PublicystykaZestawienia

Świąteczna piątka – Co oglądamy w okresie bożonarodzeniowym? [ZESTAWIENIE]

Kamil Walczak

Każdy z nas ma pewne świąteczne tradycje, niektóre przekazywane przez pokolenia, inne przez rodziców, jeszcze inne ustanawiane tu i teraz, w duchu zwyczajów nowoczesności. My jednak ani o jedzeniu (to już było), ani o życzeniach (które również już było), a o filmach. W erze telewizji i posttelewizji wykształciliśmy w naszych rodzinach zwyczaje filmowe, powtarzane co roku z uporem maniaka klasyki, otaczane okołoświątecznym kultem. W niniejszym zestawieniu pewnie zobaczycie znajome tytuły, ale mamy nadzieję, że może coś was zaskoczy!


1. To wspaniałe życie 

“To wspaniałe życie”, mat. prasowe

W Boże Narodzenie dzieją się cuda, to jest fakt. Trzej królowie podążając za gwiazdą odnajdują zbawiciela, zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem, rodziny zasiadają w pokojowej atmosferze do stołu mimo trzech dni starć w kuchni. Podobnie jest ze mną – progresywnym lewakiem – który nagle na te 3 dni staje się tradycjonalistą i z zeszytem w dłoni sprawdza, czy każdy ze świątecznych zwyczajów zostaje wypełniony. Potrawy (i wśród nich cały kosmos innych tradycji), siano pod obrusem, pierwsza gwiazdka, prezenty, opłatek, kolędy, czytanie Biblii. Z mojego uwielbienia do bożonarodzeniowych tradycji zrodziła się potrzeba stworzenia własnej, rodzinnej, o której za 20 lat będę mógł mówić – tak, to zwyczaj kultywowany tylko w moim rodzie. Także ową tradycję stworzyłem i jest ona jedną z naszych ulubionych – oglądanie To wspaniałe życie Franka Capry w wigilijny wieczór.

Capra miał niezwykłą umiejętność wzruszania widza prostymi historyjkami. Dzięki świetnym aktorom (z Jamesem Stewartem na czele), nieskomplikowanym fabulom oraz lekkiemu poczuciu humoru, jego produkcje uważane są obecnie za klasyki amerykańskiego kina. It’s a wonderful life zajmuje wśród nich specjalne miejsce. Może to przez powojenny kontekst, kiedy tkwiący w jego centrum antykapitalstyczny morał i gorąca promocja wspólnotowości oddziaływały szczególnie mocno z przeżywającym żałobę amerykańskim społeczeństwem. Może przez love story zmieszane ze społecznym dramatem, które w każdym miejscu i roku byłoby równie uniwersalne. Może przez zakończenie, nad którego pięknem niemożliwym jest nie uronić łezki. Każdą osobę z mojej rodziny najmocniej porusza coś innego. W tym tkwi największa siła kina Franka Capry – jest naiwną, ale efektywną lekcją humanizmu. A w święta, po kilku dniach nerwowych preparacji, gdy już wszyscy zasiądziemy zmęczeni przed telewizorem, takie piękne historyjki są doskonałym katharsis.

Przeczytaj również:  Kędziora: Sztuka kochania, czyli drugi sezon "Sex Education"

(Wiktor Małolepszy)


2. To właśnie miłość 

“To właśnie miłość”, mat. prasowe

Święta od zawsze kojarzą mi się z paroma rzeczami. Barszczem z uszkami, piernikami, oraz To właśnie miłość. Nie ma bowiem filmu lepiej ukazującego magię świąt, zbliżania się ludzi, celebrowania magii, ale także złamanego w samą Wigilię serca. Curtis w swoim filmie znajduje odbicie dla każdego z pokoleń, momentami ironizując, acz zawsze znajdując dla nich ciepło. To również panteon brytyjskich aktorów – od nieobecnego już wśród nas Alana Rickmana, przez Emmę Thomspon, Martina Freemana, Hugh Granta i Keirę Knightly, aż do Colina Firtha. A w tle Mariah Carey z najlepszą piosenką świąteczną. Czy można chcieć więcej?

(Maciej Kędziora)


3. Fanatyk

“Fanatyk”, mat. prasowe

W domu, gdzie tradycja filmów na święta nie istnieje i nawet Kevin był oglądany raczej rzadko, z pomocą przyszedł dwa lata temu Michał Tylka, młody reżyser, który jako pierwszy na świecie zekranizował copypastę. W tamte święta udało mi się zebrać przy telewizorze całą rodzinę, bo temat wędkarstwa jest u nas bliski i starszemu i temu młodszemu pokoleniu. Niesamowicie się oglądało pierwsze reakcje na ekranizację historii, która powstała w medium dla niektórych całkowicie obcym. Fanatykowi udaje się skutecznie wciągnąć widzów i widzki w historię rodziny żyjącej w cieniu obsesji. Może niektórym pozwala zobaczyć odbicie swoich własnych cech. I jako, że w historii również pojawia się Wigilia, film uznać można za film świąteczny – moim zdaniem najlepszy, bo autentyczny, krótki i z przesłaniem.

(Szymon Pietrzak)


4. Doktor Who – Opowieść wigilijna

“Doktor Who”, mat. prasowe

Nie ma dla mnie czystszej świątecznej historii niż „Opowieść wigilijna” w uniwersum serialu „Doktor Who”. Nie wracam do niej równo raz w roku, co więcej – nie wiem ile razy widziałam ten odcinek w całości. W myślach jednak, ta historia to dla mnie prawdziwy bumerang. Doktor, raz w roku odwiedza Kazrana, który w przyszłości ma zamienić się w zepsutego miliardera oraz Abigail, śmiertelnie chorą, zazwyczaj zahibernowaną ubogą. To historia o wielkiej miłości, zabójczym upływie czasu i wpływu małych wydarzeń na te znacznie większe.

Oprócz historii jesteśmy w tym odcinku karmieni niesamowitą obsadą. W starszą wersję Kazrana wciela się Michael Gambon, Abigail grana jest przez brytyjską piosenkarkę Katherine Jenkins. W rolę doktora i jego ulubionej towarzyszki wcielają się Matt Smith i Karen Gillian – których niejako ten serial wypromował. 

(Maja Głogowska)


5. #wyzwanieAndrzeja

Trzy lata temu, bo 23 grudnia 2016 roku, nasz redakcyjny kolega – a prywatnie Andrzej Badek – wpadł na genialny w swej prostocie koncept. Zaproponował świąteczną zabawę zespoloną z filmwebowymi rekomendacjami. Wyzwanie polegało pierwotnie na obejrzeniu pierwszych pięciu proponowanych przez algorytm filmów, które najbardziej wpisują się w nasz gust. Pomysł z czasem ulegał personalnym modyfikacjom i uelastycznieniom, ale esencja pozostała constans: upojne seanse filmów z gargantuicznym potencjałem, samoistnie napędzane, fiksujące nasze oczekiwania w dobie świątecznej.

Przeczytaj również:  5 rzeczy, dzięki którym "Proxima" skradła moje serce

Wolę ten zwyczaj od odtwarzanych rokrocznie pozycji. Raz, że nie mam w zwyczaju powtarzania filmów; dwa – nierozerwalnie zwiazany z “raz” – wciąż brakuje mi czasu na stare/nowe klasyki, nieodkurzone jeszcze michałki, które czekają, mam nadzieję, właśnie na mnie. W ten sposób w zeszłoroczne, bożonarodzeniowe święta udało mi się obejrzeć m.in. Pętlę Wojciecha Jerzego Hasa czy Ostatni seans filmowy Petera Bogdanovicha. Przed dwoma laty zmierzyłem się z Siódmą pieczęcią – myślę, że sam fakt zmierzenia się po raz n-ty z Bergmanem zasługuje na samosatysfakcję – i w końcu zobaczyłem Idź i patrz Elema Klimowa. Idi i smotri to jedno z najbardziej rezonujących w człowieku doświadczeń filmowych, skupiający w sobie kontemplacyjną ciszę tak bardzo właściwą sowietczyźnie (vide: Tarkowski) i wszechogarniający terror, chaos wojny, od której w Związku Radzieckim przez pokolenia nie było ucieczki.

Ktoś słusznie mógłby zauważyć, że to mało świąteczne filmy, wprowadzają w bynajmniej nie radosny nastrój. Być może niewłaściwy konwenansom, ten humor refleksji i rozpamiętywania, wbrew powierzchowności Świąt, powinien być tożsamy z zastanowieniem, spojrzeniem w przeszłość i przyszłość w nieco pretensjonalnym skupieniu. To także koniec Starego Roku, więc może warto byłoby poświęcić parę chwil stetryczałemu staruszkowi.

Od jakiegoś czasu, gdy w końcu finalnie przekonałem się, że najlepszym agregatorem mojego gustu są bliscy znajomi, to właśnie ich wykorzystuję do wyboru filmów. Są niezawodni i to tylko dodatkowy prztyczek, by im podziękować.

(Kamil Walczak)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.