PublicystykaRecenzjeTemat Miesiąca 12/19

Roman Polański: “Tragedia Makbeta”

Marcin Kempisty

Sięganie po Szekspirowskie dramaty niesie ze sobą wielkie ryzyko. Kolejne pokolenia czytelników, kolejne tabuny twórców interpretujących te teksty na swoją modłę wspólnie tworzą widownię dobrze zaznajomioną z twórczością Anglika, posiadającą własne wyobrażenia na temat tego, jak owe prace powinny być przekładane na język teatralny, czy filmowy. Wydaje się, że dzieła kultury powstające na kanwie tytułów Stratfordczyka są najskrupulatniej rozliczane z każdej korekty oryginału, jak gdyby niektórzy uważali, że ideałów nie powinno się zmieniać.


Przeczytaj również: “Nóż w wodzie”

Roman Polański ze swoją Tragedią Makbeta z marszu wpisał się w doniosłą tradycję adaptowania prac Szekspira, będąc przy okazji porównywanym do największych twórców zajmujących się wcześniej tą tragedią za pomocą kina: Orsona Wellesa oraz Akiry Kurosawy. Nie ulega wątpliwości, że z tego zadania polski reżyser wyszedł obronną ręką. Jednocześnie poradził sobie z całkiem wiernym oddaniem tez przedstawionych przez Anglika, jak również dokonał kilku przesunięć interpretacyjnych, dzięki czemu losy ambitnego Makbeta nabrały całkiem innego wymiaru. To produkcja, na której odcisnęło się autorskie piętno twórców, mimo że cały czas wierzono w potęgę oryginalnej wizji.

Odrzućmy na bok wszelkie dywagacje związane z przyczyną stojącą za wykreowaniem brutalnego świata przedstawionego w Tragedii Makbeta. Wprawdzie to pierwszy film powstały po morderstwie dokonanym na Sharon Tate i jej przyjaciołach, niemniej jednak zbyt dużym uproszczeniem byłoby sprowadzanie pesymistycznej wizji dzieła do roli artystycznej terapii po utracie żony. Liczba pchnięć nożem zadanych przez protagonistę królowi Duncanowi, a także widok ciała zmarłej żony Macduffa mogą budzić skojarzenia z masakrą przeprowadzoną przez popleczników Charlesa Mansona, Polak doskonale musiał zdawać sobie z tego sprawę, lecz to i tak nie uprawnia do wyciągania zbyt pochopnych wniosków. Stawianych przez reżysera tez jest znacznie więcej, więc autobiograficzne odczytywanie może sprowadzić li tylko na manowce.

Historia Makbeta jest doskonale znana: po zwycięskiej bitwie dzielny rycerz, wraz z wiernym kompanem Banko natrafiają w trakcie podróży po wrzosowiskach na trzy wiedźmy. Istoty przepowiadają przyszłość, stwierdzając zdobycie korony przez tytułowego bohatera, bezpotomną śmierć i zajęcie tronu przez potomków drugiego z wojaków. Mężczyźni na początku śmieją się z tych diabolicznych wróżb, ale z czasem wizja władzy przysłania Makbetowi chłodny osąd rzeczywistości, sprowadzając go oraz jego żonę Lady Makbet na zbrodniczą drogę usłaną kolejnymi zamordowanymi postaciami. Kończy się to wszystko ponurym żartem losu, gdy władca-zbrodniarz zawierza z pozoru niemożliwej do zrealizowania przepowiedni i ginie z rąk osoby, której nie zrodziła niewiasta, gdy las birnamski stawia się pod murami zamku Dunsinane.

Film rozpoczyna się posępną wizją mgieł otulających pole bitewne. Na pierwszym planie biel, a w tle słychać łoskot mieczów i krzyki zranionych rycerzy. Polański oszczędza widzom, przynajmniej na razie, makabrycznych widoków, by za chwilę celnie zestawić okrucieństwo wojny z ideałem dzielnego wojownika. Polak idzie ręka w rękę z Szekspirem, ukazując, że to nie wrodzone zło Makbeta odpowiada za jego zgubę. To “system”, wartości stojące u podstaw ówczesnej cywilizacji odpowiadają za to, że takie jednostki dochodzą na sam szczyt i są hołubione. Wystarczy przypomnieć sobie, jak do króla przyjeżdżają posłańcy z nowinami na temat niedawno przeprowadzonej bitwy. Im więcej opisów dotyczących krwawych wyczynów Makbeta, tym lżej na duchu Duncanowi. W końcu tron został zachowany, ręce mu się przy tym nawet nie zabrudziły, a kto trafi do niewoli, tym zaraz zajmą się kaci.

I to jest kolejne przeniesienie środka ciężkości, przez które Polański zatapia cały świat przedstawiony w odmętach nihilizmu. Szekspir w swoim dramacie niewiele czasu poświęca działalności króla, koncentrując się głównie na swoim bohaterze. Polski reżyser idzie natomiast za tą samą intuicją, za którą tego samego roku idzie Heiner Muller w trakcie teatralnej adaptacji tragedii. Twórcy koncentrują się na przedstawieniu tego, co było na marginesie historii, czyli wszelkich ekscesów z innymi bohaterami w roli głównej. Bo to przecież nie jest tak, że tylko Makbet zabijał. Zabijał także król, u Polańskiego pastwiący się nad zdrajcami. Zabijał w słusznej sprawie także Banko. Przewrotność Tragedii Makbeta objawia się zatem w konstatacji, że to nie tylko Makbet jest zwichrowany, lecz wszyscy otaczający go ludzie. Być może w wyjątkowych okolicznościach istnieje różnica między zabójstwem z powodu potrzeby władzy a zabójstwem w obronie ojczyzny, ale efekt jest ten sam: potok krwi trwa nieprzerwany choćby drobną refleksją na temat ludzkości, która zapędziła się w zaułek szaleństwa. Jedyna różnica między protagonistą a innymi osobami tkwi w jego “szczerości” względem własnych potrzeb. Makbet nie dusi w sobie szału zabijania, tylko mu ulega. Co najważniejsze, ów szał zabijania nie pojawił się w nim przez namowy jego “diabolicznej” małżonki. Kobieta tylko odkryła to, co od dawna skrywało się w kazamatach myśli jej męża.

Z ostatnią tezą łączy się trzecia niezwykle istotna zmiana poczyniona przez reżysera względem oryginału. Zarówno u Szekspira, jak i później np. u Kurosawy w Tronie we krwi, wiedźmy zwiastujące zgubę są istotami o innym statusie ontologicznym. Wokół nich roztacza się aura diabelskiej magii, jak gdyby zostały zesłane na ziemię z samego dna piekieł. Tymczasem Polański wykorzystuje podobną taktykę, co w Dziecku Rosemary, polegającą na zmaterializowaniu istot nadprzyrodzonych. Mówiąc inaczej: tak do końca nie wiadomo, czy te trzy byty nie są po prostu kobietami z owrzodzonymi ciałami. Tym samym autor wyraźnie wskazuje, że źrodło zła nie jest transcendentne względem ludzkiej podmiotowości, lecz jest jej cechą przyrodzoną.

Być może po wielu latach Tragedia Makbeta prezentuje się nazbyt teatralnie, niemniej jednak nie musi to być uznane za wadę. Pokazywanie makabry w sposób realistyczny z elementami efektów specjalnych (ten latający sztylet!), prezentacja zamku Dulsinane niczym jakiejś magicznej twierdzy na wzgórzu, a przede wszystkim teatralizacja działań bohaterów służy stworzeniu wrażenia obcości, dystansu wobec świata przedstawionego. Na nic nie jest potrzebne emocjonalne zaangażowanie, w takich przypadkach tylko zaciemniające ogląd sytuacji. Liczy się ustawienie ludzkiego zwierzyńca pod mikroskopem, by możliwie jak najdokładniej przyjrzeć się atomom zła składającym się na tragedię całego gatunku. Wtedy okaże się, że dzieło Polańskiego jest nadal, niestety, bardzo aktualnym rozrachunkiem z nikczemnością.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.