Advertisement
51. Festiwal Polskich Filmów FabularnychZestawienia

Mistrzowska Piątka z ostatnich 5 lat Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych [ZESTAWIENIE]

Jakub Nowociński, Magda Wołowska and Irena Kołtun
Grafika przygotowana przez Karolinę Kuczyńską
Grafika przygotowana przez Karolinę Kuczyńską

Pięć ostatnich edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni przyniosło wiele znakomitych filmów. Wśród nich znalazły się zarówno głośne produkcje uznanych twórczyń i twórców, jak i debiuty oraz mniej oczywiste festiwalowe odkrycia. Wybraliśmy spośród nich pięć tytułów, które szczególnie zapadły nam w pamięć. To nasze osobiste typy – filmy docenione za pomysł, formę i sposób opowiadania, ale niebędące laureatami Złotych ani Srebrnych Lwów.


Chleb i sól, reż. Damian Kocur (2022)

Fotos z filmu „Chleb i sól”
„Chleb i sól” / materiały prasowe Kino Świat

Chlebem i solą wita się gości. Gest, który ma wyrażać otwartość i życzliwość, Damian Kocur przewrotnie wpisuje w rzeczywistość małego miasta, w którym granica między „swoim” a „obcym” okazuje się wyjątkowo szczelna. Tymek wraca na wakacje do rodzinnej miejscowości – jako utalentowany pianista, który zdążył już jedną nogą znaleźć się gdzie indziej. Studiuje w Warszawie, przed nim zagraniczne stypendium, ale na osiedlu wciąż są brat, dawni znajomi i rytuały, w które bez większego trudu wchodzi z powrotem, tak, jak kiedyś, jednak powrót do domu nie jest taki sam. Kocur opowiada o tym pęknięciu bez wielkich deklaracji, pozwalając mu ujawniać się w spojrzeniach i drobnych aktach przemocy. Chleb i sól staje się dzięki temu filmem o ksenofobii oraz o mechanizmie, który pozwala jej rosnąć: o konformizmie i przyzwoleniu. Kiedy wreszcie dochodzi do tragedii, trudno wskazać moment, w którym wszystko się zaczęło. Być może właśnie dlatego Chleb i sól pozostaje jednym z najmocniejszych polskich debiutów ostatnich lat – zamiast pytać wyłącznie o winę, pyta o odpowiedzialność tych, którzy wystarczająco długo patrzyli w inną stronę.

Magda Wołowska


Tyle co nic, reż. Grzegorz Dębowski (2023)

fot. „Tyle co nic”
„Tyle co nic” / materiały prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Jeden z najciekawszych polskich debiutów ostatnich lat i zarazem kino społeczne, które nie potrzebuje wielkich tez ani publicystycznego zadęcia. Grzegorz Dębowski zaczyna od protestu rolników i zwłok znalezionych w gnojówce, ale kryminalny punkt wyjścia szybko zamienia w gorzką opowieść o wsi, która powoli znika. Jarek, przekonany o solidarności lokalnej społeczności i sensie walki o swoje, okazuje się bohaterem z innego porządku – takim, który jeszcze wierzy, że dzieci dziedziczą gospodarstwo, sąsiedzi sobie pomagają, a wspólnota znaczy coś więcej niż wspólny interes. Największą siłą filmu jest jednak to, że Dębowski nie zamienia tej historii w prostą opowieść o skrzywdzonych rolnikach i złych elitach. Nie idealizuje ani Jarka, ani stojącego po drugiej stronie posła, pozwalając wybrzmieć racjom, lękom i interesom każdej ze stron. Ten realizm dotyczy zresztą nie tylko świata przedstawionego, ale także aktorskich kreacji: Artur Paczesny, Monika Kwiatkowska i Agnieszka Kwietniewska sprawiają wrażenie ludzi podpatrzonych, a nie napisanych. Dzięki tym znakomitym rolom, świetnym dialogom i inscenizacji, która z niezwykłą precyzją odtwarza codzienność polskiej wsi, film unika zarówno publicystycznej łopatologii, jak i nostalgicznego mitologizowania. Dębowski bardzo uważnie przygląda się światu, który nie znika nagle, lecz powoli przestaje być potrzebny. W nawale polskiego kina społecznego, które często zatrzymuje się na ważnym temacie, reżyserowi udało się zrobić po prostu bardzo dobry film – mądry, angażujący i świetnie opowiedziany.

Jakub Nowociński


Imago, reż. Olga Chajdas (2023)

fot. „Imago”
„Imago” / materiały prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Imago to jeden z najbardziej bezkompromisowych polskich filmów ostatnich lat. To opowieść o Eli „Malwinie” Górze, ikonicznej dla trójmiejskiej sceny punkowej wokalistce, współtworzącej niegdyś zespół Pancerne Rowery. Jest też opowieścią o jej córce, Lenie Górze, współscenarzystce filmu i odtwórczyni głównej roli. Z tej rodzinnej historii Olga Chajdas tworzy portret Trójmiasta tuż przed przełomem: świata zbuntowanych outsiderów, alternatywnej muzyki i ludzi próbujących znaleźć dla siebie przestrzeń poza obowiązującymi regułami. Historia Eli, jej niepokorność i potrzeba wolności znajdują tu odpowiednik w punkowej formie filmu. Imago jest intensywne, pulsujące, momentami niemal transowe. Muzyka Andrzeja Smolika nie stanowi jedynie ilustracji – nadaje filmowi rytm, a kolejne wykonania utworów mają w sobie siłę, która niemal fizycznie udziela się widzowi. Najważniejsza pozostaje jednak Lena Góra, grająca własną matkę. Jej Ela jest charyzmatyczna, nieprzewidywalna i całkowicie wymyka się łatwym ocenom. Góra nie próbuje zamknąć jej w psychologicznym portrecie. Pozwala wybrzmieć jej energii, budując postać poprzez ciało, gest i sposób poruszania się. Dzięki temu Imago nie jest ani prostą biografią, ani nostalgicznym powrotem do końca lat 80. To energiczne, immersyjne dzieło o kobiecie, która za wszelką cenę chce pozostać wolna.

Jakub Nowociński


To nie mój film, reż. Maria Zbąska (2024)

kadr z filmu „To nie mój film”
„To nie mój film” / materiały prasowe Mówi Serwis

Maria Zbąska w To nie mój film robi coś, co mimowolnie robi każdy z nas, kiedy styka się z dziełem, które bardzo mocno nas dotyka – zaklinamy rzeczywistość, że ta historia na pewno nie jest o nas. Janek i Wanda także unikają stanięcia z prawdą twarzą w twarz, kiedy do ich wieloletniego związku wkrada się rutyna, ciągłe nieporozumienia i zmęczenie wygasającym uczuciem, o które, choć w blasku ledwo tlącej się iskry, decydują się ostatecznie zawalczyć. Nietypowo, bo przeczołgując się fizycznie i emocjonalnie przez dwutygodniową podróż przez zimową plażę – według nienegocjowalnych zasad, których złamanie oznacza kategoryczne zakończenie relacji. Janka i Wandę można tak samo podziwiać, jak zwymyślać, co też nierzadko robimy, gdy rozmawiamy o znajomych lub przyjaciołach z długim stażem partnerstwa. Można również zbliżyć się do własnych rozterek, śledząc losy tej pary. Zdawałoby się, że mistrzowska piątka to zestaw filmów wielkich, tych realizacyjnie imponujących albo narracyjnie wymagających. Jednak kunsztem okazuje się tu precyzja w uchwyceniu punktu stycznego ambiwalencji podejmowanego ryzyka, które przecież jest niezależne od podjętej decyzji. Wszystko albo nic – postawienie sprawy w taki sposób, i to w anturażu dramatu codzienności, ściąga na ziemię, do kwestii ważnych i pytań trudnych: Na czym polega współżycie z drugim człowiekiem? Czy miłość kończy się wtedy, kiedy znika ekscytacja? Czy podział sił zawsze jest równy? Co robić, gdy okaże się, że już nie kocham? Zbąska robi kino z małej historii, by szukać wielkich odpowiedzi.

Magda Wołowska


Światłoczuła, reż. Tadeusz Śliwa (2025)

fotos z filmu „Światłoczuła”
„Światłoczuła” / materiały prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Chyba pierwsze tak świadome i poprowadzone z takim wyczuciem granie z motywem manic pixie dream girl, jakie widziałam w polskim kinie. Zwłaszcza, że Tadeusz Śliwa portretuje jedną z postaci na osobę niewidomą, co groziło osunięciem się w innego rodzaju banał, stereotyp, karykaturę. Reżyserowi w sukurs przychodzi wybór kina gatunkowego – w tym wypadku subtelnego melodramatu, prawidłami którego narracja operuje bez kompleksów, ale i bez przesady. I choć główny bohater jest wyjątkowo irytujący – śmierć swojej siostry nosi niczym odznakę harcerską (za eksploatację jej wypadku dostaje nawet prestiżową nagrodę zagraniczną, co, obawiam się, nie jest niestety świadomym zabiegiem ze strony twórców) i swego rodzaju legitymację osoby z niepełnosprawnością emocjonalną – to dzięki temu główna bohaterka może pozytywnie błyszczeć. Jej cechy kojarzące się tak bardzo w początkach filmu z tropem ekscentrycznej dziewczyny, która swoim podejściem do życia przeprowadzi bohaterowi darmową terapię wraz z rozwojem fabuły, otrzymują dopowiedzenia, które każą widzom spojrzeć na nie w innym świetle. Tym samym Śliwa nie tylko stara się rozbijać stereotypy społeczne, ale i narracyjne. Przy tym wszystkim cała historia opowiadana jest po mistrzowsku poprzez kompozycje kadrów i nienachalną pracę kolorem, co tworzy dzieło bardzo plastyczne i przemyślane.

Irena Kołtun


korekta: Monika Konkol


Tekst powstał w ramach współpracy partnerskiej z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych.

Przeczytaj również:  „Oasis: Don't Look Back in Anger” – Zjednoczenie Królestwa [RECENZJA Z WENECJI]
+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Zastępczyni redaktorki naczelnej, ale, co ważniejsze, bezwstydna melomanka i konsumentka wszystkiego, co da się usłyszeć. Kulturoznawczyni, absolwentka UŁ i PWSFTviT w Łodzi, gdzie ukończyła zarządzanie cyfrową postprodukcją filmową. Koordynatorka projektów, w przeszłości związana z Pracownią VR/AR w Laboratorium Narracji Wizualnych. Zwolenniczka rozwiązań DIY, stąd fotografia i realizacja wizualiów naturalnie stały się jej bliskimi przyjaciółmi. Pracowniczka instytucji kultury.

Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.