KulturaMuzyka

Płyta “audiotele” Schaftera [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy
fot. materiały prasowe

Schafter w ciągu roku z poziomu undergroundu stał się jednym z najpopularniejszych artystów w Polsce, podbijającym OLiS, topki Eski i inne znaczące agregatory słuchalności. Tajemniczy chłopak, ukrywający nie tylko swój wiek, ale też głos za chmurami cloudrapowych bitów, w końcu postanowił wyjść do ludzi i nagrać debiutancki samograj. Czekało na niego gros polskich słuchaczy – wszak jest on nie tylko najwybitniejszym reprezentantem Kstykcore’u, ale też po prostu bardzo utalentowanym muzykiem – z uchem do melodii, wpadających w ucho refrenów i niebanalnych sampli. Jak więc sprawuje się młody chłopak/mężczyzna na „Audiotele”?

Już sam tytuł nowego wydawnictwa Wojtka sugeruje synestetyczne przeżycie. Zaznajomieni z poprzednim tejpem oraz singlami wiedzieli, że Schafter raczej nie jest raperem lirycznym – o wiele więcej przyjemności sprawia wyszukiwanie niuansów w warstwie sonicznej, intrygujących dwujęzycznych fuzji bądź nucenie hooków, niż wsłuchiwanie się w teksty. Ale trzeba Wojtkowi przyznać, że nikt tak nie operuje dwoma językami jak on. Młody artysta uczynił z tego patentu swój znak rozpoznawczy i takie traki jak singlowy hicior „hot coffee” lub obdarzone irracjonalnym tytułem „ridin’ round the town w czyimś bel air” służą za potwierdzenie jego językowej i melodyjnej sprawności.

Odnoszę jednak wrażenie, że Wojtek nie sprawdza się w pełni jako gospodarz własnego projektu. Większość piosenek, nawet przy wielokrotnych odsłuchach, zlewa się w monosoniczną plejlistę. Owszem, zdarzają się tu perełki – z obdarzonym cudownym podkładem „Pejzażem” na czele (bit tak dobry, że piosenkę nazwano po pseudonimie producenta) – lecz gdy potem następuje pasmo tych samych, sennych, lekko melancholijnych kawałków z Schafterem i jego pozbawionym charyzmy głosem na pierwszym planie, ciężko zauważyć, że album się właśnie skończył.

Kolorytu na pewno dodają płycie featuringi. I tu jest bardzo chimerycznie – raz trafia się tragiczny młody wilk Oki, raz kompletnie bezbarwny Ras (na szczęście sytuację naprawia chwilę później Młody Dzban, God bless you), raz wybitny król polskiej rap gry Młody G Belmondoe, za którym chyba każdy miłośnik sztuki będzie tęsknić. A, no i Taco z flow tak kwadratowym, jak ten robiący szufle iPhone. Mocno odczuwalny jest tu brak pokrewnych stylistycznie Wojtkowi raperów z kolektywu LTE, a mi samemu najbardziej marzył się featuring Otsochodzi, którego charakterystyczna melodyjna nawijka doskonale sprawdziłaby się na „geekin in the booth”.

Przeczytaj również:  Najlepsze gry z uniwersum Gwiezdnych wojen [ZESTAWIENIE]

Schafter dorósł, co po odsłuchu Audiotele nie ulega wątpliwości. Wciąż w swoim wyczuciu melodii wyprzedza sporą gromadę polskich raperów, ma łeb na karku i otwartą głowę. Oficjalny debiut artysty stanowi wytyczenie nowych ścieżek w jego rozwoju – skierowanie na bardziej mainstreamowe, przebojowe brzmienie. Chociaż daleko temu albumowi do kompletności „hors d’oeuvre”, czy earwormowosci „DVD”, Schafter, nie bez potknięć, zalicza nim swój test drugiego sezonu. Jednocześnie wciąż najbardziej ekscytująca pozostaje perspektywa jego rozwoju. Ci, którzy wątpili mogą odetchnąć z ulgą – drugim Bartkiem Kapustką Wojtek na pewno nie zostanie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.