KulturaMuzykaZestawienia

Muzyczne rekomendacje: czerwiec 2020

Wiktor Małolepszy
Kolaż z materiałów prasowych

Phoebe Bridgers – Punisher

Okładka płyty “Punisher” – Phoebe Bridgers

Phoebe reprezentuje grupę nowych, młodych artystów, którzy odkurzają nieco już zapomniany indie folk z elementami popu – gatunek, który w pewnym momencie poprzedniej dekady przebił się dość mocno do mainstreamu. Wystarczy przypomnieć sobie sukcesy takich “openerowych” zespołów i artystów jak Of Monsters and Men, Daughter, czy Passenger – wykonawców muzyki, która dziś, wyjąwszy ją z nostalgicznego kontekstu, jawi się jako dość przestarzała. Phoebe Bridgers nawiązuje do tego brzmienia, plotąc razem nośne, festiwalowe refreny, autotematyczność liryczną oraz melancholijne, delikatne melodie. Tę pierwszą cechę widać było przede wszystkim na jej poprzednim wydawnictwie (mowa o wydanym wraz z wokalistą Bright Eyes, Conorem Oberstem Better Oblivion Community Center), gdzie urzekł mnie szczególnie Dylan Thomas oraz na debiutanckim LP – Motion Sickness szybko stało się moją ulubioną piosenką artystki.

Punisher to świadectwo rozwoju artystycznego Phoebe i bardzo przemyślana płyta, poświęcona raczej stworzeniu określonego nastroju niż wypuszczeniu hitów do śpiewania przez fanów na koncertach. Choć początkowo może się wydawać inaczej, bo jednym z pierwszych kawałków jest wspaniałe Kyoto, z bogatą aranżacją i przebojowym refrenem, to później następuje pasmo cichych kołysanek. Przyjemny wokal Phoebe, często ułożony w harmonie, potrafi naprawdę zauroczyć i staje się highlightem całego albumu. Na Punisherze nietrudno jest też wskazać odniesienia do innych artystów – Savior Complex brzmi jak wczesne, akustyczne Arcade Fire, a trąbki w drugiej połowie ekstatycznego closera I Know The End odsyłają do Illinois Sufjana Stevensa. Najnowsza płyta Phoebe to must-listen dla każdego fana folku, a szczególnie dla tych, którzy teraz zasłuchują się w nowej płycie Taylor Swift – fakt, że okładka Punishera wygląda jak siostra Folkore nie jest, moim skromnym zdaniem, przypadkowy. (Wiktor Małolepszy)

Run The Jewels – RTJ4

Okładka płyty “RTJ4” – Run The Jewels

Najlepiej zarapowany album w tym roku. Twierdzenie, które byłoby kontrowersyjne w prawie każdym przypadku. Ale tutaj mówimy o Run The Jewels – duecie pokazującym tym wszystkim młokosom, że ciężka praca i doświadczenie wciąż są w cenie. Killer Mike, 45-letni facet, to MC o takim skillu, że podczas odsłuchu jego zwrotek musiałem łapać się za głowę. Gość jest obdarzony niesmaowitą charyzmą – mógłby rapować tekst konstytucji, a ja i tak bym się bujał. Towarzyszący mu El-P, choć wyraźnie mniej charakterystyczny i charakterny niż ziomek, również zarzuca na RTJ4 kilkoma mocnymi zwrotkami. Najnowsza płyta duetu to jednak przede wszystkim luźna przejażdżka – panowie wiedzą, że nie muszą nikomu nic udowadniać, więc po prostu dobrze się bawią, jednocześnie przekazując młokosom trochę słów mądrości. Początek albumu, tradycyjnie już dla Run The Jewels, wyrzuca z kapci i praktycznie do końca panowie trzymają słuchacza za gardło, co sprawia, że płyta doskonale sprawdza się do aktywności fizycznej. Jedyne na co mogę narzekać, to brak hooków – niektóre piosenki są wrecz nich pozbawione, bo El-P i Mike stawiają na intensyfikację całego doświadczenia. Jeśli więc jesteście wielbicielami rapu – oldskulowego, agresywnego i technicznego – to RTJ4 jest dla was obowiązkowym odsłuchem. (Wiktor Małolepszy)

Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

Okładka płyty “What’s Your Pleasure?” – Jessie Ware

Na What’s Your Pleasure? Jessie Ware wraca do swoich tanecznych korzeni. Choć brytyjska artystka powszechnie kojarzona jest z eleganckim, subtelnym soulem, to tak naprawdę zawsze mocno flirtowała z muzyką taneczną. Niewiele osób pamięta, że jej debiutancka epka, od której premiery mija w tym roku dekada, była owocem współpracy z SBTRKT. Później wokalistka tworzyła również między innymi z Disclosure i pojawiła się na ubiegłorocznym albumie Octaviana. W wywiadach Jessie Ware wspomina, że najnowsza płyta to hołd dla jej młodości, której sporą część spędziła chodząc od klubu do klubu i obcując z brytyjską muzyką elektroniczną – UK bassem, czy housem.

What’s Your Pleasure? jest więc zupełnie inne, niż poprzednie płyty artystki, ale doskonale wykorzystujące ich najmocniejszą cechę – wielooktawowy, zmysłowy głos. Otwierające Spotlight zaczyna się właśnie wysokimi, rozmarzonymi frazami, kojarzącymi mi się z All I Want for Christmas Is You Marriah Carey, by po chwili pokazać swoją prawdziwą twarz – roztańczonego neo-disco. To, co urzeka najbardziej na tej płycie, to połączenie tej elegancji, towarzyszącej poprzednim wydawnictwom wokalistki, z potężnymi groovami i zażerającymi melodiami. Każdy utwór to Jessie Ware w zupełnie innym wydaniu, zainspirowana innymi gatunkami: house na Adore You, Prince’owy synth-funk na Soul Control (spróbujcie posłuchać siedząc w miejscu – nie da się!), mroczne disco na The Kill. What’s Your Pleasure​? to prawdziwy all-killer-no-filler i zdecydowanie jedna z najlepszych płyt roku – oldskulowa i współczesna, subtelna i taneczna, brudna i elegancka. Prawdziwa przyjemność. (Wiktor Małolepszy

Hum – Inlet

Okładka płyty “Inlet” – Hum

Mając status perełki lat 90., powrót z nowym materiałem po ponad 20 latach na pewno nie jest zadaniem prostym, jednak – patrząc np. na Slowdive – bynajmniej nie awykonalnym. Wydając piąty longplay,  Hum miało poprzeczkę ustawioną równie wysoko – w końcu You’d Prefer An Astronaut i Downward is Heavenward to wyśmienite albumy. Czy popisali się skillem godnym Lavillenie’ego i zgrabnie ją przeskoczyli? Trudno stwierdzić, bo Inlet to jednak trochę inna dyscyplina, ale to bardzo dobrze! Będąc jeszcze młodymi kotami, Hum nagrywali rewelacyjną muzykę do płakania, darcia (czy to się, czy np. czyichś zdjęć) i przeżywania burzliwych lat nastoletnich. Grali ślicznie, acz też z wyraźnym młodzieńczym wkurwem, który raczej trudno odtworzyć mając na karku koło pięćdziesiątki. Na szczęście nikt nie miał takich planów – panowie wyraźnie przygasili post-hardcore’owy żar, skupiając się na wykreowaniu pięknej, gęstej, kosmicznej atmosfery. 

Ku temu posłużył środek, którego się nie spodziewałem, czyli post-metal. Hum zawsze wkraczali gdzieś w rewiry alt metalu, przestrajali gitary i lubili zabrudzić sygnał sporą ilością mocnego przesteru i chociaż jest tu parę utworów budzących skojarzenia ze starymi nagraniami, śmiało możemy mówić o nowym, ponieważ tak ciężko jak na Inlet nie brzmieli nigdy. Jest tu kilka naprawdę masywnych, przytłaczających metalowych walców, takich jak The Summoning, czy Desert Rambler. Riffy są powolne, miąższyste i bujają głową nie gorzej niż klasyki stoneru, czy sludge’u; tylko że stanowią fundament nie dla krzyków i growli, a dla lotnej, eterycznej, solowej gitary Tima Lasha i rozmarzonych, spokojnych wokali Matta Talbotta, przypominając o tym, co w Hum jest dla mnie najbardziej charakterystyczne i tym, co sprawiło, że mówi się o nich jako ważnej inspiracji dla Deftones. Idealne wyważenie pomiędzy ciężarem sekcji rytmicznej, a urokliwością melodii jest czymś, czym stosunkowo łatwo mnie kupić, aczkolwiek nawet gdyby moje preferencje odstawić na bok, Inlet pozostaje co najmniej zadowalającym albumem, który bez wątpienia sprawdzi się jako ścieżka dźwiękowa dla wszelakich aktywności nocnych, od leżenia, przez spacery, po podróże. W końcu z taką senną, szugejzującą muzyką jest jak z papierosem – lepiej wchodzi po zmroku. (Kuba Małaszuk)

Muzz – Muzz

Okładka płyty “Muzz” – Muzz

Postawię sprawę jasno. Jestem stanem Paula Banksa. Interpol lubię znacznie bardziej niż powinienem i tak jak uwielbianie Turn On The Bright Lights, to zachowanie normalne, tak moja sympatia do późniejszych dokonań tego zespołu, na pewno bryluje gdzieś w okolicach drugiego odchylenia standardowego. Mam jednak w sobie na tyle rezerwy, żeby szczerze przyznać, że ostatnie nagrania nowojorskiego tercetu niczego nie urywają. Z jaką radością więc przyjąłem wieść o tym, że Paul zaangażował się w projekt o nieco odmiennej stylistyce, jakim jest supergrupa Muzz.

Przeczytaj również:  "Szczurwysyny" - wojenna pocztówka z Gwinei Bissau [RECENZJA]

Ich self-titled, debiutancki album to delikatne, melancholijne indie. Coś jakby Banks został na chwilę wokalistą The National. Tak się składa, że ten zespół również cenię ponad miarę, więc otrzymanym materiałem jestem naprawdę oczarowany. Owszem, nie jest to przełamująca lody, nowatorska muzyka. To zwyczajnie porządny, profesjonalnie nagrany materiał, zaopatrzony w bagaż przejmujących emocji i kojących melodii. Wokalnie Banks uderza tu w rejestry nieznane raczej z Interpolu. Jego głos wydaje się cieplejszy, głębszy i wspaniale oddaje nostalgicznego ducha utworów skomponowanych przez Muzz. Jeśli tak jak ja, czasem potrzebujecie po prostu zapodać sobie do uszu trochę ładnej, smutnej i prostej muzyki, albo brakuje wam balladowego soundtracku do letnich wieczorów, panowie – Kaufman, Barrick i Banks przychodzą Wam z pomocą. Bad FeelingBroken Tambourine was wzruszą, Everything Like It Used To Be otuli miękkim kocykiem i będzie po prostu dobrze. (Kuba Małaszuk)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.