FilmyRecenzjeStreaming

“Zgubiłam swoje ciało” – Cichy hit Netflixa? [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Już sam tytuł może wydawać się dość konfundujący. Zgubiłam swoje ciało – a na plakacie twarz chłopaka wpasowana w kontur dłoni. Nim jednak do interpretacji ruszą mózgowe zwoje, okaże się, że sprawa jest o wiele prostsza, niż mogło się wydawać. W pierwszej, otwierającej film scenie, widzimy leżącego na podłodze chłopaka. Po jego zszokowanej twarzy spaceruje mucha, a on bezsilnie stara się przyswoić sobie, w jakiej pozycji się właśnie znajduje. Chwilę później trzepot muszych skrzydeł przenosi nas do świata wspomnień. Na ekranie pojawia się chłopczyk, który z najwyższą koncentracją obserwuje spacerującego po blacie owada. Jak się łapie muchę? – pyta ojca. Musisz celować w bok. Zawsze będzie szybsza niż ty. Musisz ją zaskoczyć – odpowiada wpatrzony w gazetę mężczyzna. Syn wykonuje więc chwyt tuż nad muchą. Otwiera dłoń. Jest pusta. Nie zawsze się uda. Takie jest życie. Chwilę później ta sama dłoń wyskakuje ze szpitalnej lodówki i wybiega przez okno w poszukiwaniu swojego ciała. A widz poznaje główną bohaterkę filmu.

Tak rozpoczyna się debiut Jérémy’ego Clapina, adaptacja książki Guillaume’a Lauranta, który również pełni tu rolę współscenarzysty. Debiut o tyle udany, że przysporzył jego twórcy zwycięstwo na festiwalu w Cannes (International Critics’ Week) oraz furę nominacji do najważniejszych nagród dla animacji. Jego fabuła koncentruje się na postaci Naoufela – chudego okularnika, którego w dzieciństwie tragiczny wypadek pozbawił rodziców. Poznajemy go, gdy kolejny raz spóźniony przychodzi do pracy – niezbyt odpowiedzialnie jak na kogoś, kto rozwozi dla lokalu „Fast Pizza”. Chłopak raczej nie ma zbyt wielu powodów do radości – stresująca, frustrująca praca, lokator – chad, który sprowadza koleżanki do pokoju, brak przyjaciół, rodziny, celu w życiu.

Światełko w tunelu pojawia się, jak to w filmach bywa, w najmniej oczekiwanym momencie. Naoufel zostaje potrącony na ruchliwej ulicy Paryża. On uchodzi bez szkód, skuter i znajdujące się w bagażniku pizze natomiast zostają zmasakrowane i zgniecione na miazgę. Na domiar złego, gdy próbuje dostarczyć pozostałości ciasta do zamawiającej je dziewczyny, okazuje się, że drzwi do budynku się nie otwierają. Z racji tego, że właśnie za oknem trwa burza, chłopak nawiązuje pogawędkę z właścicielką dobiegającego z interkomu głosu. Pogawędkę tak wciągającą, że bohater nie zauważa, w którym momencie deszcz przestaje padać. Niechętnie więc wraca na swój skuter i odjeżdża w dal wiedząc, że jeszcze tu wróci.

Przeczytaj również:  "Gothic", czyli sentymentalny powrót do gry dzieciństwa

Zgubiłam swoje ciało nie jest jednak, pomimo króciutkiego seansu, tak prostym filmem, jak mógłby ów wstęp wskazywać. Clapin wachluje tu trzema różnymi liniami fabularnymi: wątkiem zakochanego Naoufela, jego czarno-białymi reminiscencjami oraz wojażami pozbawionej ciała dłoni. I chociaż zdecydowanie większą część produkcji zajmuje historia chudego dostawcy pizzy, to fragmenty śledzące pięciopalczastą bohaterkę w akcji są zdecydowanie najciekawsze. Jak bowiem można się domyślić, dłoń jest całkowicie animizowana. Nie tylko porusza się ze zręcznością (hehe) pająka – obdarzona jest zmysłem wzroku, słuchu oraz inteligencją. Przez pierwsze kilka minut sprawia to dość groteskowe wrażenie, lecz po paru minutach widz jest kompletnie kupiony i poddaje się jej urokowi.

Zwłaszcza wtedy, gdy kamera przyjmuje POV dłoni, a widz z pierwszej ręki (hehe #2) może obserwować potyczki ze szczurami lub gołębiami. Nie brakuje tu brutalnych momentów, lecz przyjemna dla oka animacja odpowiednio je łagodzi. Francuska produkcja jest bardzo sprawnie animowana i chociaż momentami brakuje jej szczegółowości, doskonale sprawdza ona się do ilustracji dynamicznych przygód głównej bohaterki.

Smuci więc szybkie odstawienie tego wątku na drugi tor. Chociaż bohaterom filmu nie brakuje charyzmy, a Naoufel, przy całej swojej niezręczności (hehe #3) to koleś, z którym nietrudno sympatyzować, cały wątek miłosno-romantyczny gra starą, dobrze znaną wszystkim melodią. Również w zaangażowaniu emocjonalnym nie pomaga fakt, że goniony przez krótki czas trwania filmu reżyser pospiesza rozwój owej relacji i zaniedbuje znajdujące się w produkcji postaci drugoplanowe. Cała historia pary sprawia wrażenie wyciętej z krótkiego metrażu i nie oferuje żadnych niuansów.

O wiele ciekawszy jest sposób, w jaki Clapin operuje zmysłami – szczególnie dotykiem oraz słuchem. Oczywiście, jak na film opowiadający o perypetiach samotnej dłoni przystało, pierwszy z nich pełni dominującą rolę w całej produkcji. Kamera często zawiesza się na palcach – podróżujących po globusie, wędrujących wzdłuż klawiszy pianina lub zatapiających się w wodzie, co bardzo efektywnie pobudza zmysły i wywołuje wręcz fizyczne odczucia.

Przeczytaj również:  Cena wolności od fundamentalizmu? O tym opowiada książka "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów"

Natomiast zmysł słuchu w Zgubiłam swoje ciało pełni rolę transmitera emocji. Naoufel od dziecka zafascynowany był dźwiękiem i nagrywał cały otaczający go świat. To właśnie dźwięk – grającej na instrumentach matki, prowadzącego auto ojca, szeleszczącego wiatru – pozwala mu przeżywać na nowo wspomnienia sprzed tragicznego wypadku. Chłopak nałogowo wraca do starych kaset w chwilach emocjonalnej słabości. Sięga głęboko w przeszłość w poszukiwaniu beztroski, uciekając przed obezwładniającą go rzeczywistością. Nic więc dziwnego, że to właśnie w głosie – zawieszonym w powietrzu bezcielesnym dźwięku – Naoufel się zakochuje.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.