FilmyKinoRecenzje

“1917”, czyli I wojna światowa w obiektywie geniusza [RECENZJA]

Marcin Kempisty
fot. Materiały prasowe / Monolith Films

Pierwsza wojna światowa powraca do kin w najmniej spodziewanym momencie. O ile piekło rozpętane przez Hitlera jest omawiane przez reżyserów na wszelkie możliwe sposoby, o tyle konflikt z lat 1914-1918 nie rozpala w taki sam sposób artystycznej wyobraźni. Może to kwestia dłuższego dystansu czasowego, a co za tym idzie mniejszego zaangażowania emocjonalnego, a może to wynik większego bestialstwa i dehumanizacji ofiar, do jakich dopuścili się nazistowscy agresorzy. W każdym razie, nagle w przeciągu kilku miesięcy do kin trafiają dwie produkcji, w których rozpoczęta, oczywiście symbolicznie, w Sarajewie zawierucha jest głównym bohaterem. Najpierw był dokument I młodzi pozostaną sklejony na podstawie archiwalnych materiałów, a teraz Sam Mendes prezentuje niezwykle widowiskowy, wycieńczający emocjonalnie film 1917.

Dwóch żołnierzy – Blake (Dean-Charles Chapman) i Schofield (George MacKay) – odpoczywa na łonie natury. Wokół niebieskie niebo, zielona trawa, cisza i spokój. Tylko nałożone na ciała mundury zdradzają, że nie jest to żaden sielski obrazek rolników po udanych żniwach. Wnet, kończy się wolność, a zaczyna obowiązek. Przychodzi inny żołdak, wzywa do kwatery, gdzie na dwóch młodzieńców czekają rozkazy do wykonania. Rozpoczyna się powolny marsz w głąb wojennego jądra ciemności, gdzie mocno zapracowana kostucha ledwo wyrabia się ze zdobywaniem dusz kolejnych ofiar.

Mężczyźni ruszają do kwatery, trawa pod stopami zmienia się w błoto, błoto w piach, a bezkresna przestrzeń zostaje zastąpiona ciasnymi, krętymi korytarzami okopów przypominającymi labirynt, gdzie ludzkość zatraciła poczucie moralności i zdrowy rozsądek. Spokój pierwszych chwil odchodzi w zapomnienie, zaś tempo filmu drobnymi kroczkami, z minuty na minutę, staje się coraz szybsze. Coraz więcej żołnierzy, coraz większy gwar, coraz większa niepewność co do losu obserwowanych młodzieńców, dla których los w postaci dowodzącego generała (Colin Firth) szykuje niemożliwe do wykonania zadanie. Oto protagoniści muszą udać się jak najszybciej do batalionu szykującego się do natarcia na wycofujące się siły Cesarstwa Niemieckiego i powstrzymać te zamiary. Wydaje się bowiem, że Niemcy jedynie pozorują odwrót, szykując śmiercionośną zasadzkę. Jeżeli rozkaz nie zostanie dostarczony w porę, życie w bezsensowny sposób może stracić nawet 1600 osób. Rozpoczyna się walka z czasem.

1917

Trzon opowieści wywodzi się z historii opowiadanej przez Alfreda Mendesa, prywatnie dziadka reżysera. To on zaszczepił w młodym chłopaku potrzebę rozwinięcia opowieści o zwykłym posłańcu przedzierającym się przez linię frontu w celu dostarczenia przesyłki niezwykłej wagi. Jednak dopiero wiele lat później epizod wojenny Alfreda został rozwinięty do rozmiarów pełnometrażowej fabuły. Oprócz samego konceptu, reszta przedstawionych na ekranie wydarzeń jest fikcją opartą na bardzo szczegółowej znajomości realiów tamtych czasów. Sam Mendes korzystał z pomocy kilku historyków, by każdy element uzbrojenia i wyposażenia znajdował się na swoim miejscu.

To właśnie dlatego początek tekstu obfituje w tak szczegółowy opis wydarzeń. Ramy filmu są wręcz rozsadzane przez nadmiar detali, więc o każdej lokacji, w której w danym momencie znajdują się bohaterowie, można rozpisywać się z zachwytem. Reżyser wraz z odpowiedzialnym za zdjęcia Rogerem Deakinsem z godnym podziwu pietyzmem rejestrują wszystko, co otacza bohaterów. Cały film zbudowany jest na dwóch mastershotach (długich, nieprzerywanych cięciami montażowymi ujęciach), i chociaż oczywiście tych cięć jest więcej, tylko że są one skutecznie poukrywane, to i tak pozostaje wrażenie współuczestnictwa w oglądanych wydarzeniach. Czuje się na skórze oblepiający pot i pył, oddycha się swądem rozkładających się ciał. Kamera ciągle wpatruje się w strudzone organizmy żołnierzy, nie umyka jej choćby cień emocji przemykający po ich twarzach. Czasami jest bardzo blisko nich, czasami tworzy większy dystans, by objąć spojrzeniem większą przestrzeń: zobaczyć, co po drugiej stronie rzeki, śledzić działalność much i szczurów konsumujących sterty trupów.

Zaskakuje elastyczność Deakinsa w doborze środków wyrazu, w przeskokach między naturalizmem a halucynogennością, barwami szaroburymi a ognistymi żółciami (tak cudownie podobnymi do tych z Blade Runnera 2049). Jeszcze sezon Oscarowy na dobre się nie rozpoczął, a można już wytypować zwycięzcę kategorii za najlepsze zdjęcia. Roger Deakins jest mistrzem ścigającym się już tylko ze sobą, a mimo to nadal wobec siebie wymagającym, stawiającym poprzeczkę coraz wyżej.

Ale 1917 to nie tylko piękny obrazek wchłaniający widza przy pomocy niezrównanej estetyki. To także pasjonująca historia o wojnie, która nie miała sensu. Czymś na swój sposób urokliwym jest powaga spraw przedstawionych przez reżysera. Przypomnijmy: w trakcie pierwszej wojny światowej zginęło kilkanaście milionów ludzi, tymczasem dwójka nisko postawionych żołnierzy, niezbyt dobrze uzbrojonych, zostaje wysłana w celu uratowania 16 tysięcy osób. Wydaje się jednak, że ów “zgrzyt” nie jest wynikiem patetycznego podejścia Mendesa do sprawy, lecz efektem przewrotności, oddaniem jeszcze większego absurdu działań wojennych, w których sukcesem było przeniesienie linii frontu o kilka kilometrów błota w jedną czy drugą stronę. Bohaterowie walczą o uratowanie dwóch batalionów, a obok niezauważalnie giną setki tysięcy żołnierzy.

1917

Zresztą w 1917 wiele jest elementów “niepasujących” do typowego filmu wojennego. Sporo tu rubaszności, zmian nastroju, jakże ważnej dla Mendesa przypadkowości. Reżyserski dowcip w pełnej krasie ujawnia się w sposobie potraktowania znanych twarzy na ekranie, na czele z Firthem, Benedictem Cumberbatchem, czy Andrew Scottem. Sceny z udziałem tych aktorów są fantastycznie zrealizowanymi etiudami. Należy jednak pamiętać, że to Chapman i MacKay niosą na barkach całą produkcję. To na swój sposób symptomatyczne, że mało znani aktorzy wcielający się w role “zwykłych”, nisko postawionych żołnierzy nie są absolutnie zauważani przez gremia przyznające nagrody. Jak widać, nie tylko na wojnie bezimienni są nic nieznaczącym mięsem armatnim.

O najnowszym filmie Sama Mendesa powstaną stosy opracowań, gdyż jest to wielkie dzieło. Brytyjczykowi udało się umiejętnie zbalansować tragedię z elementami humorystycznymi, okrucieństwo z liryzmem, a także poczucie końca z nadzieją na lepsze jutro. 1917 urzeka zarówno na poziomie fabularnym, jak i estetycznym. Wielkie szczęście, że nadal znajdują się pieniądze na takie projekty. Rzecz najważniejsza: ów film, razem z podobnie zrealizowanym Synem Szawła, nie jest jedynie operatorską woltyżerką. Takie dzieła dają szansę bezpiecznego przeżycia i wydobycia się z traumy, przejścia przez zgotowane w przeszłości piekło, stwarzają przestrzeń pozwalającą na zrozumienie, przetrawienie i postanowienie, by już nigdy do takich wydarzeń nie dochodziło. Oby tak wymagających, a mimo to wspaniałych filmów powstawało jak najwięcej.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.