“Smithereens” / [“Black Mirror”: S05E02], czyli Moriarty vs Twitter [RECENZJA]

Długą drogę przeszło Czarne Lustro w ciągu tych ośmiu lat. Od czasu doskonałego, prowokacyjnego pierwszego epizodu (wciąż pamiętam, jak mój znajomy był nim tak zniesmaczony, że postanowił porzucić dalsze oglądanie) powstały kolejne 4 sezony, serial zdążył zmienić stację, producenta, budżet, zbudować gigantyczny fanbase oraz popchnąć formę w rejony, których wtedy na pewno się nie spodziewano. Również technologia znacząco się rozwinęła, co niezmiennie daje Charliemu Brookerowi szansę na komentowanie rzeczywistości i ukazywanie jej w czarnym zwierciadle swojego dzieła. W najnowszym epizodzie – Smithereens – koncentruje się on na aplikacjach mobilnych. Na Uberze (którego w momencie premiery pierwszego sezonu nawet nie było w Wielkiej Brytanii), TwitterzeFacebooku – oczywiście, odpowiednio zamaskowanymi. I jakimś cudem kolejny raz udaje się Brookerowi ten balans między powagą a śmiesznością, między faktycznym komentarzem społecznym a mówieniem, że „żyjemy w społeczeństwie”.

Zobacz również: “Podbić Kongres”, czyli jak pokonać establishment i przywrócić wiarę w politykę [RECENZJA]

Czarne Lustro jest najefektywniejsze w swojej moralizatorskiej formie wtedy, gdy przyjmuje realistyczną konwencję – a drugi odcinek piątego sezonu to jeden z najbliższych rzeczywistości epizodów serialu.

Smithereens
“Smithereens”

Jego głównym bohaterem jest Chris – były nauczyciel i informatyk, pracujący obecnie jako kierowca usługi uberopodobnej (serial posługuje się znanymi platformami, ale ze zmienionymi nazwami). Cierpi na depresję, w walce z która pomaga mu uczęszczanie na grupę wsparcia. Gdy tylko jego umysł odlatuje przed oczyma ma szczątkowe wizje – ciemna droga, kierownica i światła. Chociaż uprawia medytację – między kursami odtwarza namawiające go do skupienia na oddechu nagrania – jest niezwykle nerwowy. Nie potrafi znieść dźwięku ludzi piszących na smartfonach, a na terapii nigdy nic nie mówi, bo z wielką trudnością panuje nad emocjami oraz łamiącym się głosem.

Ma jednak pewien plan – od dłuższego czasu stoi pod siedzibą jednego z najpopularniejszych portali social media – Smithereen (tutejszy odpowiednik Twittera) – czekając, aż któryś z jego pracowników zamówi przejazd. W nadarza się sytuacja, a do auta wsiada młody, przyklejony do smartfona mężczyzna w garniturze z zamiarem udania się na lotnisko. Chris wyjeżdża z nim daleko poza trasę, bierze głęboki wdech i celuje pasażerowi prosto między oczy, co rozpoczyna dramatyczny ciąg wydarzeń, który poruszy brytyjską policję, FBI, cały internet oraz wyjawi traumatyczne wspomnienia skrywane przez głównego bohatera.

Zobacz również: “Burleska” – Recenzja [CAMPING #32]
Smithereens
“Smithereens”

Smithereen bierze na tapetę temat, który nie jest zbyt wdzięczny filmowo – uzależnienia od social mediów. Według przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii sondaży 40% osób uważa, że spędza za dużo czasu z telefonem. Skrolując Facebooka, tweetując, przerabiając zdjęcia na Instagramie, pisząc ze znajomymi na Whatsappie. Developerzy zatrudniają ekspertów od ludzkiej psychiki, żeby zaaplikować specjalne mechanizmy zwiększające adyktywność aplikacji.

Uzależnienie od dopaminy, chociaż nie tak wyniszczające dla zdrowia jak alkohol czy narkotyki, znacznie wpływa na przywiązanie do telefonów – czego świadomość ma każdy, kto oglądał z poczuciem satysfakcji rosnącą ilość lajków lub serduszek pod postami. Stąd też bliskość tego odcinka z rzeczywistością – żadna z przedstawionych przez niego technologii nie jest obca przeciętnemu konsumentowi kultury. Prawie każdy z nas używa tych aplikacji – a jeśli tego nie robi, to ma status wyrzutka albo godnego podziwu ascety. Sfrustrowany tym Chris wykrzykuje w twarz chłopaka: „Niebo mogłoby się zrobić fioletowe i nikt by tego nie zauważył, bo patrzycie w dół na swoje telefony. Ty nie spojrzałeś przed siebie i zobacz – złapałem cię!”

Smithereens
“Smithereens”

Sam główny bohater bardzo przypomina granego przez Daniela Kaluuye Binga z drugiego odcinka serialu. Są wściekli na otaczającą ich technologię i pragną wyrazić swój ból spowodowany stratą. Ich walka z maszyną niestety jest skazana na porażkę, bo wszystkie ich działania umieszczone są w jej ramach. Grający Chrisa Andrew Scott to największa zaleta całego epizodu – jego wyniszczony psychicznie były nauczyciel to postać z pogranicza komedii i tragedii. Nie jest zimnokrwistym kryminalistą – miota się między współczuciem dla porwanego i wyrzutami sumienia a bólem nakazującym mu dążyć do celu.

Zobacz również: “Black Mirror” – Piąty sezon bez ryzyka, ale i bez nudy [RECENZJA]

Tak naprawdę sam nie wie, co dotarcie do końca drogi mu da – czy będzie to katharsis? A może zwizualizowanie jego strachu? Czy wyznanie głęboko skrywanej tajemnicy będzie miało jakąkolwiek terapeutyczną funkcję? Scott udowadnia, że potrafi zagrać rolę kompletnie inną niż MoriartySherlocka i wypaść perfekcyjnie. Black Mirror kolejny raz (po Shut Up and Dance) wprowadza bohatera, który popełnił gigantyczne błędy, ale jest tak ludzki w swojej niedoli, że nie pozostaje nam nic innego, niż mu współczuć.

W słowniku Cambridge pod hasłem Smithereens widnieje definicja: „a lot of very small broken pieces”. Bardzo łatwo o pesymizm przy takim tytule. Brooker jednak kolejny raz pokazuje, że w swoich fantazjach nie wybiera najprostszej drogi. Umieszcza w odcinku kolaż scen osób odbierających powiadomienia. Ktoś siedzi na ławce sprawdzając telefon, a za nim dwie osoby grają w koszykówkę. Mężczyzna spogląda na ekran czekając aż kobieta przejdzie przez pasy. Ta chwila słabości nie trwa jednak dłużej niż parę sekund – odkładają telefony, wbiegają na boisko lub jadą dalej przed siebie. Z klasykiem blue-eyed soulu w tle odcinek zostawia nas z konstatacją – tak, spędzamy zbyt dużo czasu patrząc w ekrany naszych urządzeń. Ale to my trzymamy je w dłoniach. W każdym momencie możemy zablokować telefony i spojrzeć w niebo. Może faktycznie stało się fioletowe.


3.5/5


One thought on ““Smithereens” / [“Black Mirror”: S05E02], czyli Moriarty vs Twitter [RECENZJA]

  1. pierwsza rzecz jaką zrobiłem to : otwórz nową zakładkę, potem oczywiście google. :P wszystko na komputerze nie na komórce. To chyba nie jest ze mną tak źle

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.