przez poproszenie o numer, mamy takie potworki jak alt-right, a imageboardy się radykalizują. Bo zwykły biały człowiek klasy średniej, tyrając po 10 godzin w pracy (takie są realia w większych metropoliach US), otwierając w wynajmowanym z kredytu mieszkaniu zimnego Coors’a z promocji, jednym okiem oglądając nową reklamę Gilette gdzie biali ojcowie są pokazywani gorzej od A.H. w propagandówkach Aliantów, a drugim czytając listę przyjęć do college’u; nie rozumiejąc, czemu na porządku dziennym istnieją mnożniki x1,2 dla Murzynów i Latynosów, przez co jego dzieci się nie dostały na uczelnie wyższą; jak słyszy o tym mitycznym białym przywileju to po prostu trafia go szlag.
    Szkoda, że te potężne i prężnie działające mniejszości nie powstrzymały produkcji beznadziejnego remake’u Funny Games *śmiech*.

    1. To jest fragment mojego autorstwa, więc odpowiem.
      Oczywiście, że ten wtręt był zupełnie o czymś innym i tyczył się tego, w jaki sposób filmy przekazują pewne treści. Dotyczył “filozofii obrazu”, a nie samego zamachu. Nawet tych zmian nie oceniałem, jedynie podkreśliłem, że one istnieją, więc jeżeli się chce, to można zmieniać postrzeganie kina. Z tego też względu dalsze oskarżenia są tylko twoimi projekcjami.

      1. W pierwszej chwili zrozumiałem tak jak użytkownik Budyń.
        W drugiej już ochłonąłem i przeczytałem ze zrozumieniem.
        Mimo wszystko nawet traktując to jako “wtręt” używanie: “wcześniej poszkodowane” i “pozytywne zmiany”, to jest już jakaś ocena, a nie fakt.

        1. Nie wiem, co jest ocennego w stwierdzeniu, że kiedyś czarni i kobiety miały gorzej od białych mężczyzn. Ok, jasne, że uprzywilejowanych białych też była garstka, nie ma co zestawiać arystokracji z chłopami, ale i tak negowanie dyskryminacji wymienionych przeze mnie grup jest nieporozumieniem.

    2. Budyń, masz jakieś źródło potwierdzające istnienie (i to na porządku dziennym) wspomnianych mnożników?
      Wydaje mi się, że padłeś ofiarą fake newsa, który rozpowszechniasz dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.