Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

“Malcolm i Marie” – Imitacja życia [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy
fot. materiały prasowe / Netflix

Filmowe i serialowe arcydzieła przedstawiające rozpadające się związki często można powiązać z doświadczeniami ich twórców, którzy wykorzystali medium jako formę przepracowania emocji. Kiedy oglądamy “Historię małżeńską”, trudno uniknąć myślowych odniesień do rozwodu Baumbacha i Jennifer Jason Leigh. “Sceny z życia małżeńskiego” na pewno zawierają w sobie wiele z uczuć, które towarzyszyły Ingmarowi Bergmanowi oraz jego byłej partnerce, wcielającej się w główną rolę – Liv Ullmann. Te doświadczenia, odpowiednio przeniesione na postaci i konflikt, na pewno wzbogacają dzieło i niewątpliwie miały gigantyczny wpływ na ich ostateczny kształt. Czy bez tego rozwodu Baumbach byłby w stanie tak doskonale oddać chwiejną naturę Charliego? Czy Liv Ullmann stworzyłaby jedną z najwybitniejszych kreacji w swojej karierze, gdyby nigdy nie łączyła jej z Bergmanem osobista relacja? Czy gdyby ci twórcy i twórczynie nie mieli tego bagażu doświadczeń, to byliby w stanie stworzyć autentyczne ich przedstawienie?

No właśnie – autentyzm. W Malcolmie i Marie, czarno-białym dramacie Sama Levinsona, to właśnie owa cecha staje się jednym z elementów, z których swoją tyradę skierowaną wobec świata krytyki filmowej, układa tytułowy bohater. Malcolm – trzydziestokilkuletni reżyser – właśnie wrócił ze swoją o dekadę młodszą dziewczyną do ich wspaniałego domu po „najważniejszej nocy swego życia”. Tego wieczoru bowiem odbyła się premiera jego debiutanckiego filmu, który najprawdopodobniej okaże się artystycznym hitem. Marie jednak nie jest tak skora do świętowania, jak jej chłopak i szybko wyznaje mu dlaczego – Malcolm zapomniał jej podziękować w mowie przed seansem. I nie przekonują jej argumenty Malcolma, który twierdzi, że po prostu zapomniał – Marie widzi w tym akcie egzemplifikację tego, co nie działa w ich relacji oraz osobistą potwarz. Jest bowiem przekonana, że utalentowany chłopak oparł całą postać głównej bohaterki na jej doświadczeniach, czego ten nie chce przyznać.

fot. materiały prasowe / Netflix

Po tym akcie niezgody film nam się na dobre rozkręca, a widzowi pozostaje wygodnie rozsiąść się w fotelu i uczestniczyć w tym niewątpliwie nieprzyjemnym, przepełnionym toksynami wieczorze z Zendayą i Johnem Davidem Washingtonem. Szybko okazuje się, że Malcolm pożyczył całkiem sporo z życiorysu swojej dziewczyny do stworzenia protagonistki jego „niekwestionowanego arcydzieła” – bo tak opisuje ów film „biała krytyczka z LA Times”. Młody reżyser ma zresztą na punkcie recenzentów i dziennikarzy filmowych obsesję – i całkiem sporo do powiedzenia na ich temat. Wyśmiewa ich za lenistwo i naklejanie etykiet na twórcach w zależności od ich rasy oraz pochodzenia (odniesienie do Birdmana samo pojawia się w głowie). Zastanawia się – czy gdybym nie był czarny, to czy postać białej kobiety w moim filmie zostałaby odczytana jako polemika z tropem „białego zbawiciela” – jak interpretują ten element krytycy – czy zjechana za samo użycie właśnie tego motywu?

Przeczytaj również:  Nowe komiksy "Star Wars" od Egmontu - Najgorsza trylogia [RECENZJA]

Jednocześnie Malcolm jest kompletnie pijany swoim sukcesem. Tak bardzo, że wielokrotne próby polemiki ze strony jego dziewczyny – mające do czynienia tak bardzo z warstwą artystyczną, jak i jej emocjonalnym odbiorem dzieła – sprowadza w skrajnie dziecinny sposób do przejawów zazdrości ze strony Marie, oskarżając ją o to, że próbuje „zniszczyć jego wieczór”. To zresztą najlżejsze z wielu szokujących obelg, którymi młody reżyser obrzuca swą ukochaną, piętrzących się w stos długo chowanych uraz i wyrzutów. Marie nie jest dłużna swemu chłopakowi, celnie kłując go tam, gdzie wie, że zaboli, tym samym wokalizując swe własne żale – dotyczące głównie tego, jak instrumentalnie jest ona traktowana. Malcolm jest pewny, że dziewczyna go nigdy nie zostawi – tak bardzo, że traktuje ją z obojętnością. W trakcie rozmowy odkrywamy przeszłość pary – dowiadujemy się, że połączył ich narkotykowy nałóg Marie, ponieważ przed pięciu laty Malcolm pomagał jej z niego wyjść. Wspomnienie tego momentu nie pozwala jednak Marie uwolnić się od chłopaka – zbyt mocno się z nim związała oraz zbyt wiele mu zawdzięcza.

fot. materiały prasowe / Netflix

Nie bez powodu przytoczona zostaje na początku tego tekstu kwestia autentyczności. Jest to bowiem największy problem nowego filmu Sama Levinsona. Reżyser nie potrafi w wiarygodny sposób przedstawić miłości, która ponoć łączyła, lub dalej łączy tytułową parę. Owszem, wielokrotnie przerywa dialogi pocałunkami i przepełnionymi uczuciami wyznaniami, lecz te chwile są tak wyraźnie zaplanowane, że odbiera to im jakiejkolwiek spontaniczności. W pewnym momencie filmu można wyraźnie wyczuć jego rytm i spodziewać się pauz oraz przerw w wielominutowych tyradach Malcolma, po których nastąpi moment zbliżenia – jakbyśmy nie mieli do czynienia z ludźmi, tylko z jednowymiarowymi charakterami z simsów, którym właśnie reżyser wydał polecenie „bara-bara”. Malcolm sam zresztą niedaleko ma do imitacji człowieka, a nie faktycznego bohatera z krwi i kości. W jednym ze szczególnie irytujących momentów, po prostu krzyczy przez kilka minut, wchodząc i wychodząc z pomieszczenia, ku uciesze swojej dziewczyny i rosnącej niecierpliwości waszego recenzenta. Prawdopodobnie miał to być komediowy przerywnik, ale uczynił tego bohatera jeszcze bardziej groteskową i dziwną postacią, a jedyne, co Levinsonowi się udało tym fragmentem osiągnąć, to pokazać imponującą pojemność płuc Washingtona.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z MUNKA #7: "Zezowate szczęście" (1960) GOŚĆ: Robert Siwczyk

Warto w tym miejscu pochwalić nie tylko Washingtona, ale przede wszystkim Zendayę. Ten pierwszy miał okazję poszarżować i pokazać niewątpliwą charyzmę, natomiast młoda aktorka zaprezentowała imponującą wielostronność, płynnie przechodząc od płaczu do śmiechu, czy też od krzyku do uwodzicielskiego szeptu. Dodatkowo sprytnie została wykorzystana tu poprzednia głośna rola Zendayi – Rue w Euforii – co powoduje, że z samej asocjacji aktorki z ową rolą nie wątpimy w jej narkotyczną przeszłość. Zarówno Zendaya, jak i Washington brali też udział w procesie tworzenia tego scenariusza, stąd zapewne tak dobrze odnaleźli się w tych bohaterach.

fot. materiały prasowe / Netflix

Same kreacje aktorskie jednak nie wystarczą, żebyśmy uwierzyli w postaci. Nałożenie czarno-białego filtru na estetyczne kadry nie uczyni historii angażującą emocjonalnie. Jazzowa muzyka nie nada filmowi klasy, jeśli zabraknie jej w scenariuszu. Levinson spróbował Malcolmem i Marie złapać zbyt wiele srok za ogon. Jednocześnie chciał opowiedzieć o parze, której uczucia po wielu latach w końcu eksplodują i stworzyć film, gdzie wygłosi opinie na temat sztuki, tworzenia, inspiracji, czy autentyczności w dziele. Niestety, wygłaszanym przez Malcolma hasłom brakuje głębi oraz przenikliwości, żeby wywołać jakąkolwiek inną reakcję, poza uniesieniem brwi. A rzucane przez niego w stronę Marie obrzydliwości powodują, że wątpimy w jakiekolwiek uczucie, które mogłoby tych dwoje połączyć. Levinson pokazał Euforią, że potrafi wiarygodnie stworzyć hiperrealistyczny dramat z przerysowanymi postaciami, którego każdy element służy tylko przyciągnięciu uwagi widza. Te same metody jednak nie zadziałają równie efektywnie w kameralnym dramacie osadzonym w jednym pomieszczeniu, zamiast tego wywołując poczucie oderwania postaci od rzeczywistości, przypominając widzowi, że to, co ogląda nie jest życiem, lecz jedynie jego imitacją.

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Drogę do szczęścia"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.