Jesteś tylko zabawką… [FELIETON]

Witold Gombrowicz, uprawiając swoją dekonstrukcję relacji międzyludzkich na kartach Ferdydurke, gorzko konstatował, że nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą. W pierwszej połowie XX wieku była to filozoficzna refleksja awangardowego artysty na temat wciąż spętanego konwenansami społeczeństwa, dzisiaj natomiast można jego słowa odczytać jako wieszczy komentarz na temat socjalizacji, kapitalistycznego konformizmu, ale przede wszystkim – jako ilustrację kondycji „dwudziestopierwszowiecznego schizofrenicznego człowieka”, jak przedstawił nas najpierw Robert Fripp, a 50 lat później Kanye West.


Zobacz też: “Toy Story 4” – Pod rękę ze swoim starym druhem [RECENZJA]

W myśl tych słów obywatel ziemski nie jest samostanowiącą jednostką. Takie – wywołujące nagłe przyspieszenie tętna maturzysty – określenia jak „gęba” lub „upupianie” doskonale sprawdzają się przy analizie nie tylko wzajemnych stosunków w społeczeństwie, ale też szeroko pojętej popkultury. Wpadanie we wszelakie nurty, subkulturowość, pogoń za niezależnością są reakcją na coraz większą zerojedynkowość cechującą debatę publiczną i media. My albo oni, tak albo nie, swipe left or swipe right. W opozycji – alternatywność lub „niezal”, które oczywiście są również jedną z nakładanych przez ludzi gęb. Coraz częściej zresztą wyszydzaną, co odczuje każdy nazwany kiedyś „alternatywką” albo „płatkiem śniegu”.

Interesująco na tym tle wypada więc seria filmów, których bohaterowie wprost mówią, że ich jedynym zadaniem jest być funkcją innych ludzi. Bohaterowie, których charakter, wygląd, nawet poziom rozwoju fizycznego ma służyć jedynie zabawianiu dzieci. Stanowi to ich jedyne marzenie, a jakiekolwiek próby podważenia z góry narzuconej roli i porządku zazwyczaj kończą się ostracyzmem lub egzystencjalnym kryzysem. Tak jak ten dotykający Buzza Astrala, figurkę kosmicznego żołnierza, który po zobaczeniu swojej twarzy w telewizyjnej reklamie zabawek wpada w depresję. Miałeś jakieś ambicje, Buzz? Chciałeś podbijać kosmos i walczyć z przestępcami zagrażającymi całej galaktyce? Przecież jesteś tylko zabawką

Cała tetralogia Toy Story obfituje w wątki postaci zmagających się z kryzysem tożsamości. Prym wśród nich wiedzie oczywiście kowboj Chudy, którego dręczą nie mniejsze rozterki niż Buzza Astrala. Już w drugiej części zawsze identyfikujący się jako „zabawka Andy’ego” szeryf kwestionuje nadaną mu funkcję. Początkowo – poprzez symboliczny akt odłożenia na półkę – narzucona zostaje mu gęba bezwartościowej, uszkodzonej zabawki, a chwilę później cennego eksponatu. Okazuje się bowiem, że Chudy jest niezwykle rzadki i wartościowy, przez co zaczyna się zastanawiać, czy wieczne zakonserwowanie w muzealnej gablocie nie jest lepszym rozwiązaniem niż spędzenie kilku lat w pokoju Andy’ego z dudniącą z tyłu głowy świadomością rychłego pożegnania.

Udzielenie odpowiedzi na zadane przez Pixar pytanie wcale nie jest łatwe. Z jednej strony kusząca jest wizja wiecznego uwielbienia i inercji w blasku fleszy. Tym bardziej, że Chudemu towarzyszyłaby rodzina – zabawki z tego samego zestawu. Wśród nich doświadczona przez życie Jessie, która już przeżyła to, przez co niedługo ma przejść sam Chudy i dziecięce odrzucenie zostawiło głębokie blizny na jej psychice. Kowbojka z całego serca pokochała swoją dziewczynkę, a Chudy rozumie, że kolejne przejście przez te wydarzenia mogłoby zaowocować odnowieniem się jej traumy. W końcu sam to odczuł, gdy przez sekundę stracił swoją pozycję na piedestale w pokoju Andy’ego i gotów był pozbyć się niewinnego konkurenta.


Zobacz też: Ćpuny płodności [FELIETON]

Z drugiej strony, zarówno Chudy jak i Jessie wiedzą, że nie ma drugiego takiego uczucia jak odwzajemniona miłość dziecka. Że zabawa z chłopcem lub dziewczynką, którzy widzą w nich coś więcej niż tylko szmacianą, lalkę przydaje sensu ich egzystencji. Dlatego też Chudy decyduje się odrzucić wieczny spokój, a Jessie z niepewnością w sercu wchodzi do tej samej rzeki. Jedynym, który nie podąża za nimi jest zgorzkniały Poszukiwacz Pete, nie potrafiący zrozumieć ich wyboru, bo sam nigdy odwzajemnionej miłości nie zaznał.

Również w Toy Story 3 czarnym charakterem jest postać, która została przez dziecko odrzucona. Sytuacja Tulisia jednak tym się różni od Pete’a oraz Jessie, że on nie miał (wątpliwego) luksusu oglądania, jak jego właściciel z niego wyrasta. W dramatycznej scenie, zostawiony na pastwę losu pluszowy miś wraca do domu tylko po to, aby ujrzeć swoją dziewczynkę bawiącą się idealnym klonem jego postaci. Nikt po niego nie wrócił – łatwiejsze było kupno nowej zabawki, nawet jeśli niczym nie różni się od oryginału. W tej krótkiej scenie Pixarowi magicy nie tylko doskonale wzbudzają współczucie i zrozumienie widza dla pokrzywdzonego bohatera, ale też sprytnie wbijają szpilę w konsumpcjonizm. Tak – film opierający się na koncepcie ożywienia zabawek, masowo tworzonych produktów targetowanych na zarobek, krytykuje hedonistyczną pogoń za nowym. A gdy Tuliś staje na czele aparatu opresji w jego własnej autorytarnej enklawie, Toy Story 3 opowiada się po stronie więźniów i klasy robotniczej, co przypieczętowuje Ken apelujący o likwidację klasowych podziałów w lalkowej społeczności.

Z destruktywnymi efektami odrzucenia zmaga się też Gabby Gabby, najnowsza antagonistka zamieszkująca Pixarowe uniwersum. Jej historia jest reinkarnacją losów Poszukiwacza Pete’a – postaci, która nigdy nie zaznała odwzajemnionej miłości – przy założeniu, że skazana na półkę zabawka wcale nie była w stanie pogodzić się z samotnością. Gabby została wypuszczona na rynek z fabrycznym błędem odtwarzacza głosu, przez co żadne dziecko nie miało możliwości jej przygarnięcia. Spędziła w tym półwegetatywnym stanie ponad 60 lat, czego efektem było wykształcenie się u niej obsesji na punkcie własnej niedoskonałości. Cały swój głód bliskości skatalizowała w postaci idealizowanej przez nią dziewczynki, Harmony. Uwierzyła, że zasłuży na jej miłość dopiero po naprawie wadliwego mechanizmu zaszytego w jej plecach i zdobycie go uczyniła najważniejszym celem swojego życia.

Nikt jej tak dobrze nie rozumie jak Chudy, który kieruje się tym samym zestawem wartości. Gotowy dla Andy’ego odrzucić nieśmiertelność w muzeum szeryf sam przez pewien czas był uszkodzony i bezwartościowy. Obiekt zazdrości Gabby – należący do niego sprawny odtwarzacz – to wszak symbol dziecięcej miłości i cała ostatnia część Toy Story opowiada o godzeniu się z tym, że Chudy już nigdy jej nie zazna. Bohater dojrzewa do podjęcia decyzji o przewartościowaniu swojego życia, porzuceniu kierowniczej roli, przyjaciół, rodziny i skupieniu się na samym sobie. Gdy decyduje się oddać dwa emblematy decydujące o jego wartości w oczach dziecka – odtwarzacz oraz złotą gwiazdę – zrzuca ze swoich barków odwieczną presję i stres związane z potrzebą ciągłej troski o kogoś innego. Coś, co dla istoty tak przepełnionej miłością prawdopodobnie nie byłoby osiągalne, gdyby nie pojawienie się Bo Peep.


Zobacz też: “Pewnego razu… w Hollywood” – Kiedy słońce było bogiem [FELIETON]

Pasterka wraz z Chudym są zdecydowanie najbardziej doświadczonymi postaciami w całej serii i właśnie to bogactwo przeżyć stanowi dla nich motywację do podjęcia próby reinterpretacji własnej roli. Bo, jak każda zabawka, musiała zmierzyć się z odrzuceniem, co uświadomiło jej, że najbardziej pragnie stabilności. Osiągnięcie jej jednak nie było możliwe do pogodzenia z życiem porcelanowej lalki. Podobnie jak Jessie zdaje sobie sprawę z tego, że ta droga jest wiecznym odroczeniem nieuniknionego rozstania, na co pasterka zwyczajnie nie ma już sił. Dlatego też – w myśli emancypacyjnych trendów – odcina się od dziecka, przywdziewa wygodne spodnie i rusza w świat jako niezależna poszukiwaczka przygód.

Nie jest przypadkiem, że to dzięki wyzwolonej Bo Chudy decyduje się na poddanie w wątpliwość swojego statusu. Tetralogia Toy Story, jak na serię odzwierciedlającą społeczno-kulturowy zeitgeist przystało, niejednokrotnie komentuje rolę mężczyzn na przestrzeni dekad i przygląda się ich reakcji na feminizujące tendencje w powszechnym światopoglądzie. Już w pojawiającym się w pierwszej części konflikcie między kowbojem a astronautą (archetypami męstwa z różnych dekad) wyraźnie widać walkę o status samca alfa. Odzwierciedleniem tego jest kokieteria Bo Peep, początkowo flirtującej z szeryfem, a później kierującej swoją uwagę na Buzza. Będący świadkiem frustracji Chudego Pan Bulwa słusznie wówczas zauważy, że kieruje nim „zazdrość o laser” (lazer envy), co jest wyśmienitym nawiązaniem do wywodzącego się z psychoanalizy Freuda pojęcia „zazdrości o członek”.

We wspomnianej wcześniej scenie kryzysu egzystencjalnego Buzza Astrala Pixar przemyca też krytykę toksycznej męskości. Po poznaniu prawdy o swojej tożsamości, figurkę astronauty ogarnia depresja, do walki z którą nie posiada odpowiednich narzędzi. Jego oprogramowanie nie zawiera informacji o tym, jak radzić sobie ze smutkiem, żalem, uczuciem wewnętrznego zagubienia. Gdy odnajduje go Chudy, Buzz zachowuje się jak pijany, ma na sobie fartuch, kapelusz i każe tytułować się „Panią Nesbit”. Po chwili pada na kolana i wybucha płaczem. Powodem przyjęcia kobiecej roli jest brak platformy pomocy dla mężczyzn takich jak on. Jako astronauta nie może pozwolić sobie na słabość, więc po odkryciu, że cała jego egzystencja oparta jest na błędnym przeświadczeniu o własnej wyjątkowości, poddaje się on dobrowolnej feminizacji w nadziei, że znajdzie wsparcie gotowych do wysłuchania go osób. Choć cała scena trwa niecałe dwie minuty i ma wyraźnie humorystyczne zabarwienie, dramat Buzza z czasem nabrał aktualności. Obecnie głośniej mówi się o szkodliwym wpływie zjawiska „toxic masculinity” na stan psychiczny mężczyzn i zaskakujące jest to, z jaką celnością temat ten ujęty został prawie 30 lat temu w dziecięcej animacji.

Ze wszystkich części najmocniej na nakreśleniu sytuacji mężczyzny we współczesnym społeczeństwie koncentruje się ta ostatnia. Obserwujemy w niej Chudego, próbującego przyzwyczaić się do „życia po Andym”. Okazuje się jednak, że odejście ukochanego dziecka wcale nie było jedynym ciosem, który musi przyjąć kowboj. Przede wszystkim traci on odwiecznie sprawowaną kierowniczą funkcję w pokoju. Ponieważ trafia do domu Bonnie, musi podporządkować się rządzącej tam fioletowłosej Laleczce. Nie jest to jedyna postać kobieca, która wysadza Chudego z siodła. Kolejną jest Jessie, która – z racji swojej płci – jest o wiele częściej wybierana do zabawy. Gdy Bonnie odpina z kamizelki Chudego gwiazdę i przypina ją wesołej kowbojce, szeryf otrzymuje jasny znak – jego czas dobiegł końca.

Dopiero te przeżycia dają mu siłę do pogodzenia się z własną sytuacją. W Stanach Zjednoczonych Roku Pańskiego 2019 nie ma już miejsca dla kowbojów z lat 60. Czarny napis „Andy” już dawno zszedł z podeszwy jego buta, a posiadaczka imienia, które zajęło to miejsce nie ceni Chudego tak bardzo, jak tego by chciał. Kierująca nim lojalność – cecha uszlachetniająca jego wybory w poprzednich częściach – staje się ciążącą mu u nogi kulą. Bonnie nie potrzebuje go w zerówce, a zabawki potrafią się obejść bez jego przewodnictwa. Te ciosy są jednak niezbędne, żeby kowboj stanął na własnych nogach i odkrył, że istnieje życie na emeryturze – u boku Bo Peep (aczkolwiek, można złośliwie zauważyć, że wybierając tę opcję, dobrowolnie pozbawił się głosu).


Zobacz też: “Undone” – Ciąg dalszy [RECENZJA – SEZON 1]

Choć świetnymi recenzjami Pixar udowodnił, że decyzja o stworzeniu Toy Story 4 wcale nie była podyktowana chęciami zarobkowymi, wciąż pojawiły się głosy, jakoby ta część stanowiła bardziej epilog do tej historii niż pełnoprawną kontynuację. Widzowie mający w pamięci doskonałe zakończenie poprzedniczki – stanowiące symboliczne odniesienie do „kręgu życia” pojawiającego się w Disneyowskich produkcjach – mogą kręcić nosem na nagłe wznowienie po dziewięciu latach. Warto jednak pamiętać o znaczeniu tytułu serii: TOY Story – odnoszącego się tylko do jednej postaci, którą jest oczywiście Chudy. Czwarta część była potrzebna, aby zasygnalizować widzowi, że sympatyczny szeryf nie jest skazany na wieczne bycie czyjąś własnością. Josh Cooley i spółka ostatecznie zamknęli biografię najwierniejszej zabawki w historii kina nadając mu prawo do decydowania o własnym losie. Wyswobadzając go z imperatywu lojalności wobec przyjaciół i dziecka. Zwracając się niemalże bezpośrednio do siedzących przed ekranem rodziców ze słowami otuchy. Krąg życia wcale nie jest zamknięty. Wystarczy mieć kogoś, z kim warto się z niego wyłamać.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.